Tag: recenzja (Page 2 of 16)

Tajemnice statków kosmicznych

Nightflyers nie dostanie drugiego sezonu. Netfliks planował długi serial, historię rozłożoną na kilka części. Jednak zabrakło zainteresowanie ze strony widzów. Najwyraźniej oparcie opowieści na noweli stworzonej przez George’a R. R. Martina to trochę za mało, aby zabawić odbiorców. Moim zdaniem ten serial nie był zły. Jego największym problemem było ciągłe odkładanie wyjaśnień na później.

W serialach kochamy tajemnice, porządnie zrobione cliffhangery, które zmuszają do włączenia kolejnego odcinka. Przypadek Nightflyers pokazuje, że jednak czasem warto wprowadzić odbiorcę do świata przedstawionego. Ciągłe utrzymywanie dystansu w końcu męczy. Serial znacznie zyskuje na wartości, gdy widz rozumie motywacje postaci oraz ich historie. W Nightflyers tego brakowało. Z perspektywy czasu trudno mi wybrać dobrze zbudowany charakter. Tak jakbym wszystkim czegoś brakowało, a to coś miało dopiero pojawić się w kolejnych sezonach. A te nie nastąpią, więc w zasadzie osoby, które tak jak ja, obejrzały pierwszą serię do końca, pozostaną zawieszone. U mnie dominuje poczucie niedosytu, podsycane przez zwykłe rozczarowanie.

Po pierwszych dwóch odcinkach pomyślałem, że to będzie takie Solaris na sterydach. Mniej łażenia po okręcie i snucia istotnych, egzystencjalnych pytań, więcej akcji, zderzeń i konfliktów pomiędzy postaciami. W tle – obcy, ich wpływ na załogę oraz tajemnica statku. Fundamenty wyglądają interesująco, powiedziałbym, że nawet zachęcająco. Problemem jest konstrukcja, która została na nich zbudowana. Nightflyers robi dużo, aby zrazić do siebie odbiorcę. Do historii wrzucane są wątki na później, takie kąski, które zapowiadają porządne danie. Tylko że ono się nie pojawia. W wyniku czego odbiorca zaczyna się gubić w kolejnych liniach fabularnych. Nie wiadomo dokąd zmierza serial, po co przytaczane są niektóre historie, jakie motywacje mają poszczególne postacie. Moja Żona, właśnie z powodu niechęci twórców do wyjaśniania tajemnic, zrezygnowała z oglądania Nightflyers. Ja wytrzymałem do końca, ale po ostatnim odcinku odniosłem wrażenie, że zaprezentowano mi jedynie ułamek historii. Nawet nie nazwałbym go najciekawszym. Moim zdaniem pierwszy sezon został zaplanowany jako przydługi prolog. Dopiero w kolejnych seriach akcja miała się rozwinąć.

Może Nightflyers miało zmienić się w Zagubionych w przestrzeni kosmicznej? Postacie zamknięte w dryfującym okręcie, lecące na spotkanie z obcą formą życia. Ten obraz, z finałowego odcinka, zostaje w pamięci. Jednak brakuje mu odpowiedniego kontekstu, porządnego umiejscowienia w przeszłości poszczególnych postaci. Pierwszy i ostatni sezon Nightflyers przypomina kiepsko zszyty patchwork. Serialowi brakuje odpowiedniego wyrazu, twórcy niechętnie dzielili się wiedzą z odbiorcami i liczyli na to, że jednak połkną przynętę. Problem polega na tym, że ciągle ją odsuwano. Dlatego nie dziwią mnie złe wyniki oglądalności i niewielkie zainteresowanie ze strony widzów. Przy takiej chybotliwej konstrukcji, trudno o sukces. Nie zaprzeczam, że lubię tajemnice, ale tylko wtedy, gdy czuję, że już wkrótce pojawi się jej rozwiązanie. A tego właśnie zabrakło.

Nieostra piła

Kolejny film z Netfliksowej listy został odhaczony! Tym razem padło na Velvet Buzzsaw. Z uwagi na malarskie wykształcenie mojej Żony, tytuł ten szybko stał się jednym z obowiązkowych. Obejrzeliśmy, szczególnie zachwyceni nie jesteśmy. Historia była ciekawa, realizacja na wysokim poziomie, podobnie jak aktorstwo. Jednak ciągle nam czegoś brakowało i właśnie na tym braku chciałbym się skupić. Bywa czasem tak, że człowiek skończy tekst kultury, czuje, że w sumie był niezłe, a tu nagle wkrada się nieznośne „ale”.

Dobrym wstępem do tekstu o brakach jest tweet mojego dobrego znajomego:

Łukasz ma po prostu rację!

Części narracji muszą być ze sobą w pewien sposób połączone. Kontynuując tok myślowy Łukasza, muszą być zszyte. Najlepiej, żeby się nie rozłaziły w trakcie lektury danego tekstu. Właśnie w przypadku Velvet Buzzsaw problemem szybko stają się powyciągane nitki. Porzucone wątki, które – tak przynajmniej sądzę – miały stanowić początek większej tajemnicy, ale z jakiś powodów nie zostały wykorzystane. Szczególnie utkwiły mi w głowie dwa drobiazgi. Pierwszy, to technik wciągnięty do obrazu z małpami. Niby później pojawia się wspomnienie na jego temat, o tym, że był widziany na monitoringu, jednak nikt nie wspomina o tym, co konkretnie wydarzyło się na stacji benzynowej. A drugą nitką jest śledztwo prywatnego detektywa. Teczka trafia do szuflady, główny bohater dostaje wiadomość o interesujących informacjach, ale nie podejmuje tropu. Co zupełnie nie współgra z jego charakterem! Z dokładnością, z precyzją, z umiejętnością obserwacji! Takich detali jest w Velvet Buzzsaw znacznie więcej.

Być może ten film jest po prostu pięknym obrazem? Kadry są piękne, zasługują na miano malarskich. Wyraźnie widać i czuć, że przestrzenne układy nie są przypadkowe. Są cudowanie przemyślanie. Kolory otoczenia współgrają z kostiumami postaci. Taka konstrukcja idealnie współgra z opisywanym światem galerii, artystów oraz kolekcjonerów sztuki. Historia jest ciągle na drugim planie. Wykorzystany zostaje znany w kulturze motyw żywych obrazów. Spoglądanie w kierunku Doriana Grey’a nie ma większego sensu. W Velvet Buzzsaw ważniejszy jest przeklęty wpływ obrazów, to, że sztuka zabija, tych, którzy na niej zarabiają. Można by tutaj dopisać jakąś krytykę konsumpcjonizmu, jednak nie widzę w tym większego sensu. Byłoby to równie słabe, co połączenia pomiędzy kolejnymi wątkami narracji.

Velvet Buzzsaw trudno mi nazwać rozczarowaniem. Nie oczekiwałem, że zostanę olśniony. Najlepszym określeniem dla tego filmu, jest przyjemna droga. Nie sądzę, aby film niósł ze sobą jakikolwiek dodatkowy ładunek. Powstał, żeby oczarować kadrami, trochę znużyć historią i odrobinę zdenerwować brakiem dbałości o narracyjne detale.

Wirtualni korsarze

Ostatnie godziny 2018 roku! Z tej okazji postanowiłem przetestować grę, która kompletnie mnie nie interesowała w dniu premiery. Piraci, walki ze szkieletami, strzelanie z dział, pływanie statkami i odwiedzanie portów nigdy nie sprawiało mi zbyt wiele przyjemności. Dlatego zignorowałem premierę Sea of Thieves. Trochę poczytałem na temat tej gry, ale nie czekałem na przecenę, aby ją kupić. Z artykułów dowiedziałem się, że to No Man’s Sky, tylko że na morzu.

Trudno mi ocenić co działo się w grze w marcu 2018 roku, gdy Sea of Thieves miało swoją premierę. Historię znam tylko z tekstów opublikowanych w Sieci. Jedni chwalili, doceniali to, że tytuł skierowany jest do odbiorców casualowych, czyli takich, którzy wchodzą do wirtualnego świata raz na jakiś czas, żeby się dobrze bawić. Drudzy krytykowali brak jasnego systemu postępu w grze, monotonię, powtarzalność oraz nudę, która pojawiała się po pierwszych godzinach zabawy. Tak samo pisano i mówiono o No Man’s Sky. Jednak produkcja studia Hello Games odbiła się tym roku za sprawą aktualizacji Atlas, która wywróciła grę do góry nogami. To zupełnie inna produkcja niż w dniu premiery. Czy taki sam los spotkał Sea of Thieves?

Na Reddicie czytam, że tak. Kolejne aktualizacje sprawiły, że tytuł ten stał się ciekawszy. Bardziej wypełniony zawartością. Liczy się nie tylko samo pływanie, ale także umiejętne planowanie kolejnych wojaży. Na chwilę obecną w grze nie ma żadnych mikrotransakcji, a dotychczasowe rozszerzenia zostały udostępnione za darmo dla posiadaczy Sea of Thieves. Warto także zaznaczyć, że osoby zainteresowane wypróbowaniem tego tytułu nie muszą go od razu kupować. Wystarczy wykupić Xbox Game Pass na jeden miesiąc (40 złotych) lub zdecydować się na bezpłatny 14 dniowy okres próbny. Sea of Thieves jest dostępne także na komputerach z Windowsem 10, nie trzeba od razu biec do sklepu i kupować Xboksa. Ja z tej możliwości skorzystałem. Gra się pobrała, zainstalowała, korzystam z pada i wszystko ładnie śmiga.

W wirtualnym świecie Sea of Thieves spędziłem już 7 godzin. Pierwsze rejsy były, delikatnie mówiąc, niefortunne. W grze nie ma żadnego samouczka. Tak jakby wszystko od razu było jasne. Zabrakło mi przynajmniej jednej, wcześniej zaprogramowanej, podróży. Bez większych przeszkód, zwykły rejs z jednego punktu do drugiego. Z jakąś paczką. Dla samego zaprezentowanie podstaw. Odbieranie zleceń, pływanie statkiem, cumowanie w porcie i korzystanie z mapy. Bieganie przez 10 minut i klikanie we wszystko, co się podświetli trudno nazwać dobrą zabawą. Dopiero gdy zrozumiałem podstawowe mechaniki w Sea of Thieves, rozpocząłem swoją piracką przygodę. Po drodze zostałem jeszcze zaatakowany i obrabowany przez innych graczy. Cóż, korsarze nigdy nie mieli łatwo.

Gra jest niezła. Pływanie, wykonywanie kolejnych zleceń oraz eksplorowanie wysp daje mi sporo przyjemności. Dreszczyk niepokoju pojawia się, gdy na horyzoncie widzę drugi statek. Zaatakują? Pozwolą przepłynąć? A może po prostu wskoczą na pokład i zabiorą mój cenny ładunek? Myślałem, że w tak mało popularnej grze, częściej będę sam. Najwyraźniej mam szczęście do spotykania innych. Te zderzenia nie zawsze zapamiętałem jako przyjemne. Tego można się spodziewać. Produkcje, które nie mają jasno określonego podziału na strefy gracz kontra gracz (PvP) i gracz kontra środowisko (PvE) rzadko są przyjazne dla nowicjuszy. Trzeba liczyć się z wrogim nastawieniem innych graczy i wszystkich traktować zgodnie z zasadą ograniczonego zaufania. Z tych spotkań zapamiętałem jedną, brawurową ucieczkę. W Sea of Thieves bawię się sam, więc pływam żaglówką, która jest bardzo szybko i zwinna. W trakcie jednego rejsu udało mi się umknąć przed galeonem, przy niewielkich zniszczeniach kadłuba.

Podstawowym problemem Sea of Thieves jest powtarzalność. Walczyłem ze szkieletami i już widzę, że to potyczki będą zawsze wyglądały tak samo. Łapałem zwierzęta dla gildii kupców i wiem, że za każdym razem tak będzie wyglądała ta misja. Podobnie ma się sprawa z Megalodonem oraz Krakenem. Oba stwory już spotkałem na swojej drodze. Za pierwszym razem było to emocjonujące wydarzenie, ale kolejne potyczki trudno nazwać ciekawymi. Nic się w nich nie zmieniło, potwory atakowały dokładnie w tan sam sposób. W ich zachowaniu nie było nic, co wymusiłoby na mnie zmianę wcześniej opracowanej taktyki. Sea of Thieves jest bardzo powtarzalne, co jednym może się podobać, a innych może drażnić.

Mnie ta gra, wbrew pozorom, relaksuje. Wybiera sobie misje, zarabiam pieniądze, za które kupuję różne skórki dla przedmiotów, postaci oraz statku. Pływam po wirtualnym morzu, czasem wdam się walkę ze szkieletami lub zbadam wyspę. Okazjonalnie rozwiążę zagadkę i poszukam ukrytego skarbu. Co dwa tygodnie w grze pojawiają się wydarzenia, które pozwalają na zdobycie specjalnej waluty. A za nią można kupić ekskluzywne skróki. Wszystko w Sea of Thieves kręci się wokół personalizowania wyglądu postaci oraz statku. Aż dziw bierze, że nie zostało to jeszcze zmonetyzowane.

Na pewno jeszcze trochę popływam. Przez dwa, trzy tygodnie, a potem wskoczę do innego wirtualnego świata. Może później wrócę na wirtualne morze Sea of Thieves? Kto wie.

Przymknij oko

Jednym z podstawowych plusów urlopu, jest to, że nareszcie mam czas, żeby usunąć trochę filmów z cyfrowej kupki wstydu. W czasie świąt wybór padł na Nie otwieraj oczu. Horror produkcji Netfliksa. Dlatego nie liczyłem na zbyt wiele. Tytuły spod tego szyldu bywają strasznie nierówne. Szczególnie w przypadku fantastyki naukowej. Nie otwieraj oczu to horror, co wcale nie oznacza, że od razu będzie lepiej. To niezła produkcja, chwilami irytująca, miejscami wciągająca.

Źle nie jest, ale specjalnie dobrze też. Nie otwieraj oczu rozkręca się powoli. Najważniejsze elementy są odkrywane stopniowo, szczególnie ważne jest poszarpanie chronologii. W przypadku tego filmu wydarzenia nie zostały uporządkowane od najwcześniejszego do najpóźniejszego. Nie, nie, twórcy zdecydowali się na prosty zabieg. Przeplatają przeszłość, z filmową teraźniejszością. Retrospekcje doskonale budują atmosferę grozy, wszystko dzięki zestawieniu świata upadającego, z chwilami po całkowitej destrukcji społeczeństwa. Obserwowanie bohaterki w tych dwóch planach jest ciekawe, ponieważ pozwala prześledzić, jak zmieniał się charakter postaci. Niestety, to rozdzielenie wzmacnia także błędy w scenariuszu. Być może bez tego podziału, przy zwykłej chronologii drobne potknięcia nie byłby tak widoczne.

Zdarzają się poślizgnięcia, które niszczą przyjemność z oglądania filmu. Nie otwieraj oczu to tytuł, któremu należy dać się ponieść, ponieważ jego analizowanie i rozkładnie na czynniki pierwsze, psuje zabawę. Głównym motywem jest tajemnicza siła, która sprawia, że ludzie popełniają samobójstwa. Jednak niewiele dowiadujemy się o tych wizjach, geneza tej siły również nie jest dokładnie opisana. Pojawiają się postacie, które snują domysły. Nic więcej. Zaraz pojawia się atmosfera ciągłego zagrożenia, pomiędzy bohaterami pojawia się coraz więcej napięć, które destabilizują grupę. Tutaj często brakuje dodania przeszłości niektórych osób. Bywają płascy, przeźroczyści. Scena dotycząca pozyskiwania zasobów również jest dziwna. Do SUVa udaje się zmieścić 4 osoby oraz 5 wózków wypchanych żywnością. Bez najmniejszego problemu. To są właśnie te drobiazgi, drzazgi, które odebrały mi przyjemność.

To nie jest tak, że oczekuję od każdego filmu dokładnie przemyślanego scenariusza. Nie otwieraj oczu to horror, więc elementy dotyczące rozkładu społeczeństwa, ogólnie pojętego końca świata, niekoniecznie są ważne. Jednak brak dbałości o detale bywa rozpraszający. Kino rozrywkowe wcale nie musi oznaczać popisów bezmyślności. Wypada zadbać o wypełnienie luk, aby widzowie mogli się wciągnąć w opowiadaną historię, bez obawy, że przy najdrobniejszej chęci analizy, wszystko zaczynało się rozpadać. Nie otwieraj oczu to dobry film, ale faktycznie trzeba czasem przymknąć przynajmniej jedno oko, żeby się denerwować.

Film o skradzionej tożsamości

Na Netfliksie trafiłem na film prowokujący do myślenia. Fabuła mocno zakorzeniona we współczesności, z istotnym skrzywieniem w kierunku nowych mediów. Trochę o tożsamości, trochę o ciągłej potrzebie podglądania, dużo o Internecie. Połączenie wszystkich elementów, które potrafią być przerażające, a jednak stanowią codzienność nowoczesności. Wielkimi krokami zbliża się weekend, więc myślę, że warto sięgnąć po Cam.

Główna bohaterka to camgirl. Oglądający wchodzą na stronę, dołączają do kanału i mogą oglądać na żywo (a może bardziej trafny jest czasownik podglądać?) roznegliżowaną kobietę. Bywa, że jest to połączenie striptease’u oraz pornografii, ale na pewno jest to dochodowy interes. Oczywiście, że autorki i autorzy takich programów nie prowadzą ich za darmo. Widzowie kupują wirtualną walutę, która służy im za hołd składani swoich ulubieńcom lub ulubienicom. Jak to bywa w naszych pięknych, lecz nieszczęśliwym kapitalistycznych świecie, takie materiały to żyła złota. Pieniądze płyną szerokim strumieniem. Do właścicieli portali oraz gwiazd kamerek internetowych. Streaming to jeden z niezwykle interesujących fenomenów Internetu. Skoro oglądanie graczy prowadzących zmagania w wirtualnych światach cieszy się olbrzymim zainteresowaniem, to trudno się dziwić, że aktywności cielesne również są popularne.

Jednak film Cam daleki jest od moralizowana, ucieka od patetycznych formuł o świętości ciała oraz niemoralnym zachowaniu. Co prawda przewija się to w tle, ale trudno uznać te zdania za kluczowe dla obrazu. Znacznie ważniejsza jest kwestia tożsamości w Sieci. Główna bohaterka traci ją na rzecz kopii, prawdopodobnie sztucznie wygenerowanej, chociaż tego tak do końca widzowie się nie dowiadują. Fascynujące jest to, jak z okruszków porzuconych w Internecie komuś udaje się sfabrykować człowieka. Mało tego! Ukraść mu jego miejsce w wirtualnym świecie, jak łatwo się domyślić, staje się coraz ważniejszy. Film warto rozpatrzeć w kategoriach przestrogi, ostrzeżenia przed dzieleniem się absolutnie wszystkim w Sieci. Karmimy tego potwora różnymi informacjami, a rzadko zastanawiamy się, do czego można je wykorzystać.

Cam to doskonały przerywnik dla ludzi czekających na kolejny sezon Czarnego lustra. Podobna tematyka, brak możliwości oddzielenia wirtualnego świata od rzeczywistości oraz zderzenie postaci z nowoczesną formą tożsamości. Tutaj nie ma zwycięzców, przegrani są wszyscy. Można wzruszyć ramionami i powiedzieć, że czasy się zmieniły i świat też jest inny, jednak czy to zwalnia kogokolwiek z myślenia? Z poszanowania granic jednostek? A może wciąż pokutuje wiara w to, że w Internecie jesteśmy anonimowi? Jeżeli dalej jesteście przekonani co do tego, że nie można was wyśledzić w Sieci, polecam obejrzenie Cam oraz Czarnego lustra. W obu przypadkach lęki ponowoczesności nie zostały nawet o milimetr przerysowane.

Page 2 of 16

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén