Tag: netfliks (Page 2 of 4)

Ta przeklęta interakcyjność!

Bandersnatch od Netfliksa skończony! Przyjemny wstęp do kolejnego sezonu Czarnego lustra. Ciekawe przypomnienie czym były książki paragrafowe. Cieszę się, że nie próbowano z gier komputerowych uczynić świtu interaktywności. Istotnego elementu kultury, który powinno się rozumieć szeroko, a nie sprowadzać wyłącznie do relacji człowieka z wirtualnymi światami. Nie chcę wyłącznie chwalić eksperymentu Netfliksa, ale też nie mam zamiaru go krytykować. Taki materiał był potrzebny, pokazał, jak bardzo lubimy kontrolować i wpływać.

Jednocześnie warto zadać sobie pytanie, czy faktycznie potrzebujemy takiej formy rozrywki. Bo może wciskanie wszędzie interaktywnych form, wcale nie jest koniecznością? Co ze starym, dobrym prowadzeniem narracji? Co z fabułami, które mają jasny początek i solidne zakończenie? Akurat Bandersnatch ma te elementy, a decyzje użytkownika wpływają na konkretny finał. Jednak obawiam się, że spopularyzowanie takiej filmowej formy wcale nie będzie łatwe. Każde medium odpowiednio kształtuje odbiorcę, wpływa na jego sposób postrzegania konstrukcji opowieści, a nawet projektuje oczekiwania wynikające ze struktury danej formy. Bandersnatch je rozbija, atakuje. Podobnie jak powieść paragrafowa każe zmierzyć się z przyzwyczajeniem do formy książki (co później rozwija liberatura). Może na dłuższą metę będzie to męczące?

Sam zaczynałem odczuwać delikatne znużenie tym eksperymentem. Na początku decydowanie za głównego bohatera było ciekawe, ale później zaczynało robić się męczące. Problemem nie były tutaj fabularne pętle, ale moje oczekiwania wobec medium. Jak oglądam film, to nie siedzę z myszką i nie czekam na kolejny panel z decyzjami. Podobnie w przypadku powieści paragrafowej. Skakanie pomiędzy specjalnie zaznaczonymi rozdziałami w pewnej chwili robi się męczące i pojawia się w człowieku chęć jak najszybszego ukończenia opowieści. Bez konieczności ciągłego wybierania, decydowania i sprawdzania efektów. Zestawienie Bandersnatcha z grą komputerową nasuwa się samo, także za sprawą głównego motywu, ale nie sądzę, aby było ono trafione.

Wirtualne światy wymagają większej pracy wykonanej przez odbiorcę. Stworzenie postaci, przejście samouczka, nauka sterowanie. Fabuła staje się istotną pomocą we wchodzeniu w nową rzeczywistość. Świat poznawany jest za pośrednictwem konkretnej postaci, w buty, której wchodzi odbiorca. Bandersnatch inaczej rozkłada akcenty. Odbiorca staje się demiurgiem kreujących zachowania głównego bohatera. Ma nad nim sporą władzę, ciekawie jest, gdy szyba zostaje stłuczona i okazuje się, że postać zaczyna odczuwać to, że ktoś ją kontroluje. Gry komputerowe niechętnie korzystają z tego elementu. Wpływ użytkownika jest przeźroczysty, przekładany bezpośrednio na akcje postaci. Game design często ukrywa sznurki, za które pociąga gracz. Jeżeli ktoś zrobi to w sposób mało umiejętny, w recenzjach pojawia się informacja o nieintuicyjnym sterowaniu. Na wierzch zostaje wyciągnięty wpływ gracza na świat przedstawiony oraz postać.

Bandersnatch to pytanie o formę. Zaproszenie do zderzenia się z własnymi przyzwyczajeniami. Warto się skonfrontować, jednak później dobrze jest zastanowić się nad sposobem swoim postrzegania tego tekstu. Z czego wynikał? Jakie przyzwyczajenia należało pokonać? I czy w ogóle takie doświadczenie warto powtórzyć?

Film o skradzionej tożsamości

Na Netfliksie trafiłem na film prowokujący do myślenia. Fabuła mocno zakorzeniona we współczesności, z istotnym skrzywieniem w kierunku nowych mediów. Trochę o tożsamości, trochę o ciągłej potrzebie podglądania, dużo o Internecie. Połączenie wszystkich elementów, które potrafią być przerażające, a jednak stanowią codzienność nowoczesności. Wielkimi krokami zbliża się weekend, więc myślę, że warto sięgnąć po Cam.

Główna bohaterka to camgirl. Oglądający wchodzą na stronę, dołączają do kanału i mogą oglądać na żywo (a może bardziej trafny jest czasownik podglądać?) roznegliżowaną kobietę. Bywa, że jest to połączenie striptease’u oraz pornografii, ale na pewno jest to dochodowy interes. Oczywiście, że autorki i autorzy takich programów nie prowadzą ich za darmo. Widzowie kupują wirtualną walutę, która służy im za hołd składani swoich ulubieńcom lub ulubienicom. Jak to bywa w naszych pięknych, lecz nieszczęśliwym kapitalistycznych świecie, takie materiały to żyła złota. Pieniądze płyną szerokim strumieniem. Do właścicieli portali oraz gwiazd kamerek internetowych. Streaming to jeden z niezwykle interesujących fenomenów Internetu. Skoro oglądanie graczy prowadzących zmagania w wirtualnych światach cieszy się olbrzymim zainteresowaniem, to trudno się dziwić, że aktywności cielesne również są popularne.

Jednak film Cam daleki jest od moralizowana, ucieka od patetycznych formuł o świętości ciała oraz niemoralnym zachowaniu. Co prawda przewija się to w tle, ale trudno uznać te zdania za kluczowe dla obrazu. Znacznie ważniejsza jest kwestia tożsamości w Sieci. Główna bohaterka traci ją na rzecz kopii, prawdopodobnie sztucznie wygenerowanej, chociaż tego tak do końca widzowie się nie dowiadują. Fascynujące jest to, jak z okruszków porzuconych w Internecie komuś udaje się sfabrykować człowieka. Mało tego! Ukraść mu jego miejsce w wirtualnym świecie, jak łatwo się domyślić, staje się coraz ważniejszy. Film warto rozpatrzeć w kategoriach przestrogi, ostrzeżenia przed dzieleniem się absolutnie wszystkim w Sieci. Karmimy tego potwora różnymi informacjami, a rzadko zastanawiamy się, do czego można je wykorzystać.

Cam to doskonały przerywnik dla ludzi czekających na kolejny sezon Czarnego lustra. Podobna tematyka, brak możliwości oddzielenia wirtualnego świata od rzeczywistości oraz zderzenie postaci z nowoczesną formą tożsamości. Tutaj nie ma zwycięzców, przegrani są wszyscy. Można wzruszyć ramionami i powiedzieć, że czasy się zmieniły i świat też jest inny, jednak czy to zwalnia kogokolwiek z myślenia? Z poszanowania granic jednostek? A może wciąż pokutuje wiara w to, że w Internecie jesteśmy anonimowi? Jeżeli dalej jesteście przekonani co do tego, że nie można was wyśledzić w Sieci, polecam obejrzenie Cam oraz Czarnego lustra. W obu przypadkach lęki ponowoczesności nie zostały nawet o milimetr przerysowane.

Dom pełen strachu

Dobry serial można poznać po tym, że niemiłosiernie wciąga. Wsysa jak bagno. Taką przykuwającą do ekranu produkcją jest Nawiedzony dom na wzgórzu. Horror, ale taki nieoczywisty, z kilkoma zmienionymi elementami. Momentami straszny, chwilami smutny. Te zmiany rytmu w narracji sprawiają, że trudno zrezygnować z kolejnego odcinka. Na dodatek pierwszy sezon stanowi zamkniętą całość. Dzięki czemu odbiorca unika bolesnego rozczarowania związanego ze zbędnym przedłużaniem fabuły.

Włączając pierwszy odcinek Nawiedzonego domu na wzgórzu, należy liczyć się z tym, że pojawi się konieczność obejrzenia kolejnych. Dlatego oglądanie tego obrazu warto zaplanować na spokojny weekend, aby móc, bez zbędnych wyrzutów sumienia, całkowicie poświęcić swoją uwagę Netfliksowi. Nawiedzony dom zostaje ukazany w interesujący sposób – z perspektywy każdej, zaangażowanej w historię, postaci. Widz stopniowo dowiaduje się, jakie tajemnice kryje ta niebezpieczna przestrzeń. Historię napędza zbliżająca się wraz z każdym odcinkiem nieunikniona konfrontacja. Właśnie ten element został w interesujący sposób zrealizowany.

Na pewno wszyscy znacie horrory, w których głównym zajęciem bohaterów jest umieranie. Komuś zawsze uda się przetrwać do ostatniej sceny i rozwikłać tajemnicę, ale pozostałe postacie pojawiają się głównie po to, aby oddać życie w imię rozwijającej się fabuły. Nawiedzony dom na wzgórzu inaczej rozwiązuje tę kwestię. Nie ma co oczekiwać piętrzącego się stosu trupów. To nie slasher, raczej film grozy z doskonale opowiedzianą tajemnicą. Szczególnie ważne są postacie opowiadające swoje historie. W Nawiedzonym domu na wzgórzu odbiorca ma do czynienia z rodziną, której członkowie zostali złamani przez złą energię panoszącą się w tytułowym domu. Duch i potwory przekształcają się w skomplikowane traumy. W całą rodzinę szczególnie uderzyła śmierć matki. Przedstawiona jako samobójstwo, ale ta tragedia związana była z opętaniem. Nie wszyscy bohaterowie zgadzają się z taką interpretacją, racjonalizują całe wydarzenie i wolą mówić o chorobie psychicznej.

Widz widzi obie warstwy. Racjonalną, oparta na próbie ułożenia świat ze stałych elementów oraz nadnaturalną widoczną w wizjach i snach postaci. Dom, a także czające się w nim niebezpieczeństwo jest ciągle wypierane. Czai się na drugim planie, okazjonalnie dając o sobie znać. Zła siła stopniowo staje się coraz potężniejsza, zmusza rodzeństwo do ponownego wejścia do nawiedzonego domu. Konfrontacja zostaje świetnie przedstawiona. W ostatnich trzech odcinkach zostają rozwiązane tajemnice, z jakimi borykała się rodzina bohaterów. Zniszczenie wizji oraz ujawnienie szerokiego wpływu złej siły pokazuje, jak wiele problemów wynikało z ignorowania prawdziwej natury domu. Element przezwyciężenia jest również nietypowy. W tym horrorze nie ma spektakularnego pokonania ducha lub innego demona. Finałowi bliżej do pogodzenia się ze skomplikowaną historią rodziny i z zaakceptowaniem innego wymiaru życia.

Nawiedzony dom na wzgórzu to świetny serial. Wciągający, nietuzinkowy oraz ciekawie zrealizowany.

Problem z Wariatem

Czekałem na Maniaca. Od pierwszego zwiastunu. Ujęła mnie nietypowa kreacja świata, zapowiedź dusznej atmosfery oraz poplątanych losów postaci. Serial skończyłem w ciągu jednego weekendu, zaraz po premierze. Chciałem z marszu coś o nim napisać, ale z biegiem czasu zauważyłem, że mam coraz więcej wątpliwości. Nie zrozumcie mnie źle! Bawiłem się przednio, Maniac był dokładnie tym, czego oczekiwałem. Jednak na pewno nie poleciłbym tego serialu każdemu netfliksowemu maniakowi.

To nie jest produkcja z gatunku „zobacz i zachwyć się.” Takie wciąż się zdarzają, jest ich coraz mniej i jestem pewien, że Maniac do nich nie należy. Z chęcią pokusiłbym się o stwierdzenie, że ten serial roztacza wokół się aurę snobizmu. Ukochanego przez internautów przekonania, że skoro Ci się nie podoba, to na pewno nie zrozumiałeś. Nie jesteś godzien dostąpić zaszczytu doświadczenia głębi Maniaca! Wrażliwość pewnie przeżarta przez Zmierzch oraz innych Grey’ów. Gdzie tam do Maniaca! Do sztuki wysokiej, którą podzielił się z nami Netfliks! Gdy widzę takie frazy, to natychmiast przestaję czytać. Nie gustuję w dyskusjach prowadzonych w takim tonie. Uważam, że na Maniaca warto spojrzeć z perspektywy, na chłodno.

Nie trzeba być od razu ślepym fanem Adorno oraz Derridy. W zupełności wystarczy trzeźwe i rozsądne spojrzenie, aby zauważyć, że Maniac to specyficzna zabawa formą. Od pierwszego odcinka narracja ulega stopniowej dekonstrukcji, fabuła jest rozbijana na frazy, które pojawiają się w mniejszych opowieściach i stopniowo prowadzą do finału. Maniac ma spoiwo w postaci bohaterów. Naukowców w laboratorium oraz dwójki badanych, którzy ciągle trafiają na siebie we wspólnym śnieniu. Serial wymaga charakterystycznej wrażliwości, wysokiej tolerancji na oniryzm oraz absurd. To taki sen wariata na sterydach. Rozpada się wszystko. Począwszy od narracji, a skończywszy na psychice postaci. Mnie, właśnie ta postępująca degradacja świata przedstawionego, najbardziej ujęła. Szczególnie istotny jest tutaj finał, w których widoczne jest ponowne stworzenie rzeczywistości, jej poskładanie z porozrzucanych elementów.

Do Maniaca trzeba mieć odpowiednie nastawienie. Miłośnicy realizmu nawet nie powinni dotykać tej produkcji, umęczą się, rozczarują. W serialu trudno znaleźć nawet cień precyzyjnego odwzorowania rzeczywistości. Ważniejsze jest to, co z otaczającym światem robi ludzka psychika. Jego przetwarzanie, rozbijanie i ponowne składanie. W tej perspektywie Maniac jest obrazem interesującym, z ciekawie zbudowanymi postaciami. Czy jest powalający? Genialny? Nie sądzę. Raczej zrealizowany z dużą starannością, co przełożyło się na wrażenie solidnie wykonanej roboty. Jednak w dalszym ciągu nie trafi do wszystkich. Serial na pewno znajdzie własną publiczność, może warto się pokusić o stwierdzenie, że jest to produkcja trafiająca do określonej niszy.

Widzowie kochający oniryzm oraz rozbijanie świata, szybko odnajdą się w Maniacu. Dla takich osób będzie to wspaniała wycieczka po zdekonstrouwanej narracji. Dla innych, cóż, oglądanie tego serialu będzie trudną do zniesienia męczarnią. Wtedy warto rozejrzeć się za innym tytułem! W końcu w katalogu Netfliksa z łatwością można się zgubić.

Miłosna intymność

Miłość. Trudny temat. Nie tylko dla nas, ludzi, ale także dla twórców. Kultura jest pełna grafomańskich uniesień. W każdej dziedzinie sztuki, chociaż może się wydawać, że prym wiedzie poezja. Teksty stworzone pod wpływem nagłego uderzenia Amora rzadko posiadają wartość artystyczną. Na pewno są cenne dla osób zaangażowanych w związek, dla reszty świata, już niekoniecznie. A dodajmy do tego jeszcze rozstanie! Dopiero wtedy rozpoczyna się artystyczne piekło!

W przypadku uczuć artyści lubią wpadać w różnego rodzaju schematy. Podobnie jak odbiorcy. Wielu miłośników popkultury, wątki miłosne, kłują w oczy. Nic dziwnego. Realizuje się je po łebkach, bez porządnego przygotowania. Bywa, że artyści sami wpadają w trudne do zniesienia sentymentalne tony lub – co jest jeszcze gorsze! – sprowadzają miłość do kilku nieudolnych scen łóżkowych. To nastawienie, że uczucie są ludzką sprawą i z łatwością można je przedstawić, staje się niebezpieczną pułapką. Myślę, że każdy może wymienić przynajmniej jeden tekst popkultury, w którym pojawiła się Wielka Miłość, ale zamiast uniesień, obecne było wyłącznie zażenowanie. Gdy już, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, przypomnicie sobie tytuł oraz towarzyszące mu wrażenia, wygrzebcie z odmętów Netfliksa film Blue Jay.

Aby go obejrzeć, wystarczy mieć około 80 minut wolnego czasu. A warto go wygospodarować. W Blue Jay historia wydaje się do bólu oklepana. W niewielkim miasteczko wpadają na siebie dwie osoby. On niedawno pochował matkę, sprząta swój rodzinny dom. Ona przyjechała do swojej siostry, która jest w ciąży. Wpadają na siebie w supermarkecie. Kiedyś sądzili, że spędzą ze sobą całe życie, ale rzeczywistość zweryfikowała te oczekiwania. Kawa prowadzi do dłuższej rozmowy, do wyrzucenia sobie wszystkich nagromadzonych cierpień. Od ich ostatniego spotkania minęło w końcu ponad 20 lat. Ładunek sentymentalizmu powinien zabijać w pierwszej minucie filmu. A jednak tak nie jest. Blue Jay zrealizowany jest mądrze, z głową, z odpowiednią atmosferą. Bez zbędnego patosu, niepotrzebnych uniesień. Intymność relacji zostaje doskonale oddana, a wszystko to, dzięki zamknięciu akcji w jednej, niewielkiej przestrzeni.

Najważniejsze elementy fabuły, rozgrywają się w rodzinnym domu bohatera. Wspomnienia, przeszłość wyłaniająca się z każdego kąta. Godziny spędzone razem, wspólne nagrania oraz niewysłane listy. Jeszcze ciekawsze, okazuje się to, co nie zostało wypowiedziane. Trzeba przyznać, że pomiędzy bohaterami istnieje napięcie, jednak trudno je nazwać erotycznym. W Blue Jay coś cały czas czai się w tle, tyka ukryta bomba, w szafie, poza flanelowymi koszulami, spokojnie zalega trup, którego bohaterowie starają się uniknąć. Aż dochodzi do konfrontacji, wybuchu, krzyku i wyjaśnienia. Miejscem rozwiązania fabuły jest tam sam dom. To tam dochodzi do finalnego oczyszczenia relacji i wyjaśnienia rozstania. Wszystko rozgrywa się pomiędzy dwójką bohaterów, świat jest obok, w niektórych momentach wręcz zdaje się nie istnieć. Za to dom, przeszłość i wspomnienia są do bólu realne i obecne.

Blue Jay to interesujące wejście w intymny świat dwójki ludzi. Zrealizowane z klasą, wzruszające i pozbawione mdłego sentymentalizmu.

Page 2 of 4

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén