Tag: popkultura (Page 2 of 7)

Kulturowe malkontenctwo

Zawsze chętnie czytam teksty zajmujące się krytyką polskiej kultury. Naiwnie myślę, że kiedyś trafię na osobę, która przedstawi program, dokładnie opisze, jakie teksty chciałaby widzieć. Z ciężkim sercem stwierdzam, że – jak do tej pory – na nic takiego nie trafiłem. Za to w Internecie pełno jest narzekania. Kino umarło, seriale leżą i kwiczą, literatura stała się zestawem szmir, a w muzyce króluje kicz.

Cięgi dostają muzyka, kino oraz literatura. Jeżeli chodzi o filmy, to nie jestem specjalistą, oglądam, czasem machnę jaką recenzję, ale mam za mało wiedzy, aby wypowiadać się na temat kondycji tej dziedziny sztuki w Polsce. Muzyki słucham, moim głównym źródłem jest Spotify oraz Progam Trzeci Polskiego Radia. Muszę przyznać, że wciąż trafiają się interesujące polskie zespoły. Dzięki Liście Przebojów Trójki poznałem Korteza, Skubasa, to w Trójce po raz pierwszy usłyszeliśmy z Żoną Organka. A Pablopavo? Kawał dobrej muzyki oraz solidnie napisane teksty. Wystarczy spojrzeć na inicjatywę „Męskie Granie”, które od kilku lat prezentuje polskich wykonawców. Nie ma tam miejsca na przypadek, na szmirę. Czyli jednak coś jest, wystarczy poszukać. Podejrzewam, że osoby zainteresowanie innymi gatunkami muzycznymi, również, bez najmniejszego problemu, wskazałby ciekawych wykonawców.

A co z polską literaturą? Tutaj nie jest tak źle, na polu kultury popularniej możemy pochwalić się interesującymi tekstami i nie mam tutaj na myśli Andrzeja Sapkowskiego i Wiedźmina. Mamy Marka Krajewskiego z kryminałami umiejscowionymi we Wrocławiu. Życzycie sobie eksperymentu? Proszę sięgnąć po powieści kryminalne Marcina Świetliciego. Ostatnio ukazał się Hel3 Jarosława Grzędowicza, dobra książka z kiepskim zakończeniem. Nie zapominajmy o Opowieściach z Meekhańskiego Pogranicza Roberta M. Wegnera! A już grzechem kardynalnym jest pominąć prozę Feliksa W. Kresa. Wierzcie mi, że o polskiej literaturze mógłbym pisać długo, wymieniając autorów mniej i bardziej znanych. Niektórzy domorośli krytycy wyrabiają sobie opinię na podstawie pozycji wystawionych na targach książki. Bywałem na nich i wcale nie odniosłem wrażenia, że polską literaturę zalewa fala kiczu, że toniemy pod tekstami miałkimi i nie ma już nic ciekawego. Podstawowym problemem naszych nadwiślańskich malkontentów jest brak umiejętności selekcji tekstów. Trzeba poszukać, sprawdzić katalogi, przejść się do biblioteki i zapytać o nowości. To bardzo proste.

Zamiast opluwać polskich autorów na lewo i prawo, krzyczeć o upadku polskiej sztuki, warto przyjrzeć się poszczególnym dziedzinom bliżej. Mamy różnego rodzaju mody, które utrzymują się dłużej lub krócej. Przetrwaliśmy marsze żywych trupów, wojny wampirów z wilkołakami. Jeżeli jakiś temat się sprzedaje, to trudno mieć pretensje do wydawców, że zamawiają takie teksty. Tak działa rynek, a teksty w kulturze uczestniczą w nim na prawach produktów. Zostało to już zauważone w książce Duch czasu (1962) francuskiego socjologa Edgara Morina. Teksty kultury zostały obdarte z aureoli wyjątkowości, dzisiaj polegają procesom produkcji oraz promocji. Paradoksalnie nie ma w tym nic złego, księgarze i wydawcy zawsze chcieli zarabiać. W dwudziestoleciu międzywojennym dom wydawniczy Gebethner i Wolff (jeden z najważniejszy z tamtego okresu) miał niezwykle szeroką ofertę. Obok klasyki polskiej literatury pojawiały się także teksty z zakresu literatury popularnej, wystarczy wskazać na Czandu. Powieść XII wieku Stefana Barszczewskiego. Zarabianie na modnych książkach nigdy nie było czymś zdrożnym.

Współcześnie brakuje nam krytyków. Osób znających daną dziedzinę sztuki i potrafiących wskazać, co jest dobre, a co złe. Oczywiście w ramach jasno określonego systemu. Brakuje cierpliwości, chęci zgłębiania tajników filmu, teatru, literatury i muzyki. Natomiast odbiorcy nie są przygotowani do odbioru tekstów z wyraźnym nastawieniem krytycznym. Dopóki to się nie zmieni, to skazani jesteśmy na zwykłe, miałkie i do bólu zbędne malkontenctwo.

Literat przegląda Internet #89

Dla wielu długi weekend trwa w najlepsze! Ja dzisiaj miałem home office, więc z samego rana rozpocząłem odhaczanie zadań. Potem szybki przejazd na wieś i można odpoczywać! Zostaje jeszcze lista do przesłuchania, ale to dopiero za kilka godzin.

Interesujące podsumowanie sprzedaży gier na Steamie.

Jakie znacznie ma Wonder Woman dla amerykańskiej kultury?

Płeć w grach zaprezentowanych na E3.

Wykop niszczy i tworzy marki.

Jaś Fasola dodany do różnych zdjęć.

Idealna realizacja

Powieści kryminalne Jørna Liera Horsta zwykłem po prostu pochłaniać. Zwykle są to książki z solidną narracją, porządnymi bohaterami i ciekawą intrygą. Na pewno brakuje w nich jakichkolwiek eksperymentów, każdy kolejny kryminał to doskonała realizacja założeń gatunku. Twórczość Jørna Liera Horsta udowadnia, że dojście do mistrzostwa w literaturze popularnej wymaga czasu i zdolności pisarskich. Ostatnio skończyłem Szumowiny i przyznaję, że jest to kolejna dobra książka Jørna Liera Horsta, kolejny kryminał, który jest w stanie przyciągnąć uwagę czytelnika do ostatniego słowa.

Nie widzę celu w oburzaniu się, że jest to „tylko” literatura popularna, jakieś kolejne czytadło dobre wyłącznie na wakacje lub na weekend. Nie ma się czym podniecać, a już tym bardziej doszukiwać się wartości artystycznych. Takie nastawienie zupełnie nie sprawdzi się w przypadku twórczości Jørna Liera Horsta! Sięgając po dowolną książkę tego autora, należy zmienić oczekiwania – poszukać w sobie chęci rozwiązania zagadki kryminalnej. Dopiero wtedy można czerpać przyjemność z czytania kryminałów Jørna Liera Horsta i cieszyć się sposobem, w jaki prowadzi narrację. W tym aspekcie ma wiele do pokazania, ponieważ jest wybitnym rzemieślnikiem słowa. Nie można mu przyszyć łatki artystycznego snoba, ponieważ doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że porusza się po przestrzeni literatury popularnej.

Gorąco zachęcam do sięgnięcia po Szumowiny. W tej książce jest absolutnie wszystko to, czego potrzebuje porządku kryminał. Tajemnica ma swoje korzenie w przeszłości, mordercą okazuje się ktoś, kogo nie sposób podejrzewać, a trup nie ściele się gęsto. Jorn Lier Horst zabija dokładnie tyle postaci, ile trzeba, co świadczy o tym, że doskonale czuje gatunek. W końcu nie ma nic gorszego od powieści kryminalnej, którą napędzają kolejne trupy. Główny bohater, czyli William Wisting, to policjant z poplątanym życiem osobistym. Swoim charakterem przypomina postaci z amerykańskiego kryminału czarnego – jest cyniczny i dowcipny, daleko mu do brytyjskiego dżentelmena, jakim był Sherlock Holmes. Szumowiny to kolejna książką Jørna Liera Horsta, którą przeczytałem i muszę przyznać, że nie mam dość głównego bohatera. W pewien sposób go polubiłem, nie czekam na jakieś rewolucyjne zmiany jego charakterze. Postać rozwijana jest konsekwentnie, każdy kolejny tom przygód Williama Wistinga odkrywa kolejny element jego charakteru.

Szumowiny to solidna realizacja założeń powieści kryminalnej. W tej pozycji na próżno szukać eksperymentów formalnych lub prób odświeżenia samego gatunku. Jorn Lier Horst wkłada w znane ramy interesującą historię i dba o to, aby czytelnik był cały czas zaintrygowany. To spore osiągnięcie, dlatego nie widzę powodu, dla którego należy deprecjonować twórczość tego skandynawskiego autora. Fani powieści kryminalnych na pewno będą usatysfakcjonowani, a osoby, które chcą zacząć przygodę z tym gatunkiem, mogą spokojnie sięgnąć po Szumowiny. Znajdą tam wszystko to, co jest najlepsze w kryminałach.

Dreszcze rozczarowania

W pierwszym akapicie ostatniej recenzji wspomniałem o dwóch innych książkach, które przeczytałem. Były to thriller i kryminał. Jeden tekst po prostu mnie rozczarował, a drugi spełnił pokładane w nim nadzieje. Zacznę od tego, który okazał się pomyłką, kiepską rozrywką, chociaż na taką się nie zapowiadał. Krucyfiks Chrisa Cartera wygląda na ciekawą pozycję, wyłącznie wtedy, gdy przeczyta się tekst na okładce. Sama treść książki jest znacznie, znacznie gorsza, momentami wręcz niepokojąco kiepska.

Chris Carter wykorzystuje znany w popkultrze schemat – policjant z połamanym życiem, psychopata, którego niby udało się złapać i niespodzianka, bo okazuje się, że posadzono złego człowieka. Morderca powraca, wycina charakterystyczny dla siebie znak na kolejnych ofiarach i nawet kontaktuje się z detektywem! Wszystko dokładnie tak samo, jak kilka lat temu, gdy Robert Hunter prowadził poprzednią sprawę. Oczywiście najważniejszym elementem takiego thirllera jest pojedynek pomiędzy policjantem, a psychopatą, próbą doścignięcia niebezpiecznego człowieka i to, że za każdym razem wymyka się on głównemu bohaterowi. To powinien być fundament, na którym budowane będzie napięcie. Z przykrością stwierdzam, że właśnie tej podstawy brakuje w powieści Chrisa Cartera.

Narracja po prostu kuleje, jest nierówna. Czytelnik jest wprowadzany w kolejne sceny w sposób przypadkowy, często wręcz nieprzemyślany, co powoduje rozładowanie budowanego napięcia. Gdy już wydawało mi się, że coś zacznie się dziać, że zaczynam odczuwać tej charakterystyczny pojedynek pomiędzy protagonistą i antagonistą, auto jednym ruchem rozpraszał całą nagromadzoną energię. Sprawiały to papierowe, niewiarygodne postacie, którym brakowało duszy. Trudno było mi uwierzyć w Roberta Huntera, nie czułem jego wyjątkowości, a była ona wciąż przywoływana przez autora. Detektyw w thrillerze musi być zupełnie inny od tego, w powieści kryminalnej. Potrzeba jest dodatkowa warstwa, jakaś mroczna tajemnica utrudniająca życie, czasem motyw cudownego śledczego, który wszystko stracił. W przypadku Krucyfiksu brakuje odpowiedniego punktu zaczepienia, przez co cała narracja w powieści rozlatuje się na małe kawałki.

Każda z postaci wygląda tak, jakby została przeniesiona z innego świata przedstawionego. Oczywiste jest to, że klasowa i pochodzeniowa różnorodność w powieści jest plusem, jednak gdzieś muszą pojawić się punkty styczne. Tych brakuje w Krucyfiksie! Autor za wszelką cenę chce upiększyć świat przedstawiony, sprawić, aby nabrał wielu interesujących odcieni, niestety okazuje się, że brakuje tutaj jakiegokolwiek spoiwa. Thriller ma powodować dreszcze, a nie sprawiać, że odbiorca będzie się zastanawiał, dlaczego główne postaci zachowują się tak, jakby ktoś je wyrwał z sagi Zmierzch. Do tego potrzeba jest interesująca historia oraz przekonywający bohaterowie.

Jedyne co jest ciekawe w Krucyfiksie, to pomysł. Wykonanie jest po prostu roczarowujące.

Wirtualne podróże

Pod koniec zeszłego tygodnia postanowiłem, że wrócę do dwóch gier niezależnych. Wybrałem te, które dotyczyły eksploracji i nawiązywały do modelu powieści przygodowej lub fantastycznonaukowej z XIX wieku. Gracze mogą cieszyć się dwoma tytułami nawiązującymi do literackich struktur – The Curious Expedition oraz Renowned Explorers: International Society. Na pierwszy rzut oka obie te produkcje więcej dzieli, niż łączy, ale powstały dokładnie na tym samym fundamencie – na tęsknocie za odkrywaniem nieznanych rejonów naszego globu, na potrzebie usunięcia białych plam z map.

Dzisiaj podróżujemy po globie bez większych przeszkód. Oczywiście wciąż musimy uważać na różnego rodzaju światowe oraz lokalne zagrożenia, jednak już się tak nie boimy nieznanego. W oswajaniu tego, co jest, nam obce pomógł Internet, wraz z rozwojem nowych technologii. Wystarczy mieć dostęp do Sieci, odpowiednie urządzenie i działającą przeglądarkę, aby dowiedzieć się, jak wygląda życie w innej przestrzeni. Do wyboru mamy reportaże, blogi, zdjęcia oraz wiele, wiele innych form wyrazu, którymi operuje człowiek. W dalszym ciągu hodujemy stereotypy, często wręcz je umacniamy, ale świat stracił trochę niepokojącej atmosfery. Biura podróży zabiła nam całą egzotykę, a na jej miejsce wrzuciły zamknięte kurorty dające jedynie pozorność poznania innej kultury.

Nie ma dzisiaj miejsca dla podróżników pragnących usunąć białą plamę z mapy, bo takim miejsc już nie ma. Dzięki miniaturyzacji urządzeń docieramy wszędzie, z łatwością operujemy obiektywem aparatu, aby zrobić kolejne zdjęcie. W odzyskaniu poczucia egzotyki i tajemnicy świata mogą pomóc książki Juliszna Verne’a. Jego proza stanowi wypadkową powieści podróżniczej, przygodowej i fantastycznonaukowej. Bohaterowie najczęściej wybierają się w dalekie peregrynacje, czasem z własnej woli, a innym razem zmusza ich do tego przypadek. Słynne W 80 dni dookoła świata stanowi hołd złożony rozwojowi techniki, dzięki któremu błyskawicznie można okrążyć glob. Świat Phileasa Fogga nie był taki jak nasz, Juliusz Verne doskonale uchwycił wyobrażenia europejczyków o nieznanych lądach. Ich obawy, niepokoje, a także stereotypy. Pamiętam, że powieści Juliusza Verne’a wręcz pochłaniałem. W fabuły wczytywałem się z wypiekami na twarzy, przeżywałem przygody bohaterów i ostatnio zauważyłem, że tego dreszczyku emocji związanego z eksploracją zaczyna mi brakować.

Nie będę ukrywał tego, że jestem badaczem gabinetowym. Doskonale czuję się w otoczeniu półek oraz książek, nie przepadam za wszelkimi trudami podróży. Na szczęście poza literaturą mam gry komputerowe. Dlatego wygrzebałem ze swojej cyfrowej kolekcji dwa tytuły, które dały mi poczucie eksploracji, które zmusiły mnie do zmierzenia się z trudnymi w obyciu tubylcami. Bycie wirtualnym podróżnikiem odpowiada mi najbardziej! Szczególnie gdy twórcy gry przyłożą się do mechaniki i sprawią, że w wyzwaniach istotny stanie się element losowy. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko wrócić do moich wirtualnych eksploracji, które robią się coraz bardziej niebezpiecznie… Na szczęście nie dla mnie, tylko dla fikcyjnych bohaterów z komputerowo wygenerowanych światów.

Page 2 of 7

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén