Tag: netfliks (Page 3 of 4)

Dom pełen strachu

Dobry serial można poznać po tym, że niemiłosiernie wciąga. Wsysa jak bagno. Taką przykuwającą do ekranu produkcją jest Nawiedzony dom na wzgórzu. Horror, ale taki nieoczywisty, z kilkoma zmienionymi elementami. Momentami straszny, chwilami smutny. Te zmiany rytmu w narracji sprawiają, że trudno zrezygnować z kolejnego odcinka. Na dodatek pierwszy sezon stanowi zamkniętą całość. Dzięki czemu odbiorca unika bolesnego rozczarowania związanego ze zbędnym przedłużaniem fabuły.

Włączając pierwszy odcinek Nawiedzonego domu na wzgórzu, należy liczyć się z tym, że pojawi się konieczność obejrzenia kolejnych. Dlatego oglądanie tego obrazu warto zaplanować na spokojny weekend, aby móc, bez zbędnych wyrzutów sumienia, całkowicie poświęcić swoją uwagę Netfliksowi. Nawiedzony dom zostaje ukazany w interesujący sposób – z perspektywy każdej, zaangażowanej w historię, postaci. Widz stopniowo dowiaduje się, jakie tajemnice kryje ta niebezpieczna przestrzeń. Historię napędza zbliżająca się wraz z każdym odcinkiem nieunikniona konfrontacja. Właśnie ten element został w interesujący sposób zrealizowany.

Na pewno wszyscy znacie horrory, w których głównym zajęciem bohaterów jest umieranie. Komuś zawsze uda się przetrwać do ostatniej sceny i rozwikłać tajemnicę, ale pozostałe postacie pojawiają się głównie po to, aby oddać życie w imię rozwijającej się fabuły. Nawiedzony dom na wzgórzu inaczej rozwiązuje tę kwestię. Nie ma co oczekiwać piętrzącego się stosu trupów. To nie slasher, raczej film grozy z doskonale opowiedzianą tajemnicą. Szczególnie ważne są postacie opowiadające swoje historie. W Nawiedzonym domu na wzgórzu odbiorca ma do czynienia z rodziną, której członkowie zostali złamani przez złą energię panoszącą się w tytułowym domu. Duch i potwory przekształcają się w skomplikowane traumy. W całą rodzinę szczególnie uderzyła śmierć matki. Przedstawiona jako samobójstwo, ale ta tragedia związana była z opętaniem. Nie wszyscy bohaterowie zgadzają się z taką interpretacją, racjonalizują całe wydarzenie i wolą mówić o chorobie psychicznej.

Widz widzi obie warstwy. Racjonalną, oparta na próbie ułożenia świat ze stałych elementów oraz nadnaturalną widoczną w wizjach i snach postaci. Dom, a także czające się w nim niebezpieczeństwo jest ciągle wypierane. Czai się na drugim planie, okazjonalnie dając o sobie znać. Zła siła stopniowo staje się coraz potężniejsza, zmusza rodzeństwo do ponownego wejścia do nawiedzonego domu. Konfrontacja zostaje świetnie przedstawiona. W ostatnich trzech odcinkach zostają rozwiązane tajemnice, z jakimi borykała się rodzina bohaterów. Zniszczenie wizji oraz ujawnienie szerokiego wpływu złej siły pokazuje, jak wiele problemów wynikało z ignorowania prawdziwej natury domu. Element przezwyciężenia jest również nietypowy. W tym horrorze nie ma spektakularnego pokonania ducha lub innego demona. Finałowi bliżej do pogodzenia się ze skomplikowaną historią rodziny i z zaakceptowaniem innego wymiaru życia.

Nawiedzony dom na wzgórzu to świetny serial. Wciągający, nietuzinkowy oraz ciekawie zrealizowany.

Problem z Wariatem

Czekałem na Maniaca. Od pierwszego zwiastunu. Ujęła mnie nietypowa kreacja świata, zapowiedź dusznej atmosfery oraz poplątanych losów postaci. Serial skończyłem w ciągu jednego weekendu, zaraz po premierze. Chciałem z marszu coś o nim napisać, ale z biegiem czasu zauważyłem, że mam coraz więcej wątpliwości. Nie zrozumcie mnie źle! Bawiłem się przednio, Maniac był dokładnie tym, czego oczekiwałem. Jednak na pewno nie poleciłbym tego serialu każdemu netfliksowemu maniakowi.

To nie jest produkcja z gatunku „zobacz i zachwyć się.” Takie wciąż się zdarzają, jest ich coraz mniej i jestem pewien, że Maniac do nich nie należy. Z chęcią pokusiłbym się o stwierdzenie, że ten serial roztacza wokół się aurę snobizmu. Ukochanego przez internautów przekonania, że skoro Ci się nie podoba, to na pewno nie zrozumiałeś. Nie jesteś godzien dostąpić zaszczytu doświadczenia głębi Maniaca! Wrażliwość pewnie przeżarta przez Zmierzch oraz innych Grey’ów. Gdzie tam do Maniaca! Do sztuki wysokiej, którą podzielił się z nami Netfliks! Gdy widzę takie frazy, to natychmiast przestaję czytać. Nie gustuję w dyskusjach prowadzonych w takim tonie. Uważam, że na Maniaca warto spojrzeć z perspektywy, na chłodno.

Nie trzeba być od razu ślepym fanem Adorno oraz Derridy. W zupełności wystarczy trzeźwe i rozsądne spojrzenie, aby zauważyć, że Maniac to specyficzna zabawa formą. Od pierwszego odcinka narracja ulega stopniowej dekonstrukcji, fabuła jest rozbijana na frazy, które pojawiają się w mniejszych opowieściach i stopniowo prowadzą do finału. Maniac ma spoiwo w postaci bohaterów. Naukowców w laboratorium oraz dwójki badanych, którzy ciągle trafiają na siebie we wspólnym śnieniu. Serial wymaga charakterystycznej wrażliwości, wysokiej tolerancji na oniryzm oraz absurd. To taki sen wariata na sterydach. Rozpada się wszystko. Począwszy od narracji, a skończywszy na psychice postaci. Mnie, właśnie ta postępująca degradacja świata przedstawionego, najbardziej ujęła. Szczególnie istotny jest tutaj finał, w których widoczne jest ponowne stworzenie rzeczywistości, jej poskładanie z porozrzucanych elementów.

Do Maniaca trzeba mieć odpowiednie nastawienie. Miłośnicy realizmu nawet nie powinni dotykać tej produkcji, umęczą się, rozczarują. W serialu trudno znaleźć nawet cień precyzyjnego odwzorowania rzeczywistości. Ważniejsze jest to, co z otaczającym światem robi ludzka psychika. Jego przetwarzanie, rozbijanie i ponowne składanie. W tej perspektywie Maniac jest obrazem interesującym, z ciekawie zbudowanymi postaciami. Czy jest powalający? Genialny? Nie sądzę. Raczej zrealizowany z dużą starannością, co przełożyło się na wrażenie solidnie wykonanej roboty. Jednak w dalszym ciągu nie trafi do wszystkich. Serial na pewno znajdzie własną publiczność, może warto się pokusić o stwierdzenie, że jest to produkcja trafiająca do określonej niszy.

Widzowie kochający oniryzm oraz rozbijanie świata, szybko odnajdą się w Maniacu. Dla takich osób będzie to wspaniała wycieczka po zdekonstrouwanej narracji. Dla innych, cóż, oglądanie tego serialu będzie trudną do zniesienia męczarnią. Wtedy warto rozejrzeć się za innym tytułem! W końcu w katalogu Netfliksa z łatwością można się zgubić.

Miłosna intymność

Miłość. Trudny temat. Nie tylko dla nas, ludzi, ale także dla twórców. Kultura jest pełna grafomańskich uniesień. W każdej dziedzinie sztuki, chociaż może się wydawać, że prym wiedzie poezja. Teksty stworzone pod wpływem nagłego uderzenia Amora rzadko posiadają wartość artystyczną. Na pewno są cenne dla osób zaangażowanych w związek, dla reszty świata, już niekoniecznie. A dodajmy do tego jeszcze rozstanie! Dopiero wtedy rozpoczyna się artystyczne piekło!

W przypadku uczuć artyści lubią wpadać w różnego rodzaju schematy. Podobnie jak odbiorcy. Wielu miłośników popkultury, wątki miłosne, kłują w oczy. Nic dziwnego. Realizuje się je po łebkach, bez porządnego przygotowania. Bywa, że artyści sami wpadają w trudne do zniesienia sentymentalne tony lub – co jest jeszcze gorsze! – sprowadzają miłość do kilku nieudolnych scen łóżkowych. To nastawienie, że uczucie są ludzką sprawą i z łatwością można je przedstawić, staje się niebezpieczną pułapką. Myślę, że każdy może wymienić przynajmniej jeden tekst popkultury, w którym pojawiła się Wielka Miłość, ale zamiast uniesień, obecne było wyłącznie zażenowanie. Gdy już, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, przypomnicie sobie tytuł oraz towarzyszące mu wrażenia, wygrzebcie z odmętów Netfliksa film Blue Jay.

Aby go obejrzeć, wystarczy mieć około 80 minut wolnego czasu. A warto go wygospodarować. W Blue Jay historia wydaje się do bólu oklepana. W niewielkim miasteczko wpadają na siebie dwie osoby. On niedawno pochował matkę, sprząta swój rodzinny dom. Ona przyjechała do swojej siostry, która jest w ciąży. Wpadają na siebie w supermarkecie. Kiedyś sądzili, że spędzą ze sobą całe życie, ale rzeczywistość zweryfikowała te oczekiwania. Kawa prowadzi do dłuższej rozmowy, do wyrzucenia sobie wszystkich nagromadzonych cierpień. Od ich ostatniego spotkania minęło w końcu ponad 20 lat. Ładunek sentymentalizmu powinien zabijać w pierwszej minucie filmu. A jednak tak nie jest. Blue Jay zrealizowany jest mądrze, z głową, z odpowiednią atmosferą. Bez zbędnego patosu, niepotrzebnych uniesień. Intymność relacji zostaje doskonale oddana, a wszystko to, dzięki zamknięciu akcji w jednej, niewielkiej przestrzeni.

Najważniejsze elementy fabuły, rozgrywają się w rodzinnym domu bohatera. Wspomnienia, przeszłość wyłaniająca się z każdego kąta. Godziny spędzone razem, wspólne nagrania oraz niewysłane listy. Jeszcze ciekawsze, okazuje się to, co nie zostało wypowiedziane. Trzeba przyznać, że pomiędzy bohaterami istnieje napięcie, jednak trudno je nazwać erotycznym. W Blue Jay coś cały czas czai się w tle, tyka ukryta bomba, w szafie, poza flanelowymi koszulami, spokojnie zalega trup, którego bohaterowie starają się uniknąć. Aż dochodzi do konfrontacji, wybuchu, krzyku i wyjaśnienia. Miejscem rozwiązania fabuły jest tam sam dom. To tam dochodzi do finalnego oczyszczenia relacji i wyjaśnienia rozstania. Wszystko rozgrywa się pomiędzy dwójką bohaterów, świat jest obok, w niektórych momentach wręcz zdaje się nie istnieć. Za to dom, przeszłość i wspomnienia są do bólu realne i obecne.

Blue Jay to interesujące wejście w intymny świat dwójki ludzi. Zrealizowane z klasą, wzruszające i pozbawione mdłego sentymentalizmu.

Fantastyczne bzdury

Miałem wielką przyjemność zobaczyć film, który gwałcił wszystko możliwe reguły fantastyki naukowej. Bzdura goniła bzdurę. Na dodatek bohaterów cechowała nieznośna bezmyślność. Konstrukcja świata przedstawionego, to ponury absurd. Gdy myślę, o tym filmie, z perspektywy kilkudziesięciu godzin od zakończenia seansu, trudno mi wskazać na pozytywne cechy. Rzadko zdarzają się tak złe obrazy, tak źle wykonane i zaplanowane. Cały czas zadaję sobie jedno pytanie – w jakim celu powstał Tytan? Kto był na tyle nieprzytomny, że postanowił sfinansować to przedsięwzięcie?

Fabuła jest prosta. Jesteśmy na Ziemi, przyszłość jest nieciekawa, powodzie, głód, opady radioaktywne. Koniec zbliża się wielkimi krokami. Dlatego mądre głowy, te amerykańskie, postanowiły, że jedyną szansą na przetrwanie gatunku, jest dotarcie na Tytana, jeden z księżyców Saturna. Warunki są tam kiepskie, delikatnie pisząc, więc konieczne jest odpowiednie przystosowanie ludzi. Za pomocą przyspieszonej ewolucji. Modyfikacje genetyczne to często wykorzystywany temat w filmach science fiction. Skutki bywają różne, najczęściej opłakane. Jednak w przypadku Tytana razi brak przygotowania twórców. Tak do końca to nie wiadomo, co wywołuje mutacje. Szprycują ochotników niebieskim płynem, potem wypadają im włosy, powoli stają się latającymi rybami. Szkoda, że nikt nie próbuje wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Później jest jeszcze gorzej. Zabrakło inwencji, aby dokładnie wyjaśnić, co ten nowy kolonista ma robić na Tytanie. W ostatniej scenie ochoczo szybuje nad oceanem metalu. Przetrwanie gatunku? Jak nic!

W 2009 roku miał premierę film Istota. Krytykowany, za nieudaną próbę skonfrontowania etyki z modyfikacjami genetycznymi. Jednak autorzy zadbali o podstawowe obudowanie fabuły. Obraz miał przynajmniej naukową otoczkę. Były eksperymenty, naukowcy, wyjaśnianie podejmowanych działań. Zupełnie inaczej jest w Tytanie. Tam brakuje nawet elementarnych podstaw naukowych. Cały eksperymenty przypomina sen szalonego naukowca, który na dodatek z trudem radzi sobie z własną specjalizacją. Jeżeli chcecie zobaczyć, jak zepsuć science fiction, jak arogancko ignorować fundamenty tego gatunku i zrobić film, to koniecznie obejrzyjcie Tytana. Doskonały materiał dla osób, które czują fascynację złymi, takimi do bólu złymi, realizacjami poszczególnych form istniejących w kulturze popularnej.

Warto zwrócić uwagę na wykorzystanie motywu zagłady. Świat się kończy, ale ośrodku badawczym jest alkohol, są steki. Można spokojnie urządzić sobie grilla. Zagrożenie jest zaznaczane tylko na początku, potem już nikt nie ogląda wiadomości. Po prostu zamykają się w ośrodku, w którym jest doskonale wyposażone centrum handlowe i dają się szprycować bliżej nieokreślonymi chemikaliami. Tytan to najzwyczajniej w świecie głupi film. Często bronię Netfliksa, uważam, że na tej platformie można znaleźć mnóstwo interesujących produkcji. Niestety, takie premiery jak Tytan szkodzą marce. Pokazują, że obrazy z logiem Netfliksa są złe, nudne i bzdurne. Takie uproszczenie jest krzywdzące i zbędne. Najwyraźniej brakuje porządniej selekcji.

Marketing rozczarowań

Kilka tygodni temu skończyliśmy oglądać Altered Carbon. Zadowoleni ze spędzonego weekendu, postanowiliśmy dowiedzieć się, co o serialu pisze się w Internecie. Ku naszemu – mojemu i mojej Żony – zdumieniu okazało się, że Altered Carbon dostaje po cyberpunkowej głowie. Przeciwników, tyle samo co zwolenników. Ciągle mocno trzyma się opinia, że książka jest lepsza. Postanowiłem to sprawdzić i poświęciłem kilka wieczorów na przeczytanie Zmodyfikowanego węgla Richarda Morgana.

Każdy, kto sięgnie po ten tytuł i obejrzy serial, od razu zauważy różnice w narracji. Wyraźnie widać, że produkcja Netfliksa jest inspirowana światem stworzonym przez Richarda Morgna. Bohaterowie zostają zaadaptowani do innego formatu, fabuła również jest inaczej prowadzona. Cieszę się, że w ten sposób postąpiono. Męczą mnie kiepskie adaptacje powieści, których twórcy męczą się ze zmieszczeniem wszystkich wątku, w kilkunastu odcinkach. Potem przychodzi czas na lekturę i okazuje się, że mnóstwo elementów fabuły zostało brutalnie spłyconych. Chciałbym tak powiedzieć o Zmodyfikowanym węglu, niestety moje wrażenia są całkowicie odmienne.

Serial i książka są siebie warte. Jedno i drugie gwarantuje porządku kawałek rozrywki. W obu tekstach fabuła gubi rytm, ale zakończenia nie rozczarowują. Nie mogę powiedzieć, że Richard Morgan stworzył arcydzieło utrzymane w stylistyce cyberpunka. To jest dobra powieść z interesującym światem przedstawionym i całkiem ciekawymi bohaterami. Nic więcej. Pomimo wielkiego wysiłku z mam poważne problemy z dostrzeżeniem głębi, której tak bronią przeciwnicy serialu. Gatunkowo jest to powieść fantastycznonaukowa z mocno podkreślony elementami kryminału czarnego. Nic odkrywczego, dobre, rzemieślnicze wykonanie. Moim zdaniem znacznie lepsze są powieści science fiction Jacka Dukaja lub Janusza A. Zajdla. Zmodyfikowany węgiel wypada przy nich blado jak brudnopis z rozpisaną fabuła. Przy tekście Richarda Morgana bawiłem się dobrze, ale nie będę traktował tej pozycji jako wyznacznika nowoczesnej wizji cyberpunku.

Produkcję Netfliksa odbieram podobnie. Obejrzałem, bawiłem się dobrze, nie będę wracał, bo to nie jest żadne arcydzieło. Uważam, że to, co dało się wyciągnąć z powieści, zostało zawarte w fabule serialu i bardzo dobrze, że narracja została zmodyfikowana. Widać to w przypadku bohatera, którego struktura jest znacznie ciekawsza, niż ta w książce. Nawet świat przedstawiony jest żywszy, ale niektóre wątki całkowicie rozbijają solidny rytm opowieści. Na tę samą przypadłość cierpi literacka wersja. Po porównaniu obu tych tekstów kultury zacząłem się zastanawiać, skąd bierze się taka niechęć do serialu. Myślę, że kluczowym problemem jest tutaj agresywny marketing Netfliksa. Przed premierą Altered Carbon byliśmy atakowani zajawkami, trailerami oraz artykułami utrzymanymi w bałwochwalczym stylu. Internetowi redaktorzy skrzętnie przerabiali informacje prasowe na teksty zapowiadające genialne dzieło, odświeżenie cyberpunka, precyzyjną adaptację klasyki literatury science fiction. Takie odnosiłem wrażenie, a po obejrzeniu serialu i przeczytaniu książki, stwierdzam z całą pewnością, że są to treści rzemieślniczo bardzo dobre, jednak daleko im do jakiejkolwiek wybitności.

Obawiam się, że problem sztucznie zawyżonych oczekiwań będzie przybierał na sile. Plany Netfliksa wskazują na chęć zalania rynku swoimi produkcjami. Pojawią się kolejne teksty, wychwalanie i rozczarowania. Obiecywali złote góry, a dali tylko pagórek za stodołą, na dodatek oskubany przez kozy.

Page 3 of 4

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén