Tag: literatura polska (Page 3 of 9)

Historia ucieczki

Nie będę ukrywał tego, że jestem fanem twórczości Łukasza Orbitowskiego. Czytuję jego książki, bloga, olbrzymie wrażenia robią na mnie jego teksty. Ciekawe, świeże, oparte na interesującej zabawie słowem. Jednak najważniejsze jest to, że Łukasz Orbitowski należy do grona nielicznych autorów, którzy konstruują porywające fabuły. Niestety, żyjemy w czasach dobrze odżywionego postmodernizmu. Z łatwością można znaleźć takich, dla których niestabilna, bezwładna narracja jest cnotą, a nie przywarą.

Skoro tak mnie zachwyca proza Łukasza Orbitowskiego, to jak jest z jego ostatnią książką? Z Exodusem? Przede wszystkim należy zaznaczyć, że najnowszy tytuł napisany przez tego autora, mocno odbiega od pozostałych w jego dorobku. Nie poziomem, poprzeczka stylu i fabuły jest wysoko. Exodus opowiada o uciekaniu od świata, od problemów, od życia. To powieść drogi, której głównym motywem jest usilne oddalanie się, unikanie przerażającej przeszłości. Łukasz Orbitowski doskonale konfrontuje swojego bohatera z innymi, również wykluczonymi, postaciami. Wyrzuceni poza margines społeczeństwa funkcjonują w odmiennym świecie. Exodus to podróż po różnych rzeczywistościach, obserwacje działań bohaterów oraz sztuka brania odpowiedzialności za to, co się uczyniło. Początek książki to wyraźna ucieczka od, natomiast zakończenie wskazuje na zmianę w charakterze głównego bohatera. Powrót, próba przepracowania tragedii – stają się elementami konstytuującymi ucieczkę do.

W takim razie, w czym Exodus jest inny od pozostałych książek Łukasza Orbitowskiego? Pisarz przecież uwielbia uciekających bohaterów, kocha ich wrzucać w rzeczywistości wynaturzone, przemienione i niebezpieczne. Moim zdaniem Exodus to doskonałe przypieczętowanie ewolucji pisarskiej Łukasza Orbitowskiego. Myślałem, że po Szczęśliwej ziemi niczym mnie już nie zaskoczy, że po prostu będę się delektował jego kolejnymi książkami. Myliłem się. Autor, którego próbowano zaszufladkować, przypiąć mu łatkę naczelnego pisarza grozy, umiejętnie wyrywa się tej klasyfikacji. Exodus to dramat społeczny, opis powolnego psychologicznego wypalenia, doświadczenie rozpadu osobowości. To jest niezwykle dojrzała książka, poruszająca tematy trudne, oparta na płynnej narracji. W przeciwieństwie do innych tytułów Łukasza Orbitowskiego Exodus wprowadza czytelnika do świata brutalnie realistycznego. Próżno szukać efemerycznej, drgającej rzeczywistości. Tym razem wali ona w mordę, przewraca, kopie po żebrach, a potem skacze na kręgosłup.

Przyjemność lektury wynika z doskonałe narracji, ze świetnie splecionej fabuły i przekonywujących bohaterów. Ciężar opowieści oraz trudna do zniesienia śmierdząca atmosfera świata przedstawionego, są świetnie rozłożone po całej powieści. Łukasz Orbitowski precyzyjnie rozkłada kontrapunkty, zwodzi czytelnika, stara się ukryć rozłażący się po fabule brud. A potem nagle go wywleka, zmusza odbiorcę do konfrontacji. Zmusza do przeżycia opowieści i właśnie dlatego warto przeczytać Exodus.

Piękne struktury narracji są wciąż pociągające i żywe. Na szczęście.

Świat alternatywny

W tym tygodniu skończyłem najnowszą książkę Krzysztofa Piskorskego. Czterdzieści i cztery przeniosło mnie w świat oparty na alternatywnej historii. Ludzie ujarzmili moc próżni, posługują się eterem w celu odwiedzania innych wersji rzeczywistości. Tworzą posterunki w tych alternatywnych światach, traktują je jako rezerwuary zasobów. To wszystko stanowi skomplikowane tło, bo na pierwszym planie jest Elimia Żmijewska i jej misja. Ma zabić zdrajcę, Konrada Załuskiego, wyrok na niego został wydany przez Radę Emigracyjną i Juliusza Słowackiego. Krzysztof Piskorski osadził akcję swojej powieści pod koniec XIX wieku, co pozwoliło mu połączyć mesjanizm, gnostycyzm, maszyny napędzane parą i tajemniczą siłę eteru.

Połączenie to może pierwszej chwili wydawać się szalone. Jednak autor w interesujący sposób buduje równowagę w narracji, przez co tworzy wyjątkową atmosferę. Czeterdzieści i cztery zapewnia przede wszystkim ciekawą rozrywkę, a budowaniu kontekstu służą treści z epoki (listy, poematy), które otwierają każdy rozdział. Autor doskonale się przygotował, zanurzył się w XIX wieku i w brawurowy sposób go zdemontował. Wystarczyło wprowadzić jeden element – eter i na nim oprzeć rozwój technologi. Dzięki temu świat wygląda inaczej, ale społeczeństwa są dalej ukształtowane w sposób znany nam z XIX wieku. Mamy jasny podział na klasy, w obrębie których egzystują przywoływane postacie. Krzysztof Piskorski prezentuje nie tylko świat arystokracji, sięga także po osoby o znacznie mniejszym posiadaniu. Kontrast domostw, które odwiedza Emilia Żmijewska, oddaje stan majątku poszczególnych postaci. Czterdzieści i cztery buduje przekrój społeczeństwa z końcówki XIX wieku, dodatkowo podkręcony przez wątki rewolucyjne.

Książka może wydawać się „dziwna”, momentami niepokojąca, nieprzystająca od znanych gatunków literackich. Nie warto myśleć o Czterdzieści i cztery jako o powieści science fiction. Zbyt wiele tutaj rzadko spotykanych połączeń. Zresztą dla fantastyki naukowej istotnym elementem jest nauka, której w Czterdzieści i cztery jest niewiele. Przeważają wątki mistyczne, co pozwala zakwalifikować powieść jako realizację weird fiction. Te podgatunek fantastyki powstał na przełomie XIX i XX wieku, stanowił połączenie wątków mistycznych i naukowych. Do autorów piszących tego typu narracje zalicza się H.P Lovecrafta. Krzysztof Piskorski dołącza do tej grupy za sprawą Czterdzieści i cztery. Jednak muszę zaznaczyć, że jest to książka gorsza od Cieniorytu, który mnie zachwycił.

W najnowszej powieści brakuje przekonywujących bohaterów. Gdzieś umknęły charaktery. Autor wprowadził do narracji wiele różnych osób, często znanych nam z historii powszechnej. To sprawiło, że powstał tygiel, w którym utonęły postacie wyraźnie. Nie mogą się przebić przez wielkie nazwiska, które zmieniły kształt znanego nam świata. Krzysztof Piskorski gra ciekawie postaciami historycznymi, ale odniosłem wrażenie, że zabrakło pomysłu na te fikcyjne. Cienioryt był pełen interesujących bohaterów, pomimo świetnej narracji, w Czterdzieści i cztery, najbardziej tęsknię za prawdziwymi charakterami. Bez nich powieść staje się interesujących projektem, realizacją alternatywnej historii, z którą warto się zapoznać.

Pierwiastek zakończenia

Ostatnie wpisy w całości były poświęcone grom planszowym. Wybór ten może dziwić, ale od jakiegoś czasu coraz chętniej spoglądam w kierunku analogowej rozrywki. Chętnie wracam do swoich wirtualnych przygód, ale coraz bardziej doceniam te spędzone przy planszy. Jednak dzisiaj chciałbym zająć się literaturą fantastycznonaukową. Muszę przyznać, że brakuje mi dobrych książek tego gatunku, wciąż wracam do twórczości Janusza A. Zajdla, na Kindle’u trzymam kolekcję tekstów Stanisława Lema. Liczyłem na to, że Hel3 Jarosława Grzędowicza również dołączę do tego zestawu.

Tak, niestety, nie będzie. Hel3 to solidna powieść, rozwija się świetnie, narracja prowadzona przez autora wciąga. Bohaterowie są przekonujący, ale największe wrażenie robi świat przedstawiony. Rzeczywistość, w której najważniejsza jest Sieć, dla odbiorców znacznie ważniejsza jest sensacja, niż rzetelna informacja. Społeczeństwa kontrolowane są przez skorumpowane elity, propaganda szaleje, a codziennie życie opiera się na uporczywych próbach przetrwania. Bogaci są coraz bogatsi, biedni nie mają już nic do stracenia, a wciąż znajdują się tacy, którzy coś im zabierają. Brzmi znajomo, prawda? Jarosław Grzędowicz stworzył świat niewiele odbiegający od dzisiejszego. Może niektóre elementy podkręcił do ekstremum, ale na pewnie dobrze wyczuł trendy w naszych nowoczesnych społeczeństwach. W Hel3 ludzie kontrolowani są za pomocą technologii, a jednak nie potrafią się z nią rozstać. Interesująco został przedstawiony, znany nam dzisiaj, Internet Rzeczy. Dla Jarosława Grzędowicza nie jest to żadna szansa na wygodne życie, ale zagrożenie, naruszenie prywatności, zgoda na pełną kontrolę. Świat przedstawiony w Hel3 jest antyutopią, rzeczywistością, w której nikt nie chciałby się obudzić.

Najnowsza książka Jarosława Grzędowicza nawiązuje do tradycji powieści fantastycznonaukowych o wydźwięku socjologicznym. Zamiast walk na lasery otrzymujemy różne wymiary konfliktu, rozwarstwienie społeczne, technologię, której zadaniem jest w pełni kontrolować obywatela i formy ogłupiającej rozrywki, takiej zupełnie stępiającej uwagę. To wszystko jest świetnie pokazane w powieści, ale – niestety – autor na tym nie poprzestał. Konieczna była podróż na Księżyc, niezbędne było poszukiwanie niezwykle cennego pierwiastka i międzynarodowe intrygi. Jest jeszcze coś, o czym wspominać nie chcę, ponieważ obawiam się, że zepsuje to zabawę czytelnikom. Zaznaczę tylko, że pojawienie się przemilczanego elementu całkowicie niszczy zakończenie.

Z przykrością stwierdzam, że Hel3 to jedna z najgorzej zamkniętych powieści fantastycznonaukowych, jakie ostatnio czytałem. Zaproponowana przez Jarosława Grzędowicza forma finał rozwala dobre wrażenie, które było budowane wcześniej. Śmiem nawet twierdzić, że jest pozbawione fundamentów w powieści, to niespodzianka wyjęta z pudełka i na siłę wszyta w powieść. Brakuje dobrego zakończenia, czegoś, co podsumuje przygody głównego bohatera i pozwoli spojrzeć z perspektywy na świat przedstawiony. Hel3 kończy się kiepsko, pozostawia niedosyt i poczucie, że mogłoby być lepiej. Lektura była przyjemna, ale finał jest okropnie zły i zbędny.

Czytanie wymuszone

Muszę przyznać, że ostatnie książki nie dostarczyły mi zbyt wielu interesujących czytelniczych przeżyć. Wyjątkowo zacznę od największego rozczarowania, ponieważ zupełnie się go nie spodziewałem. Przed książką, którą tak mnie zawiodła, przeczytałem thriller i powieść kryminalną. Wiedziałem czego się spodziewać, literatura popularna ma swoje jasne zasady. Dlatego w przypadku tekstów na wskroś artystycznych oczekuję czegoś innego, odmiennego przeżycia artystycznego. Zwykł mi go dostarczać Jerzy Pilch, którego zawsze byłem wiernym fanem i propagatorem.

Moja przygoda z prozą tego autora zaczęła się od Miasta utrapienia. Tekst ten pozostaje moją ulubioną książką Jerzego Pilcha. Potem już było z górki i czytałem absolutnie wszystko to, co wpadło mi w ręce, a było podpisanie imieniem i nazwiskiem autora Pod Mocnym Aniołem. Za każdym razem przeżywałem istne olśnienie, z trudem opuszczałem efemeryczny świat przedstawiony, z rozpaczą porzucałem oplatającą czytelnika narrację, której Jerzy Pilch jest mistrzem. Właśnie tego wszystkiego zabrakło mi w Portrecie młodej Wenecjanki, podobnych książek napisano setki. Opowieści o rozstaniach, utraconych miłościach znamy wszyscy. Co prawda w Portrecie młodej Wenecjanki momenty pilchowskiego olśnienia, ale brakuje szkieletu, na którym trzymałaby się narracja. Gdzieś w tle majaczy genialny pomysł, idea, która mogłaby pociągnąć całą fabułę – spis rozczarowań miłosnych. A z czytelniczego doświadczenia wiem, że Jerzy Pilch jest mistrzem tworzenia wszelkiego rodzaju spisów.

Literatura artystyczna powinna być wyzwaniem intelektualnym, a Portret młodej Wenecjanki jest strawą mdłą, całkowicie pozbawioną wyrafinowania. Nic tam się nie sprawdza. Brakuje wielowarstwowej narracji, celnej ironii, zabawy słowem, scalania świata z porozrzucanych rozczarowań. Miłości, która w założeniu ma być tematem tej powieści, nie ma w ogóle – ani między bohaterami, ani między tekstem, a czytelnikiem. Przez cały czas miałem wrażenie, że Portert młodej Wenecjanki jest literaturą opartą na wymuszeniu. Ktoś zmusza się, aby pisać, a ktoś inny zmusza się, aby czytać. Z przykrością stwierdzam, że jest to pierwsza powieść Jerzego Pilcha, która nie pozostawiła we mnie żadnego śladu. Więcej radości dały mi średni thriller i całkiem solidny kryminał, które czytałem wcześniej. Jeżeli ktoś ma zaczynać wielką przygodę z prozą Jerzego Pilcha, niech POD ŻADNYCH POZOREM nie sięga po Portret młodej Wenecjanki. Może się to skończyć rozczarowaniem i niechęcią wobec autora.

Rozumiem, że Jerzy Pilch zmaga się z chorobą utrudniającą tworzenie literatury. Jednak moim obowiązkiem, jako osoby opisującej swoje wrażenia z konfrontacji z tekstem, nie jest usprawiedliwianie dzieł średnich, dzieł pozbawionych polotu i będących sztampowymi zlepkami literackich impresji. A Portret młodej Wenecjanki po prostu obfituje w te wszystkie elementy. Nie pozostaje mi nic innego, jak pogodzić się z rozczarowaniem i sięgnąć po inną książkę. Być może inny autor mnie nie zawiedzie i dostarczy mi intelektualnych wyzwań i estetycznych przeżyć?

Ironiczny sprzedawca arbuzów

Wielką słabością darzę pewien gatunek publicystyki – felieton. Taki tekst wydaje się być prosty do napisania, ale to tylko złudzenie. Bo trzeba wymyślić temat i to najlepiej taki, na który ma się coś ciekawego do powiedzenia. A szczyptą pikanterii zawsze jest podzielenie się swoimi przeżyciami z czytelnikami. Dlatego trudno jest napisać interesujący felieton, krótkie formy, te nastawione na esencję treści, zawsze są wyzwaniem. Tym większym szacunkiem darzę osoby, która doskonale radzą sobie z felietonami. Ostatnio dołączył do nich Marcin Meller.

Kilka tygodni temu skończyłem zbiór felietonów Sprzedawca arbuzów. Nie powiem, że myślałem o tej książce dniami i nocami, że niektóre teksty po prostu mną wstrząsnęły i pozwoliły na dostrzeżenie, dotąd ukrytych, aspektów ludzkie gożycia. Nic z tych rzeczy. Sprzedawca arbuzów to zbiór solidnie napisanych felietonów, w których autor doskonale posługuje się piórem i z łatwością oczarowuje czytelnika swoją narracją. Zebrane cechuje także specyficzna lekkość – można przebrnąć przez wszystkie, nie odczuwają nawet przez moment ciężaru zawartych w nich spostrzeżeń. A czasem warto się zatrzymać, skonfrontować się z autorem, zastanowić, czy faktycznie myśli się podobnie, a może całkowicie inaczej?

Marcin Meller nie narzuca swojego punktu widzenia, nie wypowiada się w imieniu Jedynej i Słusznej Prawdy. Pisze o tym, co go zainteresuje, dzieli się z odbiorcą ciekawymi anegdotkami, opowiada o swoim życiu i otaczającym go świecie. Bywają felietony pisane ze zdenerwowaniem, z emocjami, z wyraźnym sprzeciwem – pełno ich w rozdziale dotyczącym polityki. Jednak nawet te nie są propagandowo męczące, ale doskonale wyważone. Każdy tekst został stworzony w świetle dobrego pomysłu i żaden nie jest zwykłą pojęciową papką. Po Sprzedawcy arbuzów żałuję, że nie czytałem felietonów Marcina Mellera w momencie, w którym były publikowane. W zbiorze układaj się one zupełnie inaczej, niż gdy były tekstami świeży, odwołującymi się do aktualnych wydarzeń.

Nie traktuję osadzenia w kontekście jako minusu. Wprost przeciwnie! To solidny plus, ponieważ zmusza do odszukania w mrokach Internetu wiadomości na temat wydarzenia opisywanego przez Marcina Mellera. Okoliczności okołotekstowe bywają niezwykle interesujące i dodają głębi każdemu z felietonów. Jednak najważniejszy jest w nich dowcip. Idealnie wyważony, daleki od chamstwa, pełen dystansu i dobrze odmierzonej ironii. Marcin Meller daje – słabsze i mocniej – prztyczki w nos i robi to w pełnych gracji zdaniach. W trakcie lektury Sprzedawcy arbuzów zaśmiałem się wielokrotnie.

Ten zbiór to dowód na to, że w Polsce w dalszym ciągu można tworzyć lekką w formie, ale solidną w treści publicystykę. Myślałem, że teraz będą nam panowały patos i chamstwo, jednak okazało się, że w dalszym ciągu istnieją autorzy, którzy mają lekkie pióro. Właśnie dla skontrowania patetycznej rzeczywistości z delikatnymi uwagi do świata Marcina Mellera warto sięgnąć po Sprzedawcę arbuzów.

Page 3 of 9

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén