Tag: muzyka (Page 2 of 3)

Rozczarowany i zdenerwowany

Ten rok mija mi na muzycznych rozczarowaniach. Czego nie ruszę, to nagle okazuje się, że jest nudne, sztampowe i najlepiej nadaje się do windy. Dotyczy to szczególne tych wielkich zespołów – Floydów oraz Ironów. Dlatego liczyłem na to, że na polskim podwórku będzie inaczej. Naiwność? Niekoniecznie. Artyści tacy jak Organek pokazuję, że da się u nas grać ciekawą muzykę i nie trzeba od razu wpadać w pretensjonalność rodem z Ich Troje. Liczyłem na to, że podobnie będzie z Dawidem Podsiadło.

Przeliczyłem się. Płytę Annoyance and Disappointment promował niezwykle interesujący singiel W dobrą stronę. Radził sobie całkiem nieźle na Liście Przebojów Trójki, miał dobrą muzykę oraz intrygujący tekst. Ten jeden utwór budził nadzieję na ciekawą płytę oraz pokazywał, że polski artysta się rozwija. Po kilkukrotnym przesłuchaniu całego wydawnictwa mogę z całą pewnością stwierdzić, że W dobrą stronę jest jednym godnym uwagi tytułem. Cała reszta to strata czasu, trwonienie dźwięków i beznadziejna nuda. Jest rozczarowująca i denerwująca – najwyraźniej angielska nazwa płyty była przepowiednią. Mam nadzieję, że nikt jej nie kupi jako prezent. Chyba że chce, aby obdarowany zanudził się na śmierć.

Zastanawia mnie, dlaczego Dawid Podsiadło postanowił, że prawie wszystkie utwory zaśpiewa po angielsku. Myśli o karierze międzynarodowej? Życzę mu tego z całego serca, bo jakimś tępym zawistnikiem nie jestem, tylko żałuję, że zmarnował swoje umiejętności. Wielokrotnie udowodnił, ze potrafi śpiewać po polsku, robi to świetnie i aż chce się go słuchać. Niestety, tym razem jest inaczej. Być może to właśnie wybór języka angielskiego położył całą płytę. A&D staje się jednowymiarowa, z monotonnym rytem. Przerażające jest to, że utwory są do siebie podobne. Jest to co najmniej dziwne, ponieważ na Trójkątach i kwadratach było inaczej. Tamta płyta była świetna, a ta nowa nie jest nawet średnia.

Jest, delikatnie pisząc, miałka. Rozlewa się, zaciera, rytm zaczyna usypiać. Gdyby to jeszcze był rodzaj melancholii, to dałoby się słuchać. Tak jednak nie jest. Najciekawsze jest to, że cała płyta próbuje być czymś, co miłośnicy muzycy zwykli nazywać concept album. Dawid Podsiadło próbuje opowiedzieć jakąś historię, stara się połączyć wszystkie wątki, jednak same chęci to za mało. Tak w połowie widać, że pomysł całkowicie się rozjechał, a poszczególne piosenki poszybowały w sobie znanych kierunkach.

Słuchanie A&D było dla mnie doświadczeniem smutnym. Dawid Podsiadło był dla mnie przykładem na to, że talent show potrafi wypromować kogoś interesującego oraz faktycznie utalentowanego. Celowo użyłem czasu przeszłego, ponieważ nowa płyta pokazuje coś zgoła innego – powraca płytkość, która cechuje innych wielkich wygranych. Mam nadzieję, że kolejne wydawnictwa będą lepsze, że artysta wróci do formy. Posłucham, z ciekawości, z chęci przekonania się, czy A&D było tylko wpadką, a ja się boleśnie pomyliłem.

 

 

S Vivek / RED HOT MUSIC- No Shallow thoughts (CC BY-NC-ND 2.0)

Muzyczne rozczarowania

Ostatnio namiętnie słuchałem dwóch płyt – The Book of Souls Iron Maiden oraz Rattle that Flock Davida Gilmoura. Bardzo się ucieszyłem, gdy dotarła do mnie wiadomość, że będę miał okazję wrócić do swojej przeszłości. Ironów uwielbiałem jako tru metalowiec (z małą przerwą na Deatha), a jeżeli chodzi o Pink Floyd, to przeżyłem okres poważnego psychofaństwa. Na temat ostatniem płyty tego legendarnego zespołu już pisałem i zdania nie zmienię – była to jedna, wielka porażka. Liczyłem na to, że David Gilmour mnie nie rozczaruje, że Iron Maiden będzie energetycznym kopniakiem na czas kwerendy.

Pomyliłem się. Dotkliwie. Zacznijmy od Ironów. Moja Żona, po pierwszym przesłuchaniu płyty, zauważyła, że jest coś nie tak – wszystkie utwory brzmiały jej podobnie. Razem stwierdziliśmy, że może zmienił się jej gust muzyczny, ale to stwierdzenie nie dawało mi spokoju. Po dwóch dniach spędzonych z płytą zauważyłem, że zaczyna mnie szybko nudzić. Nie miałem ochoty do niej wracać. Była idealna na podróż pociągiem do Katowic, jednak do słuchania w domu się nie nadawała. Jedyną nadzieją był David Gilmour.

Też mnie rozczarował. Rattle that Flock to muzyka do widny, kompletnie nieangażująca i nudna. Drażni mnie przeźroczystość utworów, żadnego z nich nie zapamiętałem. Płyta nadaje się jako podkład do codziennych domowych czynności – gotowanie, zmywanie, sprzątanie kurzy i robienie sobie kanapek. Podobnie miałem z ostatnim dziełem Floydów. Z muzyki, którą analizowałem po wielokroć, w której tonąłem i zasłuchiwałem się, nagle stali się jakiś dodatkiem. Strasznie mnie to zdenerwowało.

Mamy wrzesień, a ja mam wrażenie, że ten roku był bardzo ubogi w interesujące płyty. Trudno mi wskazać zespół, którego słuchałem dłużej, niż tydzień. Czasem coś mi wpadnie w uchu, w ramach cotygodniowym playlist Spotify, ale są to przelotne związki. Już dawno nie miałem tak, że przesłuchiwałem całą dyskografię danego zespołu, tak od dźwięku do dźwięku. Cierpię na brak interesujących nowości, nie chcę słuchać cały czas Zeppelinów, Opetha i Deatha. Budzi się we mnie potrzeba znalezienia czegoś świeżego, może nawet współczesnego, ale żeby było wciągające. To pragnienie wzmacniają dwa rozczarowania, dość bolesne, drażniące i trudne do zapomnienia.

A może po prostu się starzeję?

//Obrazek wyróżniający: S Vivek / RED HOT MUSIC- No Shallow thoughts (CC BY-NC-ND 2.0)

Henadz Freshphoto.ru / Music on the street (CC BY 2.0)

Świat muzyki

Od dawna interesuje mnie sposób, w jaki ludzie słuchają muzyki. Czym się kierują przy wyborze, jak i gdzie oddają się swoim ulubionym dźwiękom oraz czy fascynacje bywają trwałe. Zdarza się, że moje obserwacje wpędzają mnie w okropny nastrój. Ale bywają także o wiele bardziej pogodne chwile.

Jednym z takich momentów było odkrycie projektu Vincenta Moona. Mathieu Sara, bo tak brzmi prawdziwe imię i nazwisko tej nietuzinkowej postaci, podróżuje po świecie z plecakiem i nagrywa muzykę. Jego celem nie jest skompletowanie koncertów swoich ulubionych kapel, Vincent Moon pragnie dotrzeć do sedna muzyki, bada jej związki z człowiekiem. Jego filmy są interesujące oraz pełne emocji, składają się z obrazów codzienności podkręconych przez sącząca się obok muzykę. Jego produkcje inspirują. To nie są zwykłe teledyski lub jakieś amatorskie nagrania, które powstały przez przypadek.

Vincent Moon tworzy małe kęsy sztuki, ale trzeba pamiętać o jednym – aby je docenić należy się na nich skupić. I to może okazać się prawdziwym problemem. Wyjątkowość tych filmów polega na tym, że nie są one tworzone z myślą o mainstreamie. Autor pragnie uchwycić emocje związane z muzyką, a to wymaga sporych nakładów uwagi ze strony odbiorcy. Zastanawiam się, czy my, ludzie żyjące w kulturze instant, jesteśmy jeszcze w stanie docenić takie produkcje. Muzyka straciła swój rytualny wymiar, bywa tarczą osłaniającą słuchacza przed potencjalnymi rozmówcami lub zapychaczem ciszy. Artyści układali dźwięki po to, abyśmy mogli lepiej poznać samych siebie, a dzisiaj wykorzystuje się je, aby uciec od siebie.

Dlatego warto zapoznać się z muzycznym światem, który uchwycił Mathieu Sara.

//Obrazek: Henadz Freshphoto.ru / Music on the street (CC BY 2.0)

Dobrze spisać

Wielu polskich wykonawców nie jest w stanie przekonać mnie do swoich utworów. Często są zbyt kiczowate (takie Odnawiam dusze Perfectu) lub mało interesujące i nie wzbudzające jakichkolwiek dreszczy, ale potrafią wywołać torsje. Na szczęście wciąż zdarzają się artyści, którzy doskonale opowiadają historie.

Na pewno jednym z nich jest Paweł Sołtys, bardziej znany jako Pablopavo. Jego ostatnia solowa płyta,Tylko, to prawdziwy majstersztyk. Muzycznie jest świetnie, nie sposób się nudzić w trakcie słuchania tej płyty. Ale nie o dźwięki w tle autorowi chodzi, chociaż ich nie lekceważy. Dobiera je tak, aby pasowały do historii, którą opowiada. Sam Pablopavo doskonale podsumował tematykę swojej płyty:

W każdym z moich bohaterów staram się zobaczyć człowieka. Każdego z nich lubię, nawet tych, którzy popełniają błędy. Za każdym razem staram się jakoś wejść w ich życie; pokazać, jak znaleźli się w danym miejscu albo co kryje się za ich niespecjalnie atrakcyjną powierzchownością. Przekaz popkulturowy omija dziś szerokim łukiem połowę społeczeństwa. Są piękne miasta, eleganckie mieszkania, młodzi, zadowoleni z siebie ludzie – ale przecież to nie jest całe społeczeństwo. Nie mówiąc już o tym, że Warszawa to nie Polska. Dużo jeżdżę po Polsce i naprawdę, jeśli pojedzie się do Wałbrzycha, Nakła czy Bytomia, to trafia się do innego kraju. I ja chcę się upomnieć o tych ludzi, tak żeby też mieli swoje miejsce w kulturze czy w opowieści. (B. Andrejuk, J. Mencwel, Pablopavo: Nie umiem pisać o sytych i zadowolonych (wywiad), „Magazyn Kontakt”).

O każdym z wykluczonych Pablopavo opowiada w sposób liryczny i pełen trafnych obserwacji. To spojrzenie w kierunku niewidzialnych, czyli tych, którym się nie udało jest bardzo interesujące, ponieważ artyści muzyki rozrywkowej unikają społecznie ważnych tematów. I nagle okazuje się, że wciąż są tacy, którym zależy na śpiewaniu o obserwowanym przez nich świecie, a składa się on nie z zakochanym, pędzących po nowe buty lub tańczących dla siebie, tylko z rzeczy niedostrzegalnych.

Tylko Pablopavo trwa 30 minut. Warto się w nią wgryźć, ponieważ wprowadza w człowieka w melancholijny nastrój i pozwala się rozejrzeć po innym świecie. Paweł Sołtys pokazał, że jest artystą potrafiącym interesująco opowiadać, a to bardzo szczególny dar. Coś, co ginie we współczesnej muzyce. Zapewne za sprawą ciągłego poprawiania dźwięku i coraz większych kampanii marketingowych. Zapewne właśnie dlatego Paweł Sołtys został uhonorowany „Paszportem Polityki” w kategorii muzyka popularna.

//Teksty wykorzystane w trakcie pisania felietonu:

Rzeka rozczarowań

Z niecierpliwością oczekiwałem na nowy album Pink Floyd. Liczyłem, że będzie to pożegnanie z klasą, powrót do monumentalnych kompozycji tej grupy i spacer po wspaniałym ogrodzie dźwięków. Nic z tych pięknych określeń się nie sprawdziło. The Endless River to cień potęgi zespołu, jakieś marne resztki, które zostały zaserwowane słuchaczom.

Próbuję się przekonać do tej płyty od daty premiery. Nic nie pomaga. Słuchałem jej w skupieniu, w trakcie pracy lub na spacerze. Używałem zarówno głośników jak i słuchawek. Gdzieś tam słyszę charakterystyczne dla mojej ulubionej grupy brzmienie, dopada mnie przebłysk specyficznych kompozycji, ale to nie to. Żadnych dreszczy, zapętlania jednego utworu i dekonsturowania go. Dopadało mnie znużenie i miewałem wrażenie, że lepszą muzykę można usłyszeć w windzie.

Dla mnie ostatnim albumem Pink Floyd pozostanie The Division Bell. Muzyka wielowarstwowa, hipnotyzująca słuchacza i pozwalająca rozkoszować się wspaniałymi brzeniami. Tego wszystko nie ma w The Endless River! Moim zdaniem najnowsza płyta Pink Floyd jest całkowicie zbędna, ale wiem, że są ludzie, którym się ona podoba. O gustach się nie dyskutuje, więc nie mam zamiaru podnosić kwestii obeznania, czy wrażliwości. Uderzyło mnie coś innego.

Wśród fanów najnowszej płyty słyszę, że jedno określenie – ambient. Spotkałem się z tym gatunkiem już wcześniej, nawet ktoś podsuwał mi Vangelisa mówiąc, ze to najwybitniejszy przedstawiciel tej konwencji, ale nie mogłem się przekonać. Podstawowym problem jest dla mnie zaangażowanie – taka muzyka w żaden sposób mnie nie pobudza, nie budzi ruchu myśli.

A właśnie tak działają na mnie płyty Pink Floyd. Wsłuchuję się w nie i zawszę znajduję coś, co mnie zachwyci. Ostatni krążek jest niechlubnym wyjątkiem, dlatego będę go omijał szerokim łukiem.

Page 2 of 3

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén