Tag: pisanie (Page 1 of 4)

Na czas

Dwa miesiące temu skusiłem się na wypróbowanie Rescue Time. Co to za twór? A takie narzędzie do sprawdzanie ile czasu zajmuje mi zabawa, a ile praca lub hobby. Działa sobie w tle, aplikację mam zarówno na telefonie, jak i na komputerze. Mierzę czas. Dzięki temu wiem, że w zeszłym miesiącu mój puls produktywności wyniósł 43 punkty (?) i był o 16% lepszy, niż we wrześniu. Co to w zasadzie znaczy? Stałem się o 16% lepszym człowiekiem? Nie sądzę. Zauważyłem, że więcej czasu spędziłem na programowaniu, a mniej na przemierzaniu cyfrowych światów. Dzisiaj uważam, że rozrywka jest najmniejszym problemem, jeżeli chodzi o czas.

Zdecydowanie bardziej absorbujące jest kolekcjonowanie informacji. Namiętne oglądanie filmów o różnej tematyce, czytanie niepowiązanych ze sobą artykułów, takie skrobanie powierzchni. Sam tak często robię, ale staram się tę aktywność ograniczać. Do kilku zagadnień, problemów, wokół których ogniskuję swoje myśli. W dalszym ciągu zbieram bazę wiedzy na temat game designu oraz bizdevu. Z racji wykonywanego przeze mnie zawodu. Pracuję w gamedevie, muszę wiedzieć, co w trawie piszczy, obserwować różne wydarzenia na rynku. W branży rozrywkowej dobrze wiedzieć, co aktualnie kręci ludzi, a co już zaczyna ich nudzić. Zresztą pisanie tekstów dla DailyWeb wymaga sensownego researchu. Trzeba przejrzeć źródła, wyrobić sobie opinię, machnąć notatki, żeby potem nie pogubić się w pisaniu. Na to mam zawsze sobotę i niedzielę. To jest ten czas, w którym powstają moje teksty.

Kilka tygodni temu rozmawialiśmy o kulcie produktywności w pracy. Dyskusja narodziła się sama, w związku z rozmową na temat poczucia winy, które pojawia się, gdy człowiek zajmował się rozrywką. Ta natrętna myśl, że w tym czasie mogłem robić TO. Właśnie TO, które jest najważniejsze, a ja marnuję czas. Łapiemy się na takie pułapki. A tutaj trzeba pracować mądrze, wprowadzać chwile odpoczynku. Szukać sensownego rytmu. Właśnie w poszukiwaniu czegoś takiego sięgnąłem po Rescue Time. Chciałem zbadać, jak wygląda moje zużycie czasu. W co ładuję go najwięcej, w jakich godzinach, czy mam jakieś stałe pory pisania, programowania lub czytania. Okazało się, że mam. Tylko że w ich ustaleniu nie pomogła mi aplikacja, ale własny zdrowy rozsądek. Nie zmienia to faktu, że widzę dla niej zastosowanie. Myślę, że może się doskonale przydać osobom, które ograniczają korzystanie z telefonu komórkowego. Rescue Time świetnie pokaże, ile czasu spędza się przed kolejnym ekranem, ale ograniczenia lepiej nałożyć sobie samemu.

Myślę, że najbardziej niebezpiecznym momentem w życiu jest chodzenia z pracy do pracy. Szczególnie jeżeli ma się jakieś hobby. W moim przypadku zauważyłem to na przykładzie pisania. Od pół roku ustalam liczbę tekstów do stworzenia w ciągu miesiąca. Trzymam się jej. Wcześniej poświęcałem zdecydowanie za dużo czasu na klepanie w klawiaturę i poszukiwanie tematów. Teraz kreślę słowa spokojnie. W wyznaczone dni. Pozostałe poświęcam na inne rzeczy. Dla zachowania równowagi.

Złomowisko pomysłów

W tym tygodniu portale giereczkowe rozpisywały się o zabitych projektach. Electronic Art zamknęło grę w świecie Gwiezdnych Wojen, a Ubisoft postanowił ubić prototyp, zanim w ogóle oficjalnie zapowiedział nowy tytuł. Nie mam zamiaru bronić wielkich wydawców. EA ma swoje za uszami, gdyby pogrzebać to i na Ubisoft coś się znajdzie. W pracy kreatywnej tak bywa. Czasem człowiek poświęca na coś czas, a potem okazuje się, że cały wysiłek idzie na marne. To dotyczy nie tylko gamedevu, ale także innych osób parających się wymyślaniem. Najgorsze są genialne pomysły, te które przychodzą nagle i wymagają natychmiastowej realizacji.

Mnie również zdarzały się i wciąż zdarzają takie porzucenia. Ostatnia kropka w tekście, a potem wylot z dysku. Świetny pomysł, zapisany w trakcie przerwy w pracy. A w domu, gdy przechodzę do realizacji, okazuje się torturą. Nie tylko dla autora, ale również dla odbiorcy. Takie rzeczy najlepiej od razu uśmiercać, nie dawać się złapać w pułapkę „poświęconego czasu”. Po czym poznać, że już się w niej siedzi? Po prostej myśli obijającej się po głowie. Po nieznośnym poczuciu, że skoro POŚWIĘCIŁO SIĘ NA COŚ CZAS, to nie można tak po prostu wyrzucić chimery. Można, ale wcześniej warto się jej przyjrzeć. Poszatkować. Zobaczyć, z czego się składała, dlaczego była tak paskudna, że trudno było na nią patrzeć. Wtedy takie nieudane twory faktycznie do czegoś się przydają. Pokazują, jakie błędy popełnia się w procesie tworzenia. A to już bardzo cenna informacja.

Zawsze drażniło mnie to, że popkultura pokazuje wyłącznie spektakularne sukcesy. Ten cały zgiełki ze wizualizuj sobie, a na pewno wszystko osiągniesz. Wystarczy czegoś bardzo pragnąć, żeby to zdobyć. Obawiam się, że to tak nie działa. Zamknięcie jakiegokolwiek projektu w stanie zadowalającym zawsze wymaga potknięć i poprawek. Bywa, że kilku wersji, wracania do starych rozwiązań, próbowania nowych. Takie napisanie tekstu. Dla mnie zawsze zaczyna się od wynotowania z głowy tego, co chciałbym przekazać. A potem zaczynam stukać w klawiaturę. Zdarzają się wielokrotnie przepisywane akapity. Czasem wywalam wszystko i zaczynam od nowa. Bo wiem, że tak trzeba, na tym polega mój proces tworzenia. Mało w nim fajerwerków, raczej jest mozolne rzeźbienie, przecieranie i nadawanie kształtu wcześniej wynotowanym uwagom. Najciekawsze są moje notatniki.

Zwykłem je nazywać „Złomowiskami”. Jest tam wszystko to, czym się zajmowałem, co mi wpadło do głowy, co chciałbym jakoś rozwinąć. Często tam sięgam, żeby wrócić do jakiegoś wyrzuconego pomysłu, zapoznać się z rozpiską, która wtedy wydawała mi się niezwykle ważna. Potem o niej zapomniałem, bo zająłem się czymś innym. Tak wyglądają moje prywatne złomowiska. Zawsze mogę coś z nich odzyskać. Moje pisanie to w dużej mierze recykling starych pomysłów, notatek, rozwalonych w pył impresji. Kiedyś tego nie miałem i tworzenie czegokolwiek przychodziło mi z dużym trudem. Wybawieniem okazał się powrót do analogowego pisania. Przekułem to na swoją metodę pracy, a jednym z jej elementów jest brawurowe wyrzucanie wielu genialnych pomysłów.

Moje notatniki

Dzisiaj, z rosnącym przerażanie, stwierdziłem, że powoli kończy mi się miejsce w notatniku. Mam go od ponad roku, trochę ze mną pojeździł, zużył się i zawsze był doskonałą przestrzenią do notowania pomysłów. Mało tego! Ten zeszyt w szarej okładce zawiera w sobie szczegółowe opisy dwóch funkcjonalności do gry, przy której pracuję. Znalazłem także notatki ze zeszłorocznych Digital Dragons oraz dokładny opis połączenie i szkic logiki do stacji pogodowej. A to nie jest mój pierwszy notatnik!

Nigdy nie prowadziłem pamiętników. Próbowałem, ale szybko nużył mnie przymus codziennego spisywania myśli. Nie prowadzę fascynującego życia, nie mam tysiąca myśli na minutę. Moje notatniki doskonale to pokazują. Posiadam tendencję do rozbierania określonego problemu na części pierwsze i analizowanie ich połączeń. Stąd w moich szkicach mnóstwo strzałek, połączeń, uwag na marginesach. Treście pojawiają się one nieregularnie, stanowią wyrzut tego, co od dłuższego czasu siedzi mi w głowie. Każdy z moich notatników był swoistym uporządkowaniem mojego prywatnego chaosu. Wiele pomysłów tam umarło, a jeszcze więcej zostało zrealizowanych. Zapiski internetowe prowadzę od 2009 roku, czyli od 9 lat. Blog zawsze był dla mnie formą ćwiczeń warsztatowych, pisałem i publikowałem, po to, aby się trenować składanie słów w zdania. W dalszym ciągu tak jest.

Notatniki, to coś zupełnie innego. Bałagan, pisanie w autobusach, na przystankach, w pociągach. W każdej wolnej chwili. Zawsze, gdy dopadała mnie jakaś myśl. Czasem spisuję uwag na temat aktualnie czytanych książek, znacznie częściej tworzę szkice do artykułów. Co ciekawe, mam awersję do cyfrowych notatników. Miałem ich kilka. Próbowałem pisać za pomocą klawiatury ekranowej, korzystałem z rysika. Nic się nie sprawdzało tak dobrze, jak tradycyjny papier i ołówek. Przez długi czas korzystałem z ołówków, do dziś mam ich zapas. Nigdy nie przepadałem za długopisami. Pióro w mojej dłoni pojawiło się przez przypadek, za sprawą Łukasza, człowieka, z którym studiowałem.

To od niego dostałem pierwsze pióru. Srebrnego Parkera, z serii Vector. Długo nie mogłem się przestawić, ale w końcu ręka się przyzwyczaiła. Na pewno znacznie poprawił się mój charakter pisma, nie bazgrzę już tak jak kiedyś. Niestety, to pióro po kilku latach się zużyło. Najwięcej problemów sprawiała skuwka, która miała tendencję do odsłaniania stalówki. Kilka razy zdarzyło się, że moje papiery przybierały kolor aktualnie używanego tuszu. Dlatego w tym roku, w ramach urodzinowego prezentu od Żony, otrzymałem nowe pióro. Stare zachowałem, najwyraźniej z wiekiem robię się coraz bardziej sentymentalny.

Łukasz podarował mi pióru z życzeniem napisania szkicu pierwszej książki. Nic takiego się nie stało. Jego prezent posłużył do zapełnienia trzech notatników, od deski do deski. Dlatego nie sądzę, aby podarek się zmarnował.

Po co mi pisanie?

Zrobiłem sobie miesiąc przerwy od pisania. Nie dla jakiegoś szczególnego podsumowania, bardziej dla nabrania odpowiedniego dystansu. Daleki byłem od poszukiwania odpowiedzi na fundamentalne pytania o sens składania słów. Piszę, bo lubię, nic więcej. W moim kreśleniu akapitów nie ma głębszej potrzeby niesienia światu prawdy. Piszę, bo mam taki odruch, bo muszę mieć przestrzeń, w której wyrzucę z siebie trochę nagromadzonej treści. Takim ujściem zawsze był blog. Początkowo były to „Połącz kropki”, potem przeniosłem się na własną domenę.

Paradoksalnie przeprowadzka nie była podyktowana chęcią stworzenia sobie tekstowego portfolio. Dzisiaj uważam, że dla osoby, która chce pisać i bierze udział w różnych redakcyjnych rekrutacjach, własna strona internetowa z bazą tekstów, jest po prostu obowiązkowa. Można prześledzić, jak zmieniał się warsztat, sprawdzić, czy treści pojawiają się regularnie, to jest forma poznania kandydata, a w szczególności sprawdzenia jego umiejętności. Moje portfolio urosło przez przypadek, ponieważ na własną domenę zdecydowałem się, aby mieć motywację do pisania. Konieczność opłacenia serwera i adresu zmuszała mnie do pisania, do sprawiania, że opłaty mają sens. Nagle okazało się, że nie zastanawiam się nad kolejną fakturą, nie liczę, ile napisałem tekstów, ale po prostu tworzę treść. To oznacza, że udało mi się spełnić podstawowe założenie przejścia na własną domenę.

Przez pewien czas na moim blogu widniały reklamy. Nie dlatego, że chciałem monetyzować moich 500 UU, po prosu stwierdziłem, że warto poeksperymentować z Google AdSense. AdWords znałem z pracy, chciałem dowiedzieć się, jak wygląda integracja i zaplecze platformy, która pozwala zarabiać na treściach. Pobawiłem się, posprawdzałem i wyłączyłem. To nie tak, że rozczarowałem się przychodami, od początku wiedziałem, że ich w ogóle nie będzie, po prostu obecność reklam zaczęła mnie denerwować. Jednocześnie dotarło do mnie, że w ten sposób zdradziłem swoje poglądy. Od początku mój blog powstaje w oparciu o Creative Commons, o Otwartej Kulturze gadam dużo i często ją promuję wśród znajomych. Wtedy postanowiłem, że wrócę do korzeni, pozbędę się reklam i dalej będę prowadził stronę w oparciu, o licencję CC BY. Oznacza to, że wszystkie moje treści można przerabiać, kopiować, przetwarzać – wystarczy wskazać autora oryginału. Żadnego paywalla, po prostu dzielenie się sensem.

Tyle piszę o dzieleniu się, a mam wyłączone komentarze. Znowu oszustwo? Nie. Nie wierzę w tę formę komunikacji, można do mnie napisać maila. Odpiszę, o czym przekonało się kilka osób, z którymi prowadziłem ciekawe rozmowy. W trakcie lektury tekstów w Internecie często miałem wrażenie, że komentarze mnie rozpraszają, że więcej uwagi poświęcam temu, co napisali odbiorcy, niż temu, co chciał przekazać autor. Dlatego czytanie tekstów w Sieci kończę wraz z ostatnim zdaniem końcowego akapitu. Zapoznałem się z opinią twórcy i to ona jest dla mnie najważniejsza. Nie czuję się przez to uboższy, nie odnoszę wrażenia, że coś tracę. Sam nie mam nawyku komentowania, już prędzej napiszę jakąś polemikę w oparciu do dany tekstu. Mam wrażenie, że taka dyskusja jest najlepsza.

Po miesiącu przerwy wracam do pisania. Nazbierałem pomysłów, które konsekwentnie będę zmieniał w słowa. Lubię to robić.

PS

A tutaj znajdziecie pierwszy tekst opublikowany na stronie kolegaliterat.pl.

Dotarłem do kresu urlopu

Czas urlopu dobiegł końca. Trudno powiedzieć, że nagle, bo spodziewałem się, że to nastąpi. Po prostu wszystko, co dobre, prędzej czy później, dobiega kresu. Za sprawą Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku udało mi się wyrwać jakieś 10 dni urlopu (licząc z weekendami)! Jak wygląda 10 dni przerwy od pracy, człowieka, który zajmuje się pisaniem i redagowaniem tekstów, opracowywaniem zagadnień i kolekcjonowaniem różnego rodzaju danych?

Najciekawszym paradoksem jest to, że od pracy przy komputerze odpoczywam, grając i oglądając seriale na komputerze. Różnica polega na tym, że przez 10 dni robiłem to, co chciałem, a nie to co musiałem. Lista zadań spokojnie wisiała do dzisiaj, uzupełniałem tylko sprawy bieżące, o których nie mogłem zapomnieć. Zakupy, coś do zrobienia z domu, przygotowania do przeprowadzki – takie rzeczy lądowały na liście. Nie było żadnych zadań w stylu zredaguj tekst do pomocy lub przejrzyj treści na temat dodatków, nic z tych rzeczy. Wyłącznie codzienne kwestie nadające rytm codzienności. A skoro już przy rutynie jesteśmy, to ta urlopowa, przynajmniej dla mnie, składa się z dwóch elementów.

Po pierwsze siedzenie do późna. Okresy wolności od pracy zawsze kończą się dla mnie transformacją w sowę. Spędzam czas pisząc, czytając i grając, ale najlepiej czuję się wtedy, gdy na zegarku wybije druga w nocy, a ja jeszcze mam jeden akapit do napisania, jedno zadanie do zrobienia lub jeden rozdział do przeczytania. Przez te dziesięć dni wolności od korporacyjnych okowów zajmowałem się nadrabianiem cyfrowych książek. Udało mi się przebrnąć przez trzy świetne pozycje! Zaczęło się od tekstu anglojęzycznego skoncentrowanego na krytyce konsumpcyjnego trybu życia.Affluenza: How Overconsumption Is Killing Us Berreta Koehlera to jedna z ciekawszych książek, która dotyka problemu etyki marketingu. Gdy już dotarłem do ostatniej strony, zainspirowany do przemyśleń, to postanowiłem, że odpocznę od problemów współczesności i udam się w wycieczkę w przyszłości. Pomogły mi w tym dwie powieści – Hyperion Dana Simmonsa i Na fali szoku Johna Brunnera. Pierwszy tekst po prostu powalił mnie na kolana, tak dobrego science fiction nie czytałem od dawna. Interesująca konstrukcja świata przedstawionego, opowieści bohaterów oraz różne spojrzenia dotyczące tego samego problemu, czyli tajemnic planety Hyperion. Na fali szoku jest również ciekawe, jednak piękno tej książki psuje kiepski, oczywiście moim zdaniem, koniec. Zachęcam do przeczytania i jednocześnie ostrzegam przed kiczem, którego stężenie rośnie na ostatnich stronach.

A po drugie urlop, to spacery z Bestią. Długie, bo po 6 kilometrów, trudne, bo na polach pełno błota. Były to przechadzki pożegnalne, ponieważ od przyszłego tygodnia będę mieszkał w innym miejscu. Półroczny powrót na wieś został zakończony, pora wracać na prowincję! Zrobiłem trochę zdjęć, pozwoliłem wyszaleć się psu. Myślałem, że z każdego takiego spaceru, wrócę naładowany metaforami, że obudzi się we mnie idealistyczna tęsknota do miejsca mojego wychowania – nic z tych rzeczy. Najwyraźniej im jestem starszy, tym bardziej robię się pragmatyczny. Taki urok. Walczyć z tym nie będę, bo to strasznie nudne cały czas trzymać jeden rytm.

Post zostanie opublikowany o 5:55. O tej godzinie zwlekam się z łóżka. Podejrzewam, że będzie to trudne, ponieważ zarwę kolejną noc. Z rozpędu, z urlopowego przyzwyczajenia. Powoli zbiorę swoje rzeczy, spakuję klawiaturę, płatki i wyruszę do pracy. Spadł śnieg, więc warunki będą poślizgowe. Na miejscu czeka na mnie moje biurko, dwa monitory, zaśmiecony pulpit oraz kilkanaście zadań do zakończenia. To nie będzie smutny powrót, raczej radosny. Znowu będę w swojej korporutynie z zestawem codziennych tasków i spraw bieżących.

Znowu będę zaczynał dzień od słów: „Cześć, Forty! W czym mogę Ci dzisiaj pomóc?”. Bo właśnie tak nazywa się moje stanowisko.

Page 1 of 4

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén