Tag: rozczarowania

Wizualne konfrontacje

W czasie urlopu postanowiłem zmierzyć się z nietypowymi grami w mojej kolekcji. Miałem tam kilka tytułów, które ciągle pomijałem. Dlaczego? Zawsze było coś ważniejszego. A to nowy sezon w The Division 2 lub konieczność sprzedaży rzepy w Animal Crossing: New Horizons. Przyszedł czas urlopu, mnóstwo wolnych godzin, tylko czekających na giereczkowe zagospodarowanie. Nie miałem już żadnego wytłumaczenia. Przyszła chwila, w której zmierzyłem z produkcjami określanymi jako “visual novels”. Jako miłośnik obrazkowych narracji powinny mi przypaść do gustu, prawda?

Nic z tego. Już dawno się tak nie nudziłem, a wybierałem tytuły z wysokimi ocenami recenzentów oraz graczy. Nie uruchamiałem niczego wątpliwego, skoncentrowałem się na produkcjach, w których obiecywano mi interesującą historię i ciekawą oprawę graficzną. Tak przynajmniej wynikało ze zrzutów ekranu oraz opisu danego tytułu. Pobierałem, odpalałem, moja Żona zerkała na ekran telewizora i pytała, dlaczego grafika jest taka brzydka / kiepskiej jakość / bez pomysłu / bez polotu (niepotrzebne skreślić). Były to trafne spostrzeżenia i faktycznie w ogranych przeze mnie “visual novels” brakowało czegoś pociągającego. Mam na myśli wrażenia, które towarzyszyło mi w trakcie lektury powieści graficznych. Na przykład takiego Sandmana, w którym niezła kreska lub nietypowe rozwiązania graficzne szły w parze ze wciągającą fabułą.

Wiem, wiem, grafika nie jest najważniejsza w grach, ale w przypadku gatunku “visual novel” czepianie się wyglądu jest jak najbardziej na miejscu. Pozostaje kwestia interakcji gracza ze światem przedstawionym. Dla mnie było to kolejne rozczarowanie. Każdy z wybranych przeze mnie tytułów otrzymał krótki, jednozdaniowy, opis w notatniku -> “symulator przyciskania jednego klawisza”. Rozumiem, że są osoby, którym podoba się taki sposób poznawania fabuły, wchodzenia w cyfrowy świat. Jednak dla mnie jest to ślepa uliczka w gatunkowym rozwoju gier. Przez wiele lat, jedną z najpopularniejszych form zabawy, były przygodkówki point and click. Prosty mechanizm interakcji, który doskonale angażował odbiorcę. Szczególnie w trakcie polowania na ten jeden piksel pozwalający na wykonanie określonej akcji. Do dziś powstają produkcje osadzone w tym gatunku i – moim zdaniem – mają zdecydowanie większą wartość, niż “visual novels”.

Z przykrością stwierdzam, że ten gatunek mnie do siebie nie przekonał. Wolę produkcję nawiązujące do starych przygodówek, niż takie, niezbyt zajmujące, eksperymenty. Myślę, że odbiłem sobie od sposobu interakcji ze światem. Samo czytanie dialogów, które prowadziło do zbierania różnych informacji, to dla mnie za mało. Wierzę, że dla wielu twórców jest to sposób na opowiadanie historii i skoro znajdują odbiorców, to niech dalej to robią. W moim przypadku nie było wzruszenia serca, tylko wzruszenie ramion. Może kiedyś trafię na jakąś “visual novel”, która sprawi, że zmienię zadane. Do tego czasu pozostanę przy starych, dobrych przygodówkach, które może i czerpią garściami z historii tego gatunku, ale przynajmniej oferują coś ciekawego.

S Vivek / RED HOT MUSIC- No Shallow thoughts (CC BY-NC-ND 2.0)

Muzyczne rozczarowania

Ostatnio namiętnie słuchałem dwóch płyt – The Book of Souls Iron Maiden oraz Rattle that Flock Davida Gilmoura. Bardzo się ucieszyłem, gdy dotarła do mnie wiadomość, że będę miał okazję wrócić do swojej przeszłości. Ironów uwielbiałem jako tru metalowiec (z małą przerwą na Deatha), a jeżeli chodzi o Pink Floyd, to przeżyłem okres poważnego psychofaństwa. Na temat ostatniem płyty tego legendarnego zespołu już pisałem i zdania nie zmienię – była to jedna, wielka porażka. Liczyłem na to, że David Gilmour mnie nie rozczaruje, że Iron Maiden będzie energetycznym kopniakiem na czas kwerendy.

Pomyliłem się. Dotkliwie. Zacznijmy od Ironów. Moja Żona, po pierwszym przesłuchaniu płyty, zauważyła, że jest coś nie tak – wszystkie utwory brzmiały jej podobnie. Razem stwierdziliśmy, że może zmienił się jej gust muzyczny, ale to stwierdzenie nie dawało mi spokoju. Po dwóch dniach spędzonych z płytą zauważyłem, że zaczyna mnie szybko nudzić. Nie miałem ochoty do niej wracać. Była idealna na podróż pociągiem do Katowic, jednak do słuchania w domu się nie nadawała. Jedyną nadzieją był David Gilmour.

Też mnie rozczarował. Rattle that Flock to muzyka do widny, kompletnie nieangażująca i nudna. Drażni mnie przeźroczystość utworów, żadnego z nich nie zapamiętałem. Płyta nadaje się jako podkład do codziennych domowych czynności – gotowanie, zmywanie, sprzątanie kurzy i robienie sobie kanapek. Podobnie miałem z ostatnim dziełem Floydów. Z muzyki, którą analizowałem po wielokroć, w której tonąłem i zasłuchiwałem się, nagle stali się jakiś dodatkiem. Strasznie mnie to zdenerwowało.

Mamy wrzesień, a ja mam wrażenie, że ten roku był bardzo ubogi w interesujące płyty. Trudno mi wskazać zespół, którego słuchałem dłużej, niż tydzień. Czasem coś mi wpadnie w uchu, w ramach cotygodniowym playlist Spotify, ale są to przelotne związki. Już dawno nie miałem tak, że przesłuchiwałem całą dyskografię danego zespołu, tak od dźwięku do dźwięku. Cierpię na brak interesujących nowości, nie chcę słuchać cały czas Zeppelinów, Opetha i Deatha. Budzi się we mnie potrzeba znalezienia czegoś świeżego, może nawet współczesnego, ale żeby było wciągające. To pragnienie wzmacniają dwa rozczarowania, dość bolesne, drażniące i trudne do zapomnienia.

A może po prostu się starzeję?

//Obrazek wyróżniający: S Vivek / RED HOT MUSIC- No Shallow thoughts (CC BY-NC-ND 2.0)

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén