Tag: nowości

Rozrywkowe rozterki

Produkcje Netfliksa budzą we mnie skrajne emocje. Od trudnego do opanowania zachwytu, przez skrajne znudzenia, do zwykłej, pospolitej irytacji. Nie wszystko, co zostało pobłogosławione przez jeden z najpopularniejszych serwisów streamingowych, jest genialne. Po roku posiadania subskrypcji wyraźnie widzę, że wiele produktów mógłbym określić jako średnie. A to i tak już sporo, bo przynajmniej na nich nie zasypiam…

Blame mnie rozczarowało. Grząska nuda. Mgła to jakaś luźna interpretacja, luźnej interpretacji, dziewiąta woda po kisielu. Ostatnio mierzę się z serialem Star Trek: Discovery. Próbuję nie zasnąć, staram się dotrwać do końca odcinka. Najciekawsze było to, że pilot oglądałem trzy razy, w różnych momentach urywał mi się film. Death Note zasługuje na wyróżnienie – czegoś tak źle zbudowanego dawno nie widziałem. Rozwalająca się fabuła, dziwne wrażenie przypadkowości. Najgorsze w tym wszystkim było to, że postanowiono zabić interesującą historię opowiedzianą w mandze i w anime. Fani poczują nieprzyjemne ukłucie rozczarowania, a osoby, które nigdy nie widziały Ryuuka, mogą zrazić się do całej serii. Szkoda, bo to ciekawa opowieść, warto ją sprawdzić, jednak na pewno nie należy zaczynać od pełnometrażowej wersji z Netfliksa.

Skoncentrowanie się tylko na tym, co mnie rozczarowało, byłoby niesprawiedliwe. Dlatego muszę wspomnieć o genialnych Czarnym lustrze. Z niecierpliwością czekam na kolejny sezon. Klimat Stranger Things trafił w moje rozumienie grozy. Mam nadzieję, że kontynuacja będzie tak samo dobra, jak pierwszy sezon. Przyjemnym zaskoczeniem był także serial Ozark. Nie spodziewałem się, że tak mnie wciągnie, sezon udało się pochłonąć w ciągu jednego tygodnia. Naturalne jest to, że obok interesujących produkcji, pojawiają się także rzeczy średnie, takie zapychające cyfrową przestrzeń. Problem polega na tym, że coraz częściej odnoszę wrażenie, że tych drugich zaczyna coraz bardziej przybywać. W niektórych miesiącach nie jestem w stanie znaleźć nic dla siebie, a próby oglądania wielu zachwalanych produkcji Netfliksa, często kończą się szybkim zaśnięciem.

Czy planuję zrezygnować z subskrypcji Netfliksa? Nie, bo na chwilę obecną i tak korzystam z tego serwisu częściej, niż z usługi HBO Go. Zastanawiam się, czy opłacam dostęp dla nowych, oryginalnych produkcji. Może wolę serwisy streamingowe stały się dla mnie odpowiednikiem mojej biblioteczki – nie muszą mieć przerobionego wszystkich książek, wystarczy, że będą miał po co sięgnąć, gdy zechcę poczytać. Mam wrażenie, że podobnie działa u mnie Netfliks. Czasem odnajduję dobrze znany mi film, włączam go i dobrze się bawię. Jednocześnie śledzę nowe produkcje, ale nie oczekuję po nich olśnienia, zachwytów, arcydzieł. Wolę rozrywkę, na poziomie wyższym, niż Rekinado (tak złe, że aż dobre…), ale bez patosu z Sense8. Różnorodność gatunków i materiałów wykorzystywanych i produkowanych przez Netfliksa powinna mi to zapewnić, powinienem znaleźć coś dla siebie lub przynajmniej czekać na pojawienie się czegoś takiego. Przez ostatni miesiąc trwałem w zawieszeniu, co – mam nadzieję – wkrótce się zmieni.

Książkujmy się!

Book Up!” to nowy magazyn o książkach, który swoją premierę miał 17 kwietnia. Pobrałem od razu, wrzuciłem na Kindle’a i zacząłem lekturę. Daleki jestem od rozczarowania, ale nie zbliżam się do zachwytu. „Book Up!” to ciekawa inicjatywa. Niestety, nie jest ona skierowana do mnie.

Podstawowym plusem tego magazynu jest lekkość i łatwość lektury. Wywiady oraz recenzje napisane są po prostu bardzo dobrze, jednak nie ma w nich ani krzty pragnienia problematyzacji tekstu. Z perspektywy krytyka literackiego „Book Up” to czasopismo koncentrujące się na wartościowaniu książek, a nie na opisywania interesujących zjawisk literackich. Dlatego wolę czytać „Książki. Magazyn do czytania”. Formuła tekstów zwartych w tym czasopiśmie jest bliższa mojemu sercu.

Zostawmy moje zainteresowanie – raczej zafiskowanie – krytyką literacką. „Book Up!” to zestaw prezentacji książek, coś pomiędzy magazynem reklamowym, a magazynem pretendującym do miana kulturalnego. W rękach miałem dopiero pierwszy numer, ale obawiam się, że te aspiracje bardzo szybko zostaną zdławione przez potrzeby marketingowe. Już teraz widać, że ta warstwa jest silna i błyskawicznie może zdominować całość czasopisma. Wtedy „Book Up!” stanie się kolejną reklamową tubą, po którą nie warto będzie sięgać.

Powinien przyklasnąć tej inicjatywie, ale nie potrafię. Pragnę czasopism literackich utrzymanych w tonie „Dwutygodnika” lub przynajmniej „Książek…”. Chcę nie tylko wartościujących recenzji, ale także szkiców krytycznoliterackich, w których autorzy będą próbowali zmierzyć się z różnymi warstwami tekstu. „Book Up!” tego nie robi i dla mnie jest, przynajmniej pierwszy numer, wyłącznie ciekawostką. Godną obserwowania, ale w dalszym ciągu tylko ciekawostką, z którą nie wiążę żadnych większych nadziei.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén