Tag: polska fantastyka

Co z tą fantastyką?

Polska kultura popularna to jeden z moich ulubionych tematów. Rozmawiam o niej ze swoimi studentami, pokazuje im z jak wielu barw, składa się to, co zazwyczaj deprecjonujemy i traktujemy bardzo stereotypowo. Są tematy, które pomijam. Robię to celowo, ponieważ najpierw chciałbym poznać inną perspektywę. Jednym z nurtujących mnie problemów jest Wiedźmin. Właśnie o Geralcie z Rivii postanowiłem porozmawiać z Michałem Szymańskim – jednym z redaktorów czasopisma „Smokopolitan”.

Adrian Jaworek: Skąd pomysł na założenie pisma „Smokopolitan”?

Michał Szymański: Nie jestem najlepszą osobą, aby odpowiadać na to pytanie. Bo kiedy ja stałem się częścią tej inicjatywy, ona już kiełkowała. Jest to pomysł krakowskiego klubu fantastyki „Krakowskie Smoki”, który działa od 2014 roku. Staramy się działać w miarę prężnie i publicznie.

W którymś momencie pojawił się pomysł, żeby spróbować zreanimować powoli umierającą w fandomie ideę zinów. Takich wydawanych porządnie, na papierze, nie tylko przez sieć. Dla nas zin miał być punktem wyjścia dla fandomowych dyskusji. Nie tylko na terenie Krakowa, ale siłą rzeczy najwięcej autorów i publicystów mamy właśnie ze swojego podwórka.

Chcieliśmy działać na trochę większą skalę. Aktualnie zinów jest mało, te, które są, mają niewielki zasięg. Jest to świetna platforma do wymiany myśli na zasadzie „od fanów, dla fanów” i bardzo dobre miejsce na debiut dla początkujących pisarzy. Takich też staramy się wyszukiwać i promować. Zależy nam na osobach, które nie miały okazji się pokazać, a robią bardzo dobre rzeczy.

A.J: Świetnie, że nawiązujecie do tradycji fandomowych zinów. Dla mnie, stworzenie takiego czasopisma jak „Smokopolitan”, to bardzo odważny krok. Współcześnie dużo się mówi o upadku prasy, na każdym kroku podkreśla się, że takie tradycyjne czasopisma są w odwrocie, że zaraz pożre je Internet. Jak odbiorcy reagują na „Smokopolitan”?

M.S: Jesteśmy zaskoczeni tym, że mamy tak dużą rzeszę odbiorców. Nie stosujemy praktycznie żadnych działań promocyjnych. W tym momencie marketing „Smokopolitan” dopiero się buduje, a wydaliśmy już kilka numerów, które dotarły do ponad tysiąca osób bez najmniejszego problemu.

Chyba jednak zapotrzebowanie na takie medium jest. To widać na konwentach. Ludzie nie mają problemu, żeby dać nam te pięć złotych, bo tyle wynosi koszt druku „Smokopolitan”. Nie czerpiemy z tego żadnych zysków.

Ludzie chcą poczytać papierowe czasopismo. Powoli te media elektroniczne i tradycyjne uczą się współistnieć. „Smokopolitan” jest też wydawane pod postacią zina. Nie ma co ukrywać, że blisko 70% naszej „docieralności”, to pobrania wersji ebookowej. Ale mimo wszystko ludzie chcą ebooka, a nie strony internetowej.

Może jest to kwestia przyzwyczajenia, może jest to forma preferowana ze względu na to, że jest przyjemniejsza w odbiorze…

A.J: Może to też wyraz miłości do papieru? Czasem mam wrażenie, że ta analogowa forma znacznie bardziej nobilituje, niż publikacja w Internecie.

M.S: Coś w tym jest. Kiedyś trochę się śmiałem z tego, ale teraz widzę, że jeżeli mam do wyboru książkę fizyczną, w której mogę sobie poprzerzucać kartki, wrzucić do torby, wyciągnąć na przystanku i poczytać, a książkę na czytniku lub tablecie, to wolę tę analogową. Ciężko mi powiedzieć z jakiego powodu. Po prostu przyjemniej się ją czyta i z gazetami pewnie jest podobnie.

A.J: Wspomniałeś, że jeździcie ze „Smokopolitan” po konwentach. Gdzie się już zaprezentowaliście?

M.S: Jest tego trochę. Staramy się być wszędzie – wszystko zależy od tego, czy mamy czas i środki, aby dotrzeć i się zaprezentować. Byliśmy na Warszawskich Targach Fantastyki, Falkonie, Opolkonie, Pyrkonie. Jesteśmy na każdej imprezie robionej przez klub „Krakowskie Smoki”. Na tych nieklubowych też się pojawiamy, jeżeli tylko nam to z niczym nie koliduje.

Wybieramy się na Zjawę, jeżeli tylko się odbędzie. Ostatnio, gdy sprawdzałem, to nie było jeszcze podanego terminu, miejsca, ani nawet zrębów programu. Bardzo chcielibyśmy się tam pojawić, bo to fajna impreza, dobrze sprofilowana.

A.J: Jesteście takim prawdziwym, zaangażowanym zinem! Gdzie tylko jest fantastyka, to zaraz się pojawiacie.

M.S: Staramy się. Motywujące jest to, że ludzie chcą nas czytać. Napływają do nas opowiadania, których jakość jest zaskakująco dobra. Gdy ruszaliśmy z tą inicjatywą, to nie spodziewaliśmy się, że z przesłanych do nas debiutów będziemy mieć problem z wyselekcjonowaniem tekstów. Jest za dużo rzeczy dobrych.

Dlatego ostatni numer „Smokopolitan” w całości składa się z prozy. Przychodzą do nas świetne opowiadania i żal by było, gdyby miały się nie ukazać.

Bycie na konwencie, siedzenie na stoisku, to wielka frajda. Na przykład na Serialkonie byłem może na dwóch punktach programu i przez chwilę biegałem sobie w tłumie, żeby zobaczyć, co się dzieje, a resztę konwentu spędziłem, siedząc i sprzedając „Smokopolitan”. Niesamowita sprawa!

A.J: Jestem pod wrażeniem waszego całościowego myślenia o polskiej kulturze popularnej, którą promujecie w „Smokopolitan”. Czy staracie się być przeciwwagą dla trochę już skostniałej „Nowej Fantastyki”?

M.S: Nie myślimy w tych kategoriach. „Nowa Fantastyka” jest czymś bezkonkurencyjnym na polskim rynku czasopism fantastycznych. Staramy się robić to, co robimy najlepiej, jak potrafimy.

To jest też kwestia tego, o czym chcą pisać nasi autorzy. Nie oszukujmy się – publicyści fantastyczni mają swoje nisze tematyczne, swoje zainteresowania. Ciężko przekonać kogoś, kto siedzi głównie w RPGach, aby napisał tekst o fantastyce socjologicznej w Stanach Zjednoczonych. Większość naszych współpracowników to członkowie klubu. Staramy się dać naszym czytelnikom, to co mamy najlepszego i to, co nasi autorzy mają najlepszego do zaoferowania.

A.J: Jaki tekst mógłbyś polecić z ostatnich numerów „Smokopolitan”?

M.S: Jestem wielkim fanem wszystkich tekstów Jaksy, z radami dla początkujących i mniej początkujących mistrzów gry. Te teksty są świetne. Daję je każdemu, kto pyta o takie rzeczy. W dalszym ciągu jest to dość popularne hobby.

Wciąż przychodzą do niego ludzie, którzy chcą się czegoś nauczyć. Wtedy można im dać tekst Jaksy z pierwszego numeru „Smokopolitan” o przygotowaniu pierwszej sesji. Świetna sprawa.

W tym momencie kilku doświadczonych mistrzów gry prowadzi, co sobotę świetne warsztaty w Artetece. Jeżeli czyta nas ktoś z Krakowa, to zapraszamy, bo dobre rzeczy się tam dzieją.

A.J: Skoro już jesteśmy przy grach RPG, to muszę poruszyć pewien problem. U mnie, na Uniwersytecie Śląskim, są ludzie, którzy zajmują się grami fabularnymi w różnych kontekstach. Czy nie masz wrażenia, że ta forma aktywności znowu staje się popularna? Na jakiś czas zeszły do podziemia, bo zastąpiły je gry komputerowe, ale teraz wracają.

M.S: Trochę tak. Cieszę się z tego. Gdy ja najbardziej interesowałem się tym tematem, to krytycy i badacze wieszczyli koniec tych dużych systemów RPG – najpierw miało być wejście w niszę, a potem śmierć.

Nie umarliśmy. W dalszym ciągu ukazują się interesujące rzeczy. Myślę tutaj o różnych indie games, które się rozwijają i często proponują różne ciekawe rozwiązania, ale rynek głównonurtowy też ma się całkiem nieźle. To wszystko jakoś się kręci.

Jeżeli chodzi o gry komputerowe, jest też tak, że coraz większy wpływ na rynek mają odbiorcy, którzy wychowali się na tych pierwszych komputerowych RPGach i sesjach gier fabularnych. To widać w takich tytułach jak Pillars of Eternity, które jest puszczeniem oka w stronę odbiorców, którzy pamiętają, jak te gry wyglądały 10 – 15 lat temu. Tytuł był w stanie zebrać ogromne pieniądze w trakcie kampanii na Kickstarterze i dostaliśmy grę, która jest niesamowita pod każdym względem. W Pillars of Eternity widać, że fabuła jest prowadzona tak, jak na sesjach gier fabularnych.

Rzeczywiście jest tak, że chce się do tego wracać.

A.J: Pojawia się tutaj ładunek nostalgii. Czy towarzyszył on „Smokopolitan”?

M.S: Tak, zdecydowanie. Tematem jednego z numerów w całości była ta nostalgiczna retrofantastyka, powroty do źródeł, szukanie zapomnianych utworów, wątków i motywów. To jest bardzo żywe w fandomie. Ci, którzy pamiętają jak bardzo niszowe i pogardzane było to hobby dorośli i nagle okazuje się, że jesteśmy mainstreamem. To jest trochę niebezpieczne. Ta „mainstreamowość” wpływa na jakość produktów, czego moim ulubionym przykładem są seriale o superbohaterach. Nie byłoby ich 20 lat, a z tych, które są to może dwa bronią się artystycznie, a reszta to zwykłe żerowanie na nostalgii.

A.J: Skoro wracamy do przeszłości, to kiedy po raz pierwszy zetknąłeś się z polską fantastyką?

M.S: Świadomie? Wiedźmin.

A.J: Wiedźmin? No proszę.

M.S: Prosta historia, myślę, że dużo ludzi mogłoby opowiedzieć podobną. Nagle do kin wszedł polski film fantasty i wszyscy byli podekscytowani tym, że to się w ogóle dzieje. Wyszło, tak jak wyszło, jest to osobna sprawa. Wydaje mi się, że właśnie wtedy dużo ludzi pomyślało o tym, że można przeczytać coś Sapkowskiego, dlatego, że ten film był promowany.

Ja byłem jedną z takich osób. Gdzieś na początku gimnazjum przeczytałem Sapkowskiego i okazało się, że to koresponduje z rzeczami, którymi się wcześniej interesowałem. A potem poszło z górki.

A.J: Dla mnie historia Geralta to przykład jak tworzy się bohater kultury masowej. Rzeźnik z Blaviken zaczynał jako postać niszowa, a dzisiaj pokiereszowanego mężczyznę z białymi włosami znają wszyscy. Stał się wręcz marką. Czy według Ciebie Geralt odnalazł się pomiędzy Supermanem i innymi bohaterami kultury masowej?

M.S: Tak, ale trzeba pamiętać o tym, że gdy Sapkowski wymyślał wiedźmina, to miał być pastisz i próba dyskusji z toposem superbohatera. Wiedźmin nie jest bohaterem, wiedźmin jest fachowcem, jak nam przypomniała promocja trzeciej części gry. Takim właśnie fachowcem od ratowania ludzi miał być na początku.

Gdy patrzysz na rozwój tej postaci, na przestrzeni całej sagi, to widać, że ten pomysł przestał Sapkowskiemu leżeć albo przestał pasować do kreowanej przez niego historii. Od któregoś momentu Geralt chce zrobić pieniądze. Sam o sobie mówi, że jest takim anachronicznym wiedźminem, który sika pod wiatr. Jest człowiekiem, który chce zmienić rzeczywistość, w której żyje, co jest całkiem niezłą definicją superbohatera. Takiego na miarę polskiej kultury i osadzonego w słowiańszczyźnie.

A.J: Co Twoim zdaniem zafascynowało odbiorców na całym świecie w Geralcie z Rivii? Przekonał ich do siebie swoją egzotycznością, tym, że jest osadzony w polskiej kulturze?

M.S: Sprawa jest następującej treści. Będę trochę powtarzał za moim promotorem ze studiów magisterskich…

A.J: Słusznie! Trzeba za wzorcami podążać.

M.S: Pozdrawiam Bartłomieja Dobroczyńskiego, jeżeli jakimś cudem to przeczyta. Bartku – myślę i podoba mi się.

Nie ma popularnych na świecie polskich zespołów rock’n’rollowych. Nie wymyśliliśmy tego gatunku, nie jesteśmy w stanie zrobić go tak, żeby rzeczywiście zaskoczyć czymś zachodnią kulturę, bo my możemy z niej czerpać i starać się nie być za bardzo w tyle. Podobnie jest z polską fantastyką – oparta na zachodnich wzorcach byłaby zbyt wtórna, aby się przyjąć.

Sukces Wiedźmina, moim zdaniem, polega na tym, że jest ciekawy i oryginalny dla zachodniego odbiorcy. Opowieść, którą snuje się w grze – bo od gry się zaczęło – i w książce, a wkrótce także w filmie, jest trochę czymś innym, niż do tej pory na zachodzie tworzono w tym gatunku. To też jest sukces Sapkowskiego, który wykorzystał scenografię, która jest trochę zgrana. Elfy, krasnoludy, miecze, średniowiecze i tak dalej. On wziął tę scenografię i wykorzystał ją inaczej. Dał jej zupełnie inny temperament i inną emocjonalność. Tutaj jest to, co mnie się spodobało w Wiedźminie.

A.J: Ostatni numer „Smokopolitan”, to wyłącznie proza. Czy obserwujesz jakieś inspiracje Wiedźminem w twórczości młodych autorów?

M.S: To jest bardzo dobre pytanie. Gdybym miał się dobrze zastanowić, to odpowiedź brzmiałaby – nie. Wiedźmin to – mimo wszystko – bardzo stara powieść i byłoby źle, gdybyśmy przez tyle lat nie dorobili się czegoś innego, co mogłoby inspirować młodych twórców.

Widać, że coraz bardziej manga i anime przestaje być tym, co w fandomie się wyśmiewa i pomija. Jedno opowiadanie wyglądało jak scenariusz dobrego komiksu z Japonii. Widać fascynację nurtem postapocalyptic young adult, który coraz częściej przenika do głównego nurtu. Widać tę tendencję, która również pojawia się w dojrzalszej polskiej fantastyce, czyli próbowanie nowych rzeczy i dyskusje z zastanymi tematami.

Z drugiej strony, wracając do tematu nostalgii, zdarza się, że dostajemy teksty, których nie powstydziliby się twórcy w latach 80. i 70. Wtedy pisało się fantastykę zupełnie inaczej. Trzeba było mieć pojęcie o astronomii, gdy pisało się o odległych planetach lub genetyce, gdy próbowało się opisać rzeczywistość, w której ta dziedzina nauki bardzo się rozwinęła.

Niestety to, że fantastyka staje się mainstreamowa, przekłada się na to, że staje się coraz bardziej komiksowa. Autorzy przestają zwracać uwagę na science w nazwie gatunku science fiction. Na szczęście wciąż docierają do nas opowiadania, w których twórcy dbają o ten element i to bardzo cieszy.

A.J: To dobrze, bo ja najbardziej obawiam się dominacji modelu łowcy potworów z różnymi modyfikacjami.

M.S: Myślę, że to się nie dzieje. Nawet jeżeli spojrzy się na półki księgarń, to tego jest niewiele. Zaczynają dominować nowe mody. W planach wydawniczych małych oficyn jest coraz więcej postapokalipsy. To dobrze, bo to świetny temat. Można go ugryźć z różnych stron, pomyśleć, ostrzec przed czymś.

A.J: Moi studenci kojarzą Geralta z Rivii, ale głównie z gry komputerowej. A na literaturze popularnej, chociaż obce są im książki Andrzeja Sapkowskiego, myślą głównie modelem prozy, który znają z przygód Rzeźnika z Balviken. Stąd bierze się moje zmartwienie – czy jest możliwa polska fantastyka po Wiedźminie i to, by stała się tak samo popularna?

M.S: Na pewno tak, ale trochę na nią poczekamy i ciężko przewidzieć, co musiałoby się stać. Problem polega na tym, że jeżeli przyjmiemy, że tym, co wypromowało Wiedźmina na zachodzie, jest jego oryginalność, to ciężko przewidzieć, kiedy dostaniemy coś równie świeżego, co chwyci. Bo, jak śpiewał pewien polski raper dawno temu, nie wiadomo, co ludzie kupią. Ale ja jestem optymistą.

Geralta nie wypromowała literatura, tylko rynek gier. Patrzę jak on się rozwija w Polsce i widzę coraz więcej dobrych rzeczy. Polskie firmy uczą się pozyskiwać środki, planować produkcje i wychodzą z tego ciekawe produkcje.

A.J: Cierpię na problem autorów „drugich po”. Ja chciałbym opowiadać studentom o Feliksie Kresie i jego Księdze Całości, a mam wrażenie, że taka mało znana twórczość spotyka się ze stereotypową niechęcią.

M.S: To może nie jesteśmy tak bardzo tym mainstreamem, jak chcielibyśmy być. Skoro tylko Wiedźmin jest kojarzony przez Twoich studentów. Jest jeszcze jakaś droga przed nami…

A.J: Podobnie jest z fantastyką naukową! Gdy powiedziałem Lem, to sporo osób wiedziało, o kogo chodzi, ale Janusza A. Zajdla nie kojarzą w ogóle.

M.S: Nie jestem szczególnie zaskoczony. Fantastyka jest literaturą gatunkową i będą ją dręczyć te same problemy, co kryminał, romans i całą resztę. Wszyscy znają nazwiska klasyków kryminału – Chandlera, Christie, Conan Doyle’a, ale co było pomiędzy nimi, a tym najnowszym wsypem, czyli Krajewski i seria Millenium, to niewiele osób kojarzy. Trzeba siedzieć w tej literaturze.

A tak z czystej ciekawości, jak jest z Grzędowiczem? Bo saga Pan Lodowego Ogrodu, dość mocno potrząsnęła polską fantastyką w któryś momencie. Kojarzą? Próbowałeś?

A.J: Wspomnienie o Grzędowiczu, to wyciąganie gnoma z beczki na zajęciach – nikt nie wie, o co chodzi, kto jest i dlaczego się pojawia. Pana Lodowego Ogrodu jest łatwiej zaczepić o grę planszową niż o książki.

M.S: To może mamy kryzys czytelnictwa, skoro ludzie bardziej kojarzą Pana Lodowego Ogrodu z planszy, niż z książki. Sprawa do przemyślenia…

A.J: Może to też jest efekt tego, że polska fantastyka jest traktowana jako gorsza. Mam wrażenie, że fandomy są strukturami zamkniętymi. Ludzie widzą siedzących nerdów.

M.S: Nie jest do końca tak, że możemy cieszyć się z tego, że już nie jesteśmy gettem i wszyscy nas kochają. Fandom nadal funkcjonuje na własnych prawach i na boku największego obiegu.

Jest coraz więcej młodych ludzi, którzy fantastyką się interesują. To też widać na konwentach. Z jednej strony mamy starych wyjadaczy, a z drugiej młodzież późnolicealną lub wczesnostudyjną, która przychodzi na fajną imprezę.

Jedna moja koleżanka z redakcji – pozdrawiam Ofelię – narzeka na to, że coraz częściej słyszy się ludzi w fandomie mówiących do siebie per pan, pani. Maile, które do nas docierają, są pisane w takim tonie. Ludzie jakby się nas bali, jakbyśmy byli jakimiś poważnymi redaktorami, którzy obrażą się, jeżeli spróbuje się do nich zagadać tak bardziej na luzie, a kiedyś tak nie było.

Kiedyś fandom, to była jedna wielka rodzina i można było napić się piwa ze wspomnianym przez Ciebie Zajdlem i nikt nie widział w tym nic dziwnego.

A.J: Z prelekcjami też nie jest ciekawie. Ludzie są bardzo zdystansowani. Przypominają one konferencje naukowe, ktoś wstaje, tłucze przez 20 minut, a publiczność nie reaguje. Czegoś takiego doświadczyłem, gdy miałem przyjemność powiedzieć kilka słów na rozdaniu Śląkf.

M.S: Zdarzają się wyjątki od tej reguły. Na panelach jest więcej osób, które chcą wziąć udział w dyskusji, a nie tylko scrollować Facebooka na telefonie i czegoś posłuchać przy okazji.

Dużo osób narzeka na to, że fandom stał się mniej uczestniczący. Taki wyjazd to kolejna bierna rozrywka. Zmienił się też charakter tych imprez. W momencie, kiedy Prykon reklamuje się jako targi fantastyki, a nie konwent fantastyki, wszyscy ludzie, którzy nie pamiętają wcześniejszych edycji, jadą tam z określonymi oczekiwaniami.

Przychodzą na prelekcje, która jest dla nich czymś takim, jak wykład na studiach. Gdzieś się gubi atmosfera konwentu, w tym wszystkim.

A.J: Na szczęście są jeszcze ziny, takie jak „Smokopolitan”, które pielęgnują atmosferę współuczestnictwa i dbają o to, że zainteresowanie polską fantastyką nie zginęło. Dziękuję za rozmowę!

M.S: Ja również dziękuje.

Bez bohaterstwa

Feliks W. Kres / Pani Dobrego Znaku / Wydawnictwo MAG

Feliks W. Kres / Pani Dobrego Znaku / Wydawnictwo MAG

Do Szereru wróciłem po dłuższej przerwie. Były inne rzeczy do czytania, sporo tekstów wymagających napisania, ale nareszcie udało mi się przeczytać kolejną książkę Feliksa W. Kresa. Pani Dobrego Znaku to moje kolejne spotkanie z twórczością tego autora. Niezmiennie pozostaję zachwycony i zastanawiam się, dlaczego tak mało o nim mówmy. Obiecałem sobie, że w styczniu, po skończeniu wszystkich zaplanowanych artykułów, wymyślę jakąś serię na temat książek Feliksa W. Kresa. Teraz przyglądam się poszczególnym tekstom i poszukuję elementów, które mnie zachwycają.

Pani Dobrego Znaku jest książką skomplikowaną, wielowarstwową, ale to solidny plus. To nie jest takie sobie fantasty z krasnoludami, z toporami wbijanymi w głowy i sprośnymi żartami. Pani Dobrego Zamku jest bardzo dobrze napisania, ma wiele charakterystycznych postaci, do których łatwo się przywiązać lub je znienawidzić. Świat przedstawiony żyje, co sprawia, że lektura jest płynna i wciągająca. Po prostu nie mogłem się odkleić od tej książki. Na biurku nawarstwiały się recenzenckie obowiązki a ja, jak gdyby nigdy nic, czytałem sobie Panią Dobrego Zamku. Nie żałuję. Książka ta jest warta poświęceń – zarwanych nocy oraz opuszczonych przystanków.

Feliks W. Kres wspaniale bawi się różnymi intrygami. Ma talent do pokazywania w jaki sposób funkcjonuje państwo oraz jego urzędnicy. Opisuje to, jak okopują się na swoich stanowiskach, gotowi przeczekać każdą burzę, a jeżeli ta będzie zbyt silna, to najzwyczajniej w świecie zmieniają stronę. W Pani Dobrego Znaku wyraźnie widać, że prawo istnieje nie po to, aby go przestrzegać, ale po to, aby ograniczało możliwości. Uosobieniem kodeksu jest właśnie ten urzędnik, który bezradnie rozkłada ręce i mówi, że nic nie da się zrobić, takie są przepisy. Chyba że sytuacja, czyli potrzeba uratowania własnej skóry, będzie wymagała ich nagięcia – wtedy okazuje się, że wszystko jest możliwe. Cała Pani Dobrego Znaku jest nasycona tego typu manipulacjami. Feliks W. Kres stara się pokazać ich granice, ale okazuje się to niemożliwe. Każda intryga zatacza coraz szersze kręgi. Zabawy możnych i władających krainami przypominają grę w szachy. Pionkami są ludzie, którzy tracą życie na polach bitwy.

Sposób, w jaki Feliks W. Kres pokazuje wojnę, jest fascynujący. W Pani Dobrego Znaku nie ma miejsca na bohaterów w lśniących zbrojach ani na pokonywanie setek wrogów za pomocą legendarnego miecza. Opowieści o wojowaniu są dobre przy ogniskach, Feliks W. Kres wyraźnie pokazuje, że mają wartość integracyjną, ale niekoniecznie są zgodne z prawdą. Dlatego autor opisuje ustawianie wojsk, rozmyślania nad strategią oraz różnego rodzaju fortele mające na celu dezinformację przeciwnika. Opisanie wojny jako machiny, która dosłownie miażdży, jest największą zaletą Pani Dobrego Znaku. Osobiście czuję się już zmęczony tymi wspaniałymi potyczkami, które znam z heroic fantasty. Dlatego z przyjemnością czytałem tę powieść. Żadnego napompowanego bohaterstwa, są za to krwawe zasadzki i brutalne starcia z przeciwnikiem.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén