Tag: nostalgia (Page 1 of 2)

Pustkowia nostalgii

Będzie trochę nostalgicznie. Tak się złożyło, że przygotowuję recenzję Wastelands 3. Pewnie zostanie opublikowana w przyszłym tygodniu na łamach DailyWeb. Dlatego zainteresowanych odsyłam tam. Natomiast ten tekst będzie poświęcony elementom nostalgicznym, które dopadły mnie w trakcie ogrywania Wastelands 3. Wszystko zaczęło się od ciągle kotłujących się w głowie skojarzeń ze starymi Falloutami. Przez “stare” rozumiem pierwszą i drugą część, a także spinoff Fallout: Tactics. Mam je na GOGu. Od lat ich nie uruchomiłem, dlatego zacząłem się zastanawiać, czy dzisiaj porwałyby mnie tak samo.

Fallouty to część mojej osobistej podróży po świecie gier RPG. Nie tylko tych papierowych. Na dodatek uczyłem się tam angielskiego. Jest to jedna z produkcji, w których przejściu pomógł mi słownik. Leżał obok komputera i ciągle do niego sięgałem. Osobom zdzwionym, dlaczego po prostu nie użyłem Internetu, odpowiadam, że to było w czasach, gdy powietrze nie było wysoko nasycone WiFi. Takie były czasy. Nie ukrywam, że wciągnął mnie postapokaliptyczny klimat pustkowi. Na długie miesiące. Potem przyszedł czas Baldur’s Gate, Icewind Dale oraz Planescpace: Torment. Do żadnych z tych tytułów nie wróciłem i raczej nie planuję powrotu. Boję się rozczarowania. Tego, że inaczej zapamiętałem te gry. A jednak doceniam, gdy do tych doświadczeń nawiązują nowe tytuły. Tak jest z Wasteland 3. Dla miłośnika starych komputerowych RPGów to jest podróż do krainy młodzieńczych wspomnień.

Mam pełną świadomość tego, że takie rozgrywanie nostalgii jest niebezpieczne. Współcześni gracze oczekują trochę innej rozgrywki, od tej, która fascynowała mnie kilkanaście lat temu. Potrzebna jest inna grafika, sposób zarządzania drużyną, a nawet ekwipunkiem. Wyobrażacie sobie powrót do przewijania przedmiotów? Taki jaki był, na przykład, w Fallout 2? Wtedy wydawało mi się to względnie dobre, dzisiaj patrzę na takie zrzuty i czuję grozę. Żadnego filtrowania gratów, wszystko w jednym worku. Na dodatek skąd mam wiedzieć czego mogę użyć, a czego nie? Czasem, gdy mam zły humor, to mówię, że nowoczesne gry tłumaczą wszystko, myślą za gracza. A jak mi przechodzi, to stwierdzam, że współcześni twórcy po prostu nauczyli się odsiewać elementy, które budowały frustrację. Skupiają uwagę odbiorców na innych, często ważniejszych, elementach.

Konfrontacja z Wastelands 3 zmusiła mnie do zastanowienia się nad zmianą optyki. Szczególnie porównywania danych produkcji do tych, które osiągnęły status kultowy. Na ile rzetelne są moje wspomnienia? Z doświadczenia i studiów wiem, że niewiele. Jako krytyk każdą produkcję staram się oceniać w jakimś kontekście i wiem, że czasem sam wpadałem w pułapkę nostalgii. Uwielbienia doświadczeń z przeszłości, które rzadko ma cokolwiek wspólnego z aktualnie opisywanym tytułem. W trakcie weryfikacji udaje mi się usunąć większość takich wrzut, ale mam świadomość tego, że nie wszystkie. Jako krytyk i analityk muszę trochę inaczej spojrzeć na kwestię nostalgii i nowych produkcji inspirowanych kultowymi tytułami.

Luke, żegnaj!

Szumie piszę, że aktywnie obserwuję popkulturę. W moich tekstach pojawiają się literatura popularna, seriale, gry komputerowe, a także filmy. Bywa, że odniosę się do jakiejś mody, która aktualnie zajmuje umysły popkuturowych odbiorców. Jednak, z uporem maniaka, unikam jednego tematu – Gwiezdnych Wojen. Chciałbym powiedzieć, że wynika to z mojej niechęci do głównego nurtu, że w absolutnie każdym miejscu w Sieci można przeczytać coś na temat Gwiezdnych Wojen. Mógłbym budować wrażenie konieczności bycia alternatywnym w popkulturowym świecie, co – samo w sobie – brzmi zabawnie i stanowi interesujący bon mot na Mordoksiążkę. Jest inaczej.

Moja historia z Gwiezdnymi Wojnami zaczyna się lata temu. Pamiętam, że wtedy panowały pod telewizorami magnetowidy, a filmy były na taśmach. Internet był efemerycznym wyobrażeniem, o streamingu lub WiFi nikt nie słyszał. Po raz pierwszy zobaczyłem Gwiezdne Wojny, gdy byłem dzieckiem. Do dziś pamiętam wszystkie emocje, które towarzyszyły mi w trakcie oglądania trylogii. Kibicowałem bohaterom, Darth Vader napełniał mnie przerażeniem, moją wyobraźnię zajmowały X-Wingi oraz Gwiazda Śmierci. Nie mogę zapomnieć także o Sokole Millenium, Hanie Solo i dziwnym związku Luke’a i Lei, z którego wtedy niewiele rozumiałem. Mam pełną świadomość tego, że tamte wrażenia już nie powrócą. Zestarzałem się, obejrzałem więcej filmów, przeczytałem trochę książek, jestem zupełnie innym odbiorcą, niż wtedy. Jednak liczyłem na to, że po raz kolejny poczuję magię Gwiezdnych Wojen.

Zacząłem od odświeżenia sobie wszystkich poprzednich części. Stara trylogia mocno się zestarzała, niektóre elementy zaczęły trącić myszką, ale nie było tak źle. Bawiłem się dobrze, jednak podejrzewam, że miały tutaj istotny wpływ wrażenia z dzieciństwa. To była taka moja prywatna wycieczka w przeszłość, odrobina nostalgii. Potem sięgnąłem po nową trylogię, tę która ma tyle samo zwolenników, co przeciwników. W dalszym ciągu będę się zaliczał do tych drugich. Nie dałem się przekonać, po raz kolei okazało się, że nie czuję magii nowych Gwiezdnych Wojen. Rozszerzenie historii, ciekawe elementy sprawiające, że mocniej odbieram przygody Luke’a Skywalkera giną w konfrontacji ze sztucznością świata. Najwyraźniej postęp technologiczny w efektach specjalnych wcale nie sprawił, że Gwiezdne Wojny od razu stały się piękniejsze i bardziej przekonujące. Po sześciu filmach przyszedł czas na siódmy, na Przebudzenie mocy.

Siódmą część Gwiezdnych Wojen obejrzałem kilka miesięcy po premierze. Kurz zachwytów opadł, fani zaczęli wypatrywać zwiastunów kolejnego filmu. Przeczytałem kilka recenzji, tych mniej lub bardziej pozytywnych, i jedno można było z nich wychwycić: autorzy byli zgodni co do tego, że jest to najlepsza odsłona Gwiezdnych Wojen po nowej trylogii, że jest to powrót do korzeni. Z dystansem podchodzę do takich określeń. Zabrałem się do oglądania i dawno się tak nie nudziłem. Odniosłem wrażenie, że kolejne wątki fabularne są przypadkowe, aktorzy grają średnio, a siódma część wcale nie jest tak odkrywcza, jak niektórzy mi mówili. Dla mnie nie było to nawet dobre kino rozrywkowe, raczej średni film science-fiction w uniwersum Gwiezdnych Wojen. W mojej głowie pozostało niewiele scen z siódmej części, nie czuje potrzeby powrotu do tego filmu. Bawiłem się źle, co bardzo mnie zaskoczyło.

Dlatego nie czekam na Gwiezdne Wojny: Łotr Jeden. Trailery mało mnie obchodzą, nic więcej nie napiszę o tych filmach. Być może każde pokolenie musi mieć własną trylogię, ja swoją miałem i powinno mi wystarczyć. Ten felieton jest pożegnaniem z uniwersum Gwiezdnych Wojen. Nie wracam. Zostaję z komiksowymi superbohaterami.

Zdalnie sterowane samochodziki

Przeglądając listę gier, w które chciałbym zagrać, trafiłem na tytuł zdobywający popularność w zastraszającym tempie. Małe samochodziki, piłka, dwie brami i chaos – pomysł wydaje się całkowicie szalony. Trzeba przyznać, że gracze kupili ten sposób rozrywki – Rocket League sprzedaj się świetnie. Po rozegraniu kilku meczów przestało mnie to dziwić, chociaż na początku nie czułem się specjalnie zainteresowany. Postanowiłem, że skoro ludzie tak chwalą ten tytuł, to powinienem sprawdzić, co ich tak przyciąga.

Według SteamSpy strony, która zbiera różne interesujące statystyki na temat najpopularniejszej platformy cyfrowej dystrybucji – ponad 3 miliony graczy kupiło Rocket League. Gra miała premierę w lipcu 2015 roku. A już mamy ligę w ESL, a także inne zawody esportowe. Rocket League to potężny sukces, który opiera się na prostej i intuicyjnej mechanice. Bo cóż trudnego może być w uderzaniu samochodzikiem w piłkę? Miałem wrażenie, że jest to wręcz banalne i szybko się znudzę, ale po rozegraniu kilku meczów stwierdzam z całą pewnością, że Rocket League ma proste zasady i mechanikę, ale piekielnie trudno ją opanować. Wiele rzeczy trzeba wyczuć, potrzebna jest także jakaś forma komunikacji, w przeciwnym razie mecze zmieniają się w chaos.

Rocket League cały czas coś mi przypominało. Ciągłe miałem wrażenie, że grałem już kiedyś takimi małymi samochodzikami na ekranie monitora. Nie pomyliłem się. Dawno, dawno temu, jeszcze przed epoką wszechobecnego WiFi, na mój komputer trafiła gra Re-Volt. Nigdy nie byłem fanem tzw. ściagłek, ale wirtualne wyścigi zdalnie sterowanymi samochodzikami bardzo przypadły mi do gustu. Gra miała ciekawe tory oraz dobrze rozbudowany system różnych bonusów. Wszystko to sprawiło, że spędziłem przy niej wiele godzin. Po kilku meczach w Rocket League obudziła się we mnie nostalgia i postanowiłem sprawdzić, co właściwie stało się ze starym Re-Volt. Zdziwiłem się, dwukrotnie.

Po raz pierwszy zamarłem, gdy dowiedziałem się, że Re-Volt stał się grą mobilną. Dwie części tej produkcji trafiły na smartfony oraz tablety. Trudno ukryć, że wyścigi zdalnie sterowanymi samochodzikami, aż prosiły się przeniesienie na platformy mobilne. Taka jest kolej rzeczy. Znane marki ożywają na przenośnych ekranach. Druga część gry Re-Volt jest do pobrania za darmo i oferuje różne tryby rozgrywki, a także mikrotransakcje. Żeby pojeździć, trzeba posmarować! Na szczęście jest alternatywa dla tych, który wolą grać na komputerze i niechętnie spoglądają w kierunki małych płatności. W Sieci funkcjonuje portal „ReVoltRace”, który – jak sama nazwa wskazuje – zrzesza osoby tęskniące za starym ReVoltem. Co ciekawe ta społeczność dalej żyje i wciąż tworzy nowe trasy, a także organizuje rozgrywki wieloosobowe! Gra, która miała swoją premierę w 1999 roku, wciąż żyje i ma się całkiem nieźle. Co prawda grafika trochę się zestarzała, ale – dla osób kierujących się sentymentem – nie będzie to żaden problem.

Strefa Gadania… po godzinach #4 – Klub Emerytowanego Gracza

Od czerwca 2015 roku współpracuję z portalem Save!Project. Piszę i gadam o grach komputerowych. Naszym flagowym podcastem jest Strefa Gadania, ale zdarzają się miesiące, w których mamy za dużo pomysłów. Dlatego uruchomiliśmy projekt poboczny, tworzony po godzinach. Tam robię to, co najlepiej potrafię, czyli zadaję pytania oraz oczekuję interesujących odpowiedzi.

W piątek miałem przyjemność porozmawiać z Kamilem Szewczykiem, człowiekiem odpowiedzialnym za stronę Gry dla dorosłych. Pogadaliśmy o Klubie Emerytowanego Gracza, czyli o momencie wejścia w dorosłość i próbach połączenia życia z graniem w gry. Ściągnęło nas w stronę nostalgii, bo tak to już jest, gdy spotkają się dwie osoby, którym nieobce jest ustawianie głowicy w C64.

Svein Halvor Halvorsen / 366 • 25 • Coffee and news (CC BY NC ND 2.0)

Literat przegląda Internet #4

Chwila przerwy! Nareszcie! Przebrnąłem przez 800 (słownie: osiemset!) numerów Wiadomości Literackich, w poszukiwaniu odniesień do kultury i literatury popularnej. Potem nagrałem Strefę Gadania, wyczyściłem laptopa, którego prawie zabiły upały i zainstalowałem dwie gry. O obu muszę coś napisać, ale to dopiero w przyszłym tygodniu. Teraz, w piątkowe popołudnie, postanowiłem sprawdzić, co tam ciekawego zaznaczyłem sobie do czytania.

Okazało się, że w tym tygodniu wyłowiłem niewiele ciekawostek. Na pewno warto wspomnieć o premierze płyty Iron MaidenThe Book of Souls słucham od chwili wyjścia na Uniwersytet, do teraz. Podoba mi się, warto posłuchać nowych Ironów. W końcu kiedyś było się tru metalowcem! \m/

Botanika i etnografia? Czemu nie! W końcu każda kultura testuje różne zioła i niektórym z nich przypisuje właściwości magiczne. Warto przeczytać tekst Złodziejska trawa Marcina Kotowskiego. Myślę, że sam Snape zgodziłby się z kilkoma fragmentami, a sam Geralt, nieustraszony łowca potworów, chętnie wynotowałby niektóre spostrzeżenia.

Problem nostalgii w grach komputerowych nie przestaje mnie fascynować. Na szczęście powstają teksty, które traktują to zagadnienie bardzo szeroko i poszukują początków naszych tęsknot. Mam o czym myśleć!

Lubicie mapy? Zajmujecie się nimi naukowo? Poczytajcie The History of Cartography – rzecz obowiązkowa dla tworzących fantastyczne światy. Niektóre fragmenty potrafią zainspirować. Po lekturze tej pozycji zacząłem inaczej postrzegać Śródziemie i Westeros.

A może, zamiast map, wolicie oglądać Gwiezdne Wojny? Pewnie psychofani wiedzą o nich wszystko, dlatego ten tekst kieruję do tych, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś nowego.

//Obrazek wyróżniający: Svein Halvor Halvorsen / 366 • 25 • Coffee and news (CC  BY NC ND 2.0)

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén