Tag: netfliks (Page 4 of 4)

Konfrontacje ze schematem

Wiecie, że na Nefliksie wylądowała piąta część Rekinado? Okropna, zła, pełna dziwnych ujęć, z kompletnie rozwalonym montażem. Narracja w strzępkach, film jest w zasadzie zlepkiem przypadkowych wydarzeń z motywem przewodnim, czyli z rekinado. To takie tornado z rekinami, rzecz trudna do opisania, to trzeba zobaczyć. Obejrzałem. Tak samo, jak poprzednie części. Nie żałuję poświęconego czasu.

Konfrontowanie się z takimi miernymi produkcjami daje mi sporo przyjemności. Nie ma nic gorszego, niż kiepski film zrobiony na poważnie. Taki, w którym reżyser, aktorzy, operatorzy, kaskaderzy, katering i inne osoby zaangażowane w produkcję, nie zdają sobie sprawy z mierności swoich poczynań. Może niepotrzebnie wrzuciłem katering, może kanapki były dobre, jednak o scenariuszu lub grze aktorskiej, już nie można tego powiedzieć. Człowieka chwyta dysonans – na ekranie fabuła się sypie, postacie są do bólu sztuczne, a dialogi drętwe, jednocześnie wszyscy próbują zachować poważna minę. Tak powstają najgorsze gnioty. Rekinado do nich nie należy. Tutaj od początku wiadomo, że celem filmu jest łączenie głupoty z nawiązani do popkultury. Wszystko jest doprawione zupełnym brakiem powagi. Autorzy nawet przez chwilę nie próbują przekonać odbiorcy, że jakikolwiek element filmu jest traktowany poważnie.

Jednocześnie trudno nazwać ten film dobry. To kino klasy Z, dla osób lubiących analizować złe połączenia w tekstach kultury. Strzępy fabuły zszyte najgorszej jakości dratwą. Wymuszone dialogi, przypominające najgorsze spotkania rodzinne w trakcie świąt. Właśnie dla takich atrakcji oglądam Rekinado. Później sięgam po kino gatunkowe, najlepiej, jeżeli dana realizacja doskonale wpisuje się w określoną formułę. Taki filmem okazał się Rytuał, również dostępny na Netfliksie. Opowieść o grupie mężczyzn, którzy schodzą ze szlaku, trafiają do lasu, w którym znajdują opuszczoną chatę. Nocują w niej, zaczynają się dziać dziwne rzeczy, ludzie giną, między drzewami grasuje potwór. Sztampa, prawda? Znana wszystkim forma, zero zaskoczeń, łatwe do rozszyfrowania zwroty akcji.

Rytuału nie można nazwać filmem złym. Wyraźnie widać zrozumienie konwencji, jej zręczne wykorzystanie oraz świadome poruszanie się w obrębie gatunku. Nie jest to żaden majstersztyk, żadne arcydzieło, ale po prostu dobrze wykonana robota. Rytuał przypomina, że w kulturze potrzebujemy także zdolnych rzemieślników, a nie tylko wybitnych artystów. Właśnie po to, aby bawili nas zręcznie wykonanymi formami, aby utrwalali gatunki, które potem stają się punktami odniesienia. Kultura popularna ma swoje wyjątkowe teksty, ale zdarzają się one rzadko. Zdecydowanie częściej odbiorca zderza się z odlewem wykonanym na podstawie gotowej formy. Od umiejętności twórcy będzie zależał efekt, wrażenie, jakie zrobi na odbiorcy.

W końcu wszyscy lubimy zręcznie wykonane przedmioty. Nie inaczej jest z tekstami kultury. Nawet te stworzone na podstawie schematów, jeżeli są wykonane porządnie, mogą dostarczyć wielu wrażeń.

Serialowe niedobory snu

Niektóre historie trudno opowiedzieć. Pozbawione są gwałtownych zwrotów akcji, wynik działania bohaterów jest przewidywalny. Lecą na łeb na szyję, zmierzają w kierunku nieuchronnej destrukcji z uśmiechem na ustach. Od początku roku przeżywam taką serialową klęskę. Wszystko za sprawą pojawienia się Przyjaciół w ofercie Netfliksa. Kupka wstydu rośnie, ja nic sobie z tego nie robię, a czasu jest coraz mniej.

Przyjaciół widziałem wiele razy. Odcinki znam na pamięć, ale i tak siedzę do późna i wpatruję się w ekran telewizora. Nic mnie nie zaskakuje, wiem, co za chwilę się wydarzy, jednak nie potrafię się oderwać. Spoglądam na zegar i z przerażeniem stwierdzam, że jest już druga w nocy! Za cztery godziny wstaję i jadę do pracy. Muszę być, chociaż odrobinę przytomny! Muszę być w stanie nawiązać minimalny kontakt z drugim człowiekiem! Nic z tego! Żadne argumenty do mnie nie trafiają, rozbijają się o silne stwierdzenie, że jeszcze tylko jeden odcinek i idę spać. Wyłączam Przyjaciół dopiero wtedy, gdy już padam, gdy nie jestem w stanie utrzymać otwartych oczu.

Gdy przeczytałem, że ten serial pojawi się na Netfliksie, że będą wszystkie sezony – cieszyłem się. Kompletnie nie zdawałem sobie sprawy z zagrożenia! Lista filmów do obejrzenia, w ciągu ostatnich dni, wcale się nie skurczyła! Podobnie z serialami! Na szczęście czwarty sezon Czarnego lustra miał premierę pod koniec 2017 rok. Obejrzałem, bez problemów. Obawiam się, że teraz byłoby to praktycznie niemożliwe. Jednak chciałbym się w końcu wyrwać z tego opętańczego cyklu i obejrzeć coś nowego! W końcu na Netfliksie, w ostatnim czasie, pojawiło się wiele interesujących tytułów, że o kupce wstydu nie wspomnę. Niestety, gdy dochodzi do wyboru filmu lub serialu, decyduję się na kolejny odcinek Przyjaciół. Pozostaje mi liczyć na to, że szybko skończę całą serię i wezmę się za inne rzeczy. Oby.

Aktualnie najważniejszym celem jest uregulowanie własnego snu. Bez siedzenia do drugiej w nocy! Wypoczynek jest potrzebny, tym bardziej, jeżeli ma się ważne rzeczy do zrobienia. Przez cały dzień szukałem odpowiednich argumentów, którymi zaatakuję tę chorą potrzebę ciągłego oglądania Przyjaciół. Wczoraj się udało! Jednak pomogły mi w tym zadania, które od dłuższego czasu odkładałem. Nie miałem, kiedy pisać, bo byłem zmęczony lub – tu niespodzianka! – akurat oglądałem Przyjaciół. Udało się, lista zadań została wyczyszczona, nie mam żadnych zaległości. Teraz pozostaje wybrać inny serial lub film, najlepiej coś z kupki wstydu. A może nawet dokończyć rozgrzebaną książkę? Najważniejsze to odłożyć Przyjaciół! Chociaż na kilka nocy, a potem pod żadnym pozorem nie wracać!

Nie śpię bo oglądam Przyjaciół. Podejrzewam, że nie jestem jedyny. Wszystkie sezony to kusząca oferta, której trudno się oprzeć. Ja uległem, teraz cierpię, ale powoli wychodzę z tej zaciskającej się pętli. Jeszcze tylko dwie normalnie przespane noce i będę na ostatniej prostej.

Tak to sobie tłumaczę. Wkrótce sprawdzę, ile z tych obietnic znajdzie pokrycie w rzeczywistości.

Rozrywkowe rozterki

Produkcje Netfliksa budzą we mnie skrajne emocje. Od trudnego do opanowania zachwytu, przez skrajne znudzenia, do zwykłej, pospolitej irytacji. Nie wszystko, co zostało pobłogosławione przez jeden z najpopularniejszych serwisów streamingowych, jest genialne. Po roku posiadania subskrypcji wyraźnie widzę, że wiele produktów mógłbym określić jako średnie. A to i tak już sporo, bo przynajmniej na nich nie zasypiam…

Blame mnie rozczarowało. Grząska nuda. Mgła to jakaś luźna interpretacja, luźnej interpretacji, dziewiąta woda po kisielu. Ostatnio mierzę się z serialem Star Trek: Discovery. Próbuję nie zasnąć, staram się dotrwać do końca odcinka. Najciekawsze było to, że pilot oglądałem trzy razy, w różnych momentach urywał mi się film. Death Note zasługuje na wyróżnienie – czegoś tak źle zbudowanego dawno nie widziałem. Rozwalająca się fabuła, dziwne wrażenie przypadkowości. Najgorsze w tym wszystkim było to, że postanowiono zabić interesującą historię opowiedzianą w mandze i w anime. Fani poczują nieprzyjemne ukłucie rozczarowania, a osoby, które nigdy nie widziały Ryuuka, mogą zrazić się do całej serii. Szkoda, bo to ciekawa opowieść, warto ją sprawdzić, jednak na pewno nie należy zaczynać od pełnometrażowej wersji z Netfliksa.

Skoncentrowanie się tylko na tym, co mnie rozczarowało, byłoby niesprawiedliwe. Dlatego muszę wspomnieć o genialnych Czarnym lustrze. Z niecierpliwością czekam na kolejny sezon. Klimat Stranger Things trafił w moje rozumienie grozy. Mam nadzieję, że kontynuacja będzie tak samo dobra, jak pierwszy sezon. Przyjemnym zaskoczeniem był także serial Ozark. Nie spodziewałem się, że tak mnie wciągnie, sezon udało się pochłonąć w ciągu jednego tygodnia. Naturalne jest to, że obok interesujących produkcji, pojawiają się także rzeczy średnie, takie zapychające cyfrową przestrzeń. Problem polega na tym, że coraz częściej odnoszę wrażenie, że tych drugich zaczyna coraz bardziej przybywać. W niektórych miesiącach nie jestem w stanie znaleźć nic dla siebie, a próby oglądania wielu zachwalanych produkcji Netfliksa, często kończą się szybkim zaśnięciem.

Czy planuję zrezygnować z subskrypcji Netfliksa? Nie, bo na chwilę obecną i tak korzystam z tego serwisu częściej, niż z usługi HBO Go. Zastanawiam się, czy opłacam dostęp dla nowych, oryginalnych produkcji. Może wolę serwisy streamingowe stały się dla mnie odpowiednikiem mojej biblioteczki – nie muszą mieć przerobionego wszystkich książek, wystarczy, że będą miał po co sięgnąć, gdy zechcę poczytać. Mam wrażenie, że podobnie działa u mnie Netfliks. Czasem odnajduję dobrze znany mi film, włączam go i dobrze się bawię. Jednocześnie śledzę nowe produkcje, ale nie oczekuję po nich olśnienia, zachwytów, arcydzieł. Wolę rozrywkę, na poziomie wyższym, niż Rekinado (tak złe, że aż dobre…), ale bez patosu z Sense8. Różnorodność gatunków i materiałów wykorzystywanych i produkowanych przez Netfliksa powinna mi to zapewnić, powinienem znaleźć coś dla siebie lub przynajmniej czekać na pojawienie się czegoś takiego. Przez ostatni miesiąc trwałem w zawieszeniu, co – mam nadzieję – wkrótce się zmieni.

Supernuda

Muszę przyznać, że serial Defenders podzielił miłośników superbohaterów. Jedni są zachwyceni, a inni, delikatnie mówiąc, rozczarowani. Ostatnio postanowiłem przekonać się na własnej skórze, czy wytrwam do końca. Niestety, okazało się, że pierwszą połowę przespałem, a szczególnie zmęczony nie byłem. Od czwartego odcinka było nawet nieźle, na tyle dobrze, że wystarczyło mi uwagi do końca. Jednak w dalszym ciągu pozostaję sceptyczny, co do seriali superbohaterskich produkcji Netfliksa.

Do Daredevila podchodziłem trzy razy i za każdym odpadałem. Po prostu to jest tak nudne, że z trudem wytrzymuję do końca odcinka. Do dzisiaj nie przebrnąłem nawet przez pierwszy sezon. Luke Cage kupił mnie na całe 50 minut, potem nawet przez moment nie myślałem o powrocie. A Iron Fist? Nie wytrzymałem nawet pilota, z Jessicą Jones było lepiej, bo dotarłem do połowy sezonu. Seriale superbohaterskie od Netfliksa porzucam z wielką łatwością. Nawet dobrze się przy nich nie bawię, pomimo że znam komiksy. Brakuje mi jakiegoś elementu, dzięki któremu będę wstanie, chociaż na moment zachwycić się opowiadaną historią.

Długometrażowe filmy o superbohaterach również potrafią mnie zmęczyć. Jednak w dalszym ciągu chętnie wracam do Iron Mana, czasem wrzucę sobie Avengers, okazjonalnie Thora. A jak mnie złapie ochota, to i Strażników Galaktyki, chociaż nie uważam tego filmu za specjalnie wyjątkowe dzieło. Powód jest banalny: przy wymienionych wcześniej tytułach, dobrze się bawię. Komiksy rządziły się prawem serii – każdy ze znanych bohaterów miał setki zeszytów, w których rozprawiał się ze złem. Problem polegał na tym, że w pewnym momencie fan czuł się zmęczony powtarzalnością wątków. Dużo można czytać o nieustraszonym Batmanie, fascynować się kolejnymi wynalazkami Tony’ego Starka, jednak w pewnym momencie przychodzi kres zainteresowania. Superbohater staje się rozciągnięty do granic możliwości i odbiorca szuka czegoś innego.

Myślę, że właśnie to rozciągnięcie jest dla mnie problem przy superbohaterskich serialach Netfliksa. Te opowieści mogłyby być krótsze, przynajmniej o połowę. Postaci szybko stają się dla mnie sztampowe i nudne. Mają jeden cel: odegrać swoją rolę, nic więcej. Brakuje mi dodatkowych elementów, warstw, które mógłbym przeglądacz. Najgorsze jest jednak to, że nie zapewniają mi żadnej rozrywki, na jakimkolwiek poziomie. Cieszę się, że ktoś sięga po mniej znanych superbohaterów. Rozumiem to, że są widzowie, którym się to podoba. Ja do nich nie należę. Mnie Defenders pokazało, jak zarzynani są Ci superherosi, w pojedynkę są nudni, a razem stają się supernudni. Pomimo mojej niesłabnącej miłości do komiksów, nie planuję kontynuować oglądania żadnej serii autorstwa Netfliksa. Może będę jeszcze próbował, gdy pojawi się coś nowego. Jednak w przypadku superherosów wolę pozostać przy filmach pełnometrażowych. Nie twierdzę, że tam nie zdarzają się dłużyzny, jednak są mniej bolesne, niż te obecne w serialu.

W czarnym zwierciadle

Obok Stranger Things do Netfliksa przyciągnął nas inny serial – Black Mirror. Kiedyś w telewizji obejrzeliśmy kilka odcinków, ale ze względu na późną porę emisji często zapominaliśmy o Czarnym zwierciadle. Na szczęście z pomocą przyszedł cyfrowy model dystrybucji treści i dzięki wszechobecnemu Internetowi mogliśmy obejrzeć serial, kiedy było nam wygodnie. Od razu zauważaliśmy jedną, bardzo oczywistą sprawę – Czarne zwierciadło nie jest pozycją, która idealnie nadaje się na maratony. Chyba że ktoś koniecznie wyzbyć się złudzeń dotyczących ludzkiej kondycji.

Kolejne sezony doskonale wbijają szpile w nasze ponowoczesne fascynacje. Obrywa się całej kulturze opartej na ekranach, na obrazach, na manipulacji tłumem. Przerażające jest to z jaką łatwością Czarne zwierciadło ujawnia nasze przyzwyczajenia oraz świadomą ślepotę. Talent show jest doskonałą formą zabawy oraz szansą na zaistnienie w mediach, a także poprawę własnego losu? Tak? Jesteście tego pewni? A może to wrażenie zostało w Was wykreowane przez przemysł rozrywkowy? Może celem takiego programu jest wyeksploatowanie ludzi uzdolnionych, zebranie ich w jednym miejscu i uśrednienie ich zdolności? Do tego dochodzą „kosmici”, czyli osoby ślepo wierzące w swoje umiejętności, ale całkowicie pozbawione jakiegokolwiek talentu. Pojawiają się tylko po to, aby zostać ośmieszonymi przez wszechwładne jury, które jest bezwzględne niczym rzymski władca obserwujący zmagania gladiatorów. Zastanawiam się, ile osób ogląda talent show tylko po to, aby zobaczyć takiego kosmitę, aby pośmiać się z jego nieudolności, aby przyklasnąć jury, że tak sprawnie oddziela ziarna od plew. Podejrzewam, że niewiele osób szczerze odpowiedziałoby na takie pytanie, przecież wszyscy oglądamy talent show, aby kibicować tym najzdolniejszym, aby obserwować, jak ich życie się zmienia. Doszukiwanie się złych zamiarów jest po prostu nie na miejscu. Bardzo chciałbym w to wierzyć, ale mój wrodzony cynizm i Czarne zwierciadło każą mi zwątpić w dobre intencje odbiorów.

Jednak najciekawszym wrażeniem, jakie pozostaje po obejrzeniu kilku odcinków Black Mirror jest poczucie, że ukazana tam przyszłość jest tuż za drzwiami. Wszyscy chętnie spoglądamy na telefony, a opinie o świecie coraz częściej budujemy sobie na podstawie obrazków zobaczonych w mediach społecznościowych. Właśnie ostatni sezon Czarnego zwierciadła jest skoncentrowany na takim bezrefleksyjnym postrzeganiu rzeczywistości. Kliknąć, polubić, napisać złośliwy lub nienawistny komentarz, ocenić – zero konsekwencji, wolność w najczystszej postaci. W trakcie wpatrywania się w ekran umyka nam bardzo wiele drobiazgów, ale interesujący jest także odczłowieczający wpływ nowoczesnych technologii. Trudno ustrzec się wrażeniu, że wiele postaci zaprezentowanych w Czarnym zwierciadle bardziej przypomina maszyny, niż żywych ludzi. Zamknięci w swoich pętlach ciągle wykonują określone czynności i nie pragną wyjść poza bezpieczny obszar. Co ciekawe, to poczucie pewności jest zakorzenione w ekranie, w posiadaniu zwierciadła, dzięki któremu w każdej chwili mogą ujrzeć swoje, poprawione w cyfrowy sposób, odbicie osobowości.

Black Mirror miażdży pozory bezpieczeństwa, bez pardonu rozprawia się z wiarą, że nowoczesne technologie nas zbawią. Serial ten prezentuje świat, który stał się piekłem, ale ludzie za wszelką cenę próbują tego nie widzieć. W końcu cały czas są wpatrzeni w nieustannie noszone zwierciadła.

Page 4 of 4

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén