Tag: literatura (Page 1 of 7)

Kryminalny brak zaskoczenia

Wróciłem na stare śmieci! Już dawno nie czytałem kryminału i muszę przyznać, że powrót do tej dobrze mi znajomej formy literatury, był nad wyraz przyjemny. Wystarczyło mi kilka wieczorów, abym dotarł do końca. Było w tej powieści wszystko to, do czego przyzwyczaiły mnie opowieści o detektywach, dlatego nie mogę napisać, że się rozczarowałem. Tekst, który wpadł mi w ręce trudno mi określić jako wyjątkowo wybitny. Po prostu został napisany zgodnie z aktualnymi wytycznymi formy, jaką jest powieść kryminalna. O jakiej książce piszę?

Te wszystkie zdania idealnie opisują Grób, którego autorem jest Max Czornyj. Nie czytałem poprzedniej książki tego pisarza, był to mój pierwszy kontakt z jego prozą. Udany. Od pierwszego zdania nie oczekiwałem żadnych zaskoczeń. Chciałem przeczytać kryminał zrealizowany według zasad gatunki i to otrzymałem. Warto zaznaczyć, że Grób nie jest klasyczną powieścią detektywistyczną z wariacją Sherlocka Holmesa, ale postnowoczesną pogonią za mordercą. Obowiązkowo z dwójką bohaterów, z mocną postacią kobiecą i brutalnymi scenami tortur. Myślę, że Grób stanowi połączenie wątków, z którymi zetknąłem się w Millenium oraz w tetralogii Katarzyny Bondy. Wtórność? Nie, w żadnym wypadku.

Raczej jest to doskonałe zrozumienie, w jakim momencie historycznym znajduje się obecnie powieść kryminalna. Gatunek znany i lubiany, mający swoich autorów nadających ton formie oraz takich, którzy dobrze poruszają się wewnątrz nowy reguł. Max Czornyj należy do tej drugiej grupy. W Grobie nie ma absolutnie żadnej gry z formą lub narracja. Jest za to solidna, porządnie napisana proza, która chwilami odrobinę się rozpada. Słabością tej powieści są fragmenty wyraźnie zmierzające w kierunku romansu. Relacja dwójki bohaterów jest zbyt wyreżyserowana, często miałem wrażenie, że jest wciskania na siłę do fabuły, tylko po to, aby stworzyć nową warstwę interpretacji dla charakterów. Tak samo jak rozbudowane opisy jedzenia lub stroju, oczywiście w dużej mierze dotyczą pary napędzającej historię. Z mojej perspektywy było to zbędne, kompletnie nic nie wnosiło do samej historii.

Tej zbędności w Grobie jest niewiele. Na szczęście. Pozostałe akapity mają dobry rytm, prowadzą od tropu do tropu, a samo zakończenie ma niezły zwrot akcji. Max Czornyj radzi sobie z powieścią kryminalną dobrze, ale jeszcze lepiej wyczuwa potrzeby odbiorców, szczególnie miłośników tego gatunku. Takie osoby zabiera w podróż przez znajome krajobrazy, nie stara się odkryć nowej ścieżki, tylko realizuje to, co już się sprawdziło i złapało uwagę czytelników. Czy to źle? Nie sądzę. Literatura popularna to w dużej mierze ciągłe odlewanie treści w dobrze ukształtowanych formach. Trzeba mieć dryg do tego, aby zaprezentować nowe możliwości gatunku i nie każdy, powinien to robić.

Dlatego uważam, że podstawowym plusem Grobu jest awersja do formalnych eksperymentów. To jest powieść gwarantująca zabawę, a czasem dreszczyk przerażenia. Nic więcej. Na pewno ten tekst przykuwa uwagę, ale nie sądzę, abym do niego wracał przy jakichkolwiek rozważaniach o literaturze popularnej.

Czynnik miernoty

Nie mam ostatnio szczęścia do dobrych fabuł. Ostatnio rozczarowało mnie 6 Underground, a teraz przyszedł czas na książkę. Po Czynnik diabła Craiga Russella sięgnąłem, ponieważ zobaczyłem ciekawy opis. Powieść miała łączyć w sobie wątki grozy, tajemnicy oraz kryminału. W tle mroczna międzywojenna Praga oraz zamczysko obarczone krwawą legendą. Liczyłem na porządnie utkaną fabułę, z ciekawymi bohaterami oraz jakąś przerażającą tajemnicę. W centrum narracji znajduje się młody psychiatry, który poszukuje tytułowego czynnika diabła.

Pomyślałem, że autor będzie zadawał pytanie o naturę ludzkiego zła. Może nawet pokusi się o sięgnięcie do ciekawych źródeł, tym bardziej że w powieści wiele razy zostaje podkreślone to, że główny bohater ceni sobie pisma Carla Gustawa Junga. Co otwiera pole do narracyjnego popisu, do zabawy różnymi metaforami, do zagłębienia się w legendy i mitologie, w celu wytłumaczenia morderstw dokonanych przez uwięzionych złoczyńców. Myślicie, że Craig Russell w ogóle skorzystał z tych możliwości? Skąd! Przyznaję, są w powieści delikatne zaczątki tych pomysłów. Są nawiązania do wymienionych przeze mnie idei. Niestety, przypominają wstępne szkice linii narracyjnych, które dziwnym trafem jednak znalazły się w książce. Czasem są tylko po to, aby podtrzymać przy życiu atmosferę powieści, która i tak jest w stanie agonalnym.

Podstawowym problemem Czynnika diabła jest główny bohater. Do bólu nijaki. Targany rozterkami, emocjami, wahający się i poszukujący odpowiedzi na dręczące pytania, ale przy tym wszystkim, jest mniej przekonujący od bohaterów brazylijskich telenowel puszczanych w publicznej telewizji. Główna postać powinna napędzać fabułę, prowokować do zastanawiania się nad sensami świata przedstawionego. W Czynniku diabła jest inaczej. Tutaj główny bohater dużo gada, ślizga się po powierzchni psychoanalizy i ciągłe się nad czymś zastanawia. W roli psychiatry studiującego psychikę morderców wypada nieautentycznie. Brakuje mu intelektualnej werwy, w trakcie rozmów z pacjentami przypomina znużonego nastolatka oczekującego na solidną dawkę krwawych wrażeń. Cierpi na tym cały świat przedstawiony.

Na dodatek Praga i zamczysko sprowadzone zostają do drętwych dekoracji. Są scenografią, która istnieje tylko po to, aby akcja mogła się gdzieś rozegrać. Oczekujecie interesujących miejskich legend? Tutaj ich nie znajdziecie. Praga w powieści jest tylko nazwą, niczym więcej. W przypadku zamczyska autor pokusił się o stworzenie mrocznej tajemnicy, ale jest ona dokładnie taka sama jak główny bohater. Nijaka. Dla mnie gwoździem do trumny była boleśnie nudne śledztwo. Obok rozmów z mordercami, równolegle biegnie linia narracyjna opowiadająca o seryjnym zabójcy grasującym w Pradze. Jednak w tej opowieści nie ma nic specjalnie interesującego. Pojawiają się delikatne wskazówki prowadzące do więźniów przebywających w zamczysku, detektyw okazjonalnie popisuje się umiejętnością dedukcji. Jednak przez zdecydowaną większość czasu pozostaje jakby w uśpieniu. Biernie brnie przez kolejne wydarzenia, nie stara się nadać im znaczenia.

Lektura Czynnika diabła była dla mnie mało interesującym doświadczeniem. Odniosłem wrażenie, że autor sam nie wiedział, o czym chce napisać książkę, co ciągle odbija się w marnie zrealizowanym świecie przedstawionym.

Ekranizacje rozczarowań

Przeglądając serialowe zapowiedzi na 2020 rok, trafiłem na ekranizację powieści Stephena Kinga. Outsider ma opowiadać historię z książki, więc nie będzie to kolejna luźna interpretacja narracji tworzonych przez tego amerykańskiego pisarza. Aż chciałoby się zapytać – znowu King? Czyżby nowa ekranizacja To podniosła zainteresowanie jego prozą? Niekoniecznie. Wystarczy przejrzeć ofertę HBO oraz Netfliksa, aby zauważyć, że już wcześniej pojawiały się filmy i seriale na podstawie prozy Stephena Kinga. Raz lepsze, a raz gorsze. Chociaż mam wrażenie, że tych drugich jest więcej.

Nie będę twierdził, że ich unikam. Oglądam je. Ze zwykłem ciekawości. Prozę Stephena Kinga znam całkiem nieźle, ostatnio skończyłem Instytut, więc z pewną śmiałością mogę stwierdzić, że jest na bieżąco. Dlatego sprawdzam ekranizacje. Filmowe i serialowe. Ciekawe jest to, że wiele narracji sprawdza się doskonale na kartach książki, ale na ekranie jest już gorzej. Być może powodem jest niepotrzebne rozwlekanie akcji? Za doskonały przykład może posłużyć Mgła. Serial, na Netfliksie, trudno było go oglądać. Zakończenie sugerowało, że pojawi się drugi sezon, ale najwyraźniej materiał nie spotkał się ze specjalnym zainteresowaniem widzów. Czym nie jestem nawet lekko zaskoczony.

Przenoszenie sensów pomiędzy formami bywa trudne. Każdy miłośnik narracji to wie. Jako osoba związana z literaturą, miałem nieprzyjemność obejrzeć wiele zniszczonych opowiadań. Niepotrzebnie rozwiniętych, rozbudowanych tylko po to, aby zapełnić czas na ekranie. Tak jakby widz koniecznie musiał spędzić kilka godzin przed ekranem, aby zostać porwanym przez opowieść. Piję do tego nieszczęsnego Hobbita rozbitego na trzy dość długie odcinki. Widziałem je. Nie oczekiwałem, że podciągnięty Legolas będzie tak samo przekonujący, jak ten z Władcy Pierścieni. A jednocześnie zaskoczyło mnie, jak można rozsadzić jedną krótką historię. Rozumiem, że wiele wątków da się bez najmniejszego problemu umieścić w uniwersum stworzonym przez Tolkiena, jednak nie sądzę, aby w takiej formie były one interesujące. Do dziś odbieram Hobbita jako chaotyczną, nieskładną, porozrywaną opowieść, której tematem przewodnim był smok.

Stąd bierze się moja rezerwa do filmowych adaptacji literatury. Komiks przekłada się znacznie lepiej. Chociaż tutaj też zdarzają się niechlubne wyjątki. Zaliczam do nich The Defenders, których przespałem. Podchodziłem do tego serialu kilka razy i oglądanie zawsze kończyło się drzemką. Nie oczarował mnie, nie przykuł do ekranu na tyle, abym czuł się zainteresowany. Podobna sytuacja miała miejsce z innymi ekranizacjami Marvela. Nie wszystkie mnie do siebie przekonały, ale żadna nie zirytowała tak, jak niektóre filmowe edycje narracji literackim. W przypadku tych drugich znacznie bardziej dotykają mnie wszystkie zbędne dodatki wynikające z interpretacji postaci oraz fabuły. Nie oczekuję, że ekranizacja będzie w pełni wierna oryginałowi, po prostu liczę na ciekawe odczytanie, które niespecjalnie będzie rozsadzało cały sens danej powieści.

Mam nadzieję, że w przypadku Outsidera właśnie tak będzie. Poczekam, zobaczę i najwyżej ponownie się rozczaruję.

Źródła pisania

Skończyłem Kult Łukasza Orbitowskiego oraz Kroniki opętanej Artura Nowak. Obie książki już wkrótce zrecenzuję. Szkice w notatniku już mam, pozostaje tylko przygotować teksty. Coś mi w tym przeszkodziło. Moja Żona przyniosła mi kolejny tom Dzienników Jerzego Pilcha. Zacząłem czytać i myślę, że jest to lektura pełna melancholii. Od dłuższego czasu mam wrażenie, że ten autor żegna się z Czytelnikami, zdaje relację ze swojej choroby, cierpienia, a przy okazji dzieli się ostrymi jak brzytwa spostrzeżeniami na temat współczesności.

Pamiętam, że kiedyś poświęciłem przynajmniej jeden tekst na recenzję Dzienników. Tym razem tego nie zrobię. Nie widzę sensu. Siłą tego tytułu jest opis świata, wrażeń, których doświadcza autor. Trzeba się zmierzyć samemu, bez żadnych wskazówek od recenzenta lub – o zgrozo! – krytyka. Z perspektywy czasu widzę, że opisywanie swoich wrażeń dotyczących Dzienników nie miało większego sensu. Moje myślenie o literaturze rozbija się o doświadczenia spisane przez człowieka, przez pisarza, jest miażdżone przez potrzebę podzielenia się własnym życiem. Dla mnie kolejny tom Dzienników okazał się dobrym momentem na spojrzenie w przeszłość. Na lektury, które moje myślenie o literaturze ukształtowały.

Ważną rolę odegrał tutaj Jerzy Pilch. Zaczęło się od Miasta utrapienia, które po prostu pochłonąłem. Pod Mocnym Aniołem zawsze będę uważał za literaturę wybitną, cudowną, za narracyjne delirium. Były jeszcze opowiadania, mistrzostwo krótkiej formy. A Wiele demonów? Doskonała literatura, świetnie poprowadzone opowiadanie, narracja godna mistrza. Zawsze imponował mi rytm, z jakim pisze Jerzy Pilch. Słowa po prostu płyną, okazjonalnie rozbijają się o rafę żartu lub roztrzaskują o brzeg dramatu. Takie budowanie narracji jest kuszące dla czytelnika i przez wiele lat próbowałem to naśladować. Jeszcze na „Połącz kropkach”, pod starym adres bloga, widać jak usiłowałem „pisać Pilchem”. Wychodziło średnio, ale na pewno była to dla mnie cenna lekcja. Ważny krok w poszukiwaniu własnego stylu. Tego charakterystycznego dla mnie ciosania i obrabiania sensu, którym raczę odbiorców swoich tekstów.

Warto także wskazać na twórczość Łukasza Orbitowskiego. Tracę ciepło, Szczęśliwa ziemia, Exodus oraz Kult to tytuły, które na pewno odbiły się na moim pisaniu oraz myśleniu o literaturze. Może nawet trochę skorygowały postrzeganie struktury rytmu narracji. Dla Łukasza Orbitowskiego słowo ma zupełnie inną wagę, niż dla Jerzego Pilcha. Obaj autorzy sprawnie posługują się dowcipem, dramatem oraz ironią. Jednak różni ich sposób budowania sensu. Jerzy Pilch jest podskórny, przekazuje swoje obrazy pośrednio, natomiast Łukasz Orbitowski kocha walić czytelnika sensem po głowie. Aż mu go wbije do samego końca kręgosłupa. Właśnie to tłuczenia, te uderzenia najbardziej cenię w prozie Łukasza Orbitowskiego. W Exodusie osiągnął mistrzostwo we wbijaniu sensu. Mocne obrazy, słowa zapadające w pamięć. Solidna literatura, a nie jakieś opowiastki o dupie Maryni.

Gdzieś w tym moim osobistym myśleniu o literaturze przebrzmiewa pragnienie pisania prozy. Nie umiem tego, próbowałem, nędzna grafomania mi wychodziła. Szkoda słów. Dlatego wziąłem się za publicystykę. Z tym przynajmniej jakoś sobie radzę.

Ładnie i elegancko

Zacząłem lekturę Sonneberga Krzysztofa Vargi. W dziwny sposób rytm narracji przypomniał mi moje częste dyskusje okołoliterackie z Łukaszem. Jestem przekonany, że ta książka bardzo przypadłaby mu do gustu. Jest w niej wszystko to, co szczególnie cenił w prozie. Zawsze kluczowe było dla niego to, aby powieść była napisana ładnie. Jego kategoria ładności zawsze mnie zastanawiała, odrobinę irytowała. Bo co to za wyznacznik? Ładnie napisana? Co to mówi o kształcie literatury? Myślę, że ta kategoria zawsze pozwalała Łukaszowi ocenić jakoś literatury, po którą akurat sięgał.

Bolesna prawda jest taka, że sam oceniam niektóre rzeczy pod kątem ich elegancji. Począwszy od zagadnień zakładanych w systemie służącym do zarządzania pracą, po fragmenty kodu, które piszę. Jeszcze nie przełożyłem tego na literaturę, ale sądzę, że jest to kwestia czasu. Podejrzewam, że podobnie jak „ładność”, „eleganckość” zacznie mnie drażnić. Ze względu na swoją nieuchwytność, brak solidnych fundamentów, niekoniecznie stabilną podstawę teoretyczną. Siedzi we mnie ta potrzeba systematyzowania, budowania możliwie jasnych kategorii. Bardzo mocno. Aż sam się sobie dziwię i trochę zaczynam się obawiać, że już mi tak zostanie. Do ostatniej popełnionej myśli.

Wróćmy do Sonnenberga Vargi i literatury według Łukasza. Dla mojego dobrego kolegi ze studiów tworzenie wiązało się z alkoholem, używkami, wprowadzeniem się w inne stany świadomości. Zwykł mnie pytać, ile wypiłem, pracując przy danym tekście. Moje odpowiedzi zawsze go rozczarowywały – nie potrafię pisać, będąc pod wpływem. Unikam tego. Niewiele tekstów napisanych po piwie lub dwóch trafiło na bloga. Te szkice zawsze lądowały w cyfrowym koszu, w niebycie. Moje teksty stanowią odbicie tego, w jaki sposób myślę, tego jak układam sobie w głowie sensy. Zawsze staram się, aby była to możliwie najsolidniejsza struktura. Po alkoholu zaczynam rozwlekać zdania, tracić rytm w opowiadaniu. Gubię to, co chcę opowiedzieć. Zawsze tak to tłumaczyłem Łukaszowi. Nigdy nie udało mi się go przekonać.

Przytaczał wiele przykładów z literatury, rzucał na dyskusyjną planszę ciężkie działa. Lubił zaczynać od alkoholowych wojaży Jerzego Pilcha, bo szczególnie ceniłem narrację w Pod Mocnym Aniołem. Gdy nie dawałem się przekonać, sięgał po Witkacego. W przypadku tego autora istotne był jego sposób postrzegania sztuki. A ja w dalszym ciągu pozostawałem niezłomny. Dalej nie uważam pisania pod wpływem za coś pociągającego. Wolę pracować w swoim, do bólu trzeźwym, trybie. Może wynika to z tego, że dla mnie składanie słów ma niewiele uroku? Lubię to, ale traktuję pisanie jako formę komunikacji ze światem. Często umysłowe ćwiczenie, które pozwala mi na pozostanie świadomym. O! Z pomocą przelewanych na papier, nawet ten cyforwy, słów ostrzę sobie percepcję.

Myślę, że Łukasz doceniłby poprzednie zdanie. Powiedziałby, że było ładne. Ja rzekłbym, że eleganckie.

Page 1 of 7

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén