Tag: notatki literata

Rozmówki kuchenne (VIII)

Nie spodziewałem się, że tak szybko powstanie kolejny odcinek “Rozmówek kuchennych”. Seria powstała ze względu na dyskusje w biurze, w dużej mierze odbywające się w trakcie oczekiwania na wodę i / lub żarcie kręcące się w mikrofali. O co poszło tym razem? A o Nawiedzony dwór w Bly. Dyskusja na temat tego serialu była na tyle interesująca, że postanowiłem się w nią zaangażować. Zaczęło się od niepokojącego stwierdzenia, rzuconego mimochodem w trakcie firmowego obiadu. Ktoś na sali powiedział, że nie podobał mu się drugi sezon Nawiedzonego dworu.

Hola, hola, rzekł uśpiony we mnie belfer, skąd w ogóle założenie, że to drugi sezon, że niby kontynuacja? Bo scenarzysta ten sam? Bo aktorzy zapożyczeni? A może ze względu na klimat? Na polu dyskusji zdychały kolejne argumenty. Okazało się, że jednak trudno tutaj mówić o kontynuacji, że ta sezonowość jest bliższa temu, co można zaobserwować w American Horror Story, niż w Stranger Things. No dobra, skoro już z głowy mamy kwestię serii, to co, rozmówcy, który zainicjował dyskusję, się nie podobało? Po dłuższym drążeniu wyszło na jaw, że duże znaczenia miały oczekiwania odbiorcy.

Chciał, aby to było tak samo dobre jak Nawiedzony dom na wzgórzu, żeby to był horror, a nie romansidło. Zgadzam się, że wątki miłosne wyraźnie dominowały w historii Nawiedzonego dworu w Bly, jednak czy to oznacza, że od razu mamy do czynienia z romansem?

Trop jest bardzo dobry, tylko wymaga odrobiny dookreślenia. To nie jest tak, że ten serial od przeciera szlak, że dokonuje brawurowego połączenia gatunków. Coś podobnego już istniało w literaturze tworzonej od XVII do XIX wieku. Przez literaturoznawców nazwane zostało powieścią grozy, którą określano także romansem grozy. Ciach! Gotowe! Termin został upolowany! Teraz zajrzyjmy pod maskę. Dla tego gatunku istotne było wprowadzenie pary posiadającej przeciwstawne natury. Jedna postać ma być demoniczna, a druga czysta, niewinna. Jest w serialu? Oczywiście! Popatrzcie na relację Rebeki Jessel i Petera Quinta. To tylko jeden z przykładów, wariacji na ten temat w serialu jest mnóstwo. Jednak to nie jedyny wyznacznik. Muszą być jeszcze istoty nadprzyrodzone oraz klątwa. Spełnione? Jak najbardziej!

Duchy w dworze wręcz się potykają o żywych, a nad sam dom zostaje, trochę przez przypadek, ale jednak przeklęty. Do pełni szczęścia brakuje jeszcze osadzenia akcji na gotyckim zamczysku. Nie można mieć wszystkiego, myślę, że angielski dwór jest miłą modyfikacją, która niekoniecznie musi odpowiadać definicji gatunku.

Tak, tak, w dalszym ciągu lubię tę genologiczne zagwozdki. Od razu zaznaczam, że swoje poszukiwania prowadzę głównie w obrębie literatury. Z racji wykształcenia, zainteresowań oraz naiwnej wiary, że to słowo pisane stanowiło i stanowi fundament kultury. Zarówno tej dawnej, jak i postnowoczesnej. Stąd bierze się mój brak rozczarowania Nawiedzonym dworem w Bly.

Wiedziałem tam elementy powieści gotyckiej, coraz mocniej zaznaczone i dobrze wiedziałem, z czym będę miał do czynienia. Zresztą wątki romansowe są nieźle poprowadzone, dlatego ja pozostaję zadowolony. A kolega z pracy? Mniej. Chciał horroru. Nie dostał.

Pustkowia nostalgii

Będzie trochę nostalgicznie. Tak się złożyło, że przygotowuję recenzję Wastelands 3. Pewnie zostanie opublikowana w przyszłym tygodniu na łamach DailyWeb. Dlatego zainteresowanych odsyłam tam. Natomiast ten tekst będzie poświęcony elementom nostalgicznym, które dopadły mnie w trakcie ogrywania Wastelands 3. Wszystko zaczęło się od ciągle kotłujących się w głowie skojarzeń ze starymi Falloutami. Przez “stare” rozumiem pierwszą i drugą część, a także spinoff Fallout: Tactics. Mam je na GOGu. Od lat ich nie uruchomiłem, dlatego zacząłem się zastanawiać, czy dzisiaj porwałyby mnie tak samo.

Fallouty to część mojej osobistej podróży po świecie gier RPG. Nie tylko tych papierowych. Na dodatek uczyłem się tam angielskiego. Jest to jedna z produkcji, w których przejściu pomógł mi słownik. Leżał obok komputera i ciągle do niego sięgałem. Osobom zdzwionym, dlaczego po prostu nie użyłem Internetu, odpowiadam, że to było w czasach, gdy powietrze nie było wysoko nasycone WiFi. Takie były czasy. Nie ukrywam, że wciągnął mnie postapokaliptyczny klimat pustkowi. Na długie miesiące. Potem przyszedł czas Baldur’s Gate, Icewind Dale oraz Planescpace: Torment. Do żadnych z tych tytułów nie wróciłem i raczej nie planuję powrotu. Boję się rozczarowania. Tego, że inaczej zapamiętałem te gry. A jednak doceniam, gdy do tych doświadczeń nawiązują nowe tytuły. Tak jest z Wasteland 3. Dla miłośnika starych komputerowych RPGów to jest podróż do krainy młodzieńczych wspomnień.

Mam pełną świadomość tego, że takie rozgrywanie nostalgii jest niebezpieczne. Współcześni gracze oczekują trochę innej rozgrywki, od tej, która fascynowała mnie kilkanaście lat temu. Potrzebna jest inna grafika, sposób zarządzania drużyną, a nawet ekwipunkiem. Wyobrażacie sobie powrót do przewijania przedmiotów? Taki jaki był, na przykład, w Fallout 2? Wtedy wydawało mi się to względnie dobre, dzisiaj patrzę na takie zrzuty i czuję grozę. Żadnego filtrowania gratów, wszystko w jednym worku. Na dodatek skąd mam wiedzieć czego mogę użyć, a czego nie? Czasem, gdy mam zły humor, to mówię, że nowoczesne gry tłumaczą wszystko, myślą za gracza. A jak mi przechodzi, to stwierdzam, że współcześni twórcy po prostu nauczyli się odsiewać elementy, które budowały frustrację. Skupiają uwagę odbiorców na innych, często ważniejszych, elementach.

Konfrontacja z Wastelands 3 zmusiła mnie do zastanowienia się nad zmianą optyki. Szczególnie porównywania danych produkcji do tych, które osiągnęły status kultowy. Na ile rzetelne są moje wspomnienia? Z doświadczenia i studiów wiem, że niewiele. Jako krytyk każdą produkcję staram się oceniać w jakimś kontekście i wiem, że czasem sam wpadałem w pułapkę nostalgii. Uwielbienia doświadczeń z przeszłości, które rzadko ma cokolwiek wspólnego z aktualnie opisywanym tytułem. W trakcie weryfikacji udaje mi się usunąć większość takich wrzut, ale mam świadomość tego, że nie wszystkie. Jako krytyk i analityk muszę trochę inaczej spojrzeć na kwestię nostalgii i nowych produkcji inspirowanych kultowymi tytułami.

Skończone polowania

Czarny Piątek. Święto zakupów, chwila, w której właściciele sklepów gotowi są dopłacić, aby klienci wzięli ich produkty. W naszym pięknym, lecz nieszczęśliwym kraju, Czarny Piątek, rzadko oznacza duże przeceny. Tym promocjom powinien przyświecać pewien cel – chęć wejścia w interakcję z klientem. Przekonanie, że skoro raz sklep nie rozczarował, nie zawiódł oczekiwań, to następnym razem również tak będzie. Cóż, nie wszyscy wychodzą z tego założenia i wolą podnieść ceny przed ich obniżeniem.

Dlatego swoje zakupy ograniczyłem do minimum. Miałem kilka produktów na liście, coś udało się upolować, ale nie jest to nic, czym można pochwalić się na Instagramie. Nie będzie otwierania materaca do łóżka na stories, wybaczcie. Jest to mało fascynujący temat. Podobnie jak stream ze stania w korku, a podejrzewam, że dzisiaj, w pobliżu centrów handlowych, było gęsto. Dosłownie. Nic dziwnego, konsumenci są od tego, aby konsumować, aby otaczać się nowościami. Dla wielu zakupy, polowanie na promocje, to forma niebezpiecznego uzależnienia. Pewnie Czarny Piątek tylko potęguje objawy, a nawet zaraża innych. A potem pojawiają się korki, kolejki, tratowanie się przed witrynami sklepów. Wszystko w imię przeceny! Chęci dokonania zakupy! Wydania pieniędzy, na rzeczy, która nagle wydaje się niezbędna do życia.

Nadszedł weekend zakupowych zombie przyklejonych do telefonów. W poszukiwaniu ofert jak w poszukiwaniu sensu istnienia. Nieumarli akolici influencerów gotowi na szybkie wklepanie kodu rabatowego. Postnowoczesne polowanie na grubego zwierza, który uosabia nowy laptop, telefon lub bezprzewodowy głośnik. A to dopiero wierzchołek góry lodowej! Dzisiaj kupić można wiele, co prawda nie wszystko, ale Internet i popkultura sprytnie podsuwają różne tropy. Zawsze fascynowało mnie to, że w czasach, w których nomadzi mediów społecznościowych tak chętnie odżegnują się od autorytetów, bez mrugnięcia okiem przyjmują sposób życia widziany na zdjęciach lub krótkich filmikach. W dyskusjach o globalnym ociepleniu często widuję wypowiedzi „krytyczne”, ale świat z Instagrama i TikToka jakoś wielu użytkownikom wydaje się niepokojąco realny.

Czarny Piątek zapowiada czas wzmożonej konsumpcji. Po nim następuje Cyber Monday, a potem przychodzi czas na Święta i kupowanie prezentów. Świat, przyjemniej na cztery tygodnie, zostanie solidnie przeceniony. Do pierwszej inwentaryzacji, sprawdzenia stanów magazynowych. Później można zacząć wszystko od nowa, aby ludzie dalej czuli się dobrze w trakcie zakupów. Najwyraźniej kolorowe metki, wszechobecne banery i spam na poczcie elektronicznej w dalszym ciągu działa. A zawsze wydawało mi się, że reklamy powoli stają się boleśnie przeźroczyste.

Co będzie następne? Czarny Piątek na podstawie big data? To już jest. Tylko po prostu jeszcze tego nie zauważyliśmy. Po następnych niemniej intensywnych przecenowych polowaniach zachęcam do zwrócenia uwagi na reklamy, a także proponowane produkty.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén