Tag: serial (Page 1 of 5)

Determinizm szaleństwa

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że o produkcjach Netfliksa można powiedzieć dużo złego. Sam jestem osobą, która skreśliła kilka tekstów na temat mierności prezentowanych tam seriali i filmów. Gatunki były różne, chociaż czasem mam wrażenie, że najczęściej dostawało się fantastyce naukowej. To może w dramatach jest lepiej? Chyba tak. Niedawno skończyłem oglądać serial Ratched. Thriller, kryminał, trochę obraz pełen grozy i różnego rodzaju zaburzeń psychicznych. Na dodatek inspirowany jedną z postaci Lotu nad kukułczym gniazdem.

Jednak zanim doświadczyłem wielu różnych emocji, moje oczy zaatakowały pastelowe kolory. W Ratched wiele kadrów silnie nasyconych barwą. Do tego stopnia, że czasem budziły we mnie odczucie sztuczności. Tak jakbym obserwował żywy dom dla lalek, w którym poszczególni bohaterowie wypowiadają z góry przewidziane kwestie, a ich akcjami kieruje ktoś inny. Wrażenie determinizmu potęgowane jest przez częste retrospekcje. Obserwując wydarzenia z przeszłości, często wręcz utwierdzałem się w przekonaniu, że losy poszczególnych postaci nie mogły się potoczyć inaczej. W dużej mierze za sprawą tragicznych wydarzeń, które wpłynęły na charaktery bohaterów. Jednak to nie determinizm gra pierwsze skrzypce w Ratched. Zdecydowanie istotniejsze są tutaj różnego rodzaju formy manipulacji.

Nie przypominam sobie, aby którakolwiek z serialowych postaci była wola od różnych form nacisku. Są osoby, na które ktoś wpływa, ale także takie, które pragną wywierać wpływ. Ta dynamika jest trwale obecna w serialu. Przejawia się w kłamstwach oraz celowym nadinterpretowaniu wydarzeń. Wszystko, co dzieje się w Ratched przypomina rozgrywkę pokera. Przy stole siedzą wszystkie postacie, blefują, próbują osiągnąć swoje cele, często kosztem innych. Zdarza się, że na szali kładzione są nawet życia postronnych. Obserwowanie jak kolejne postacie znikają, a inne rosną w siłę tylko po to, aby po chwili upaść, bywa fascynujące. Ratched to symfonia zbudowania z różnego rodzaju zaburzeń psychicznych. Ciekawą zabawą jest analizowanie wypowiedzi postaci oraz ich czynów. Wtedy warto zastanowić się, jak duże znacznie ma wspominania wcześniej przeszłość. Może jest tylko usprawiedliwieniem dla silnej potrzeby krzywdzenia innych? W niektórych przypadkach bywa to skrzywiona chęć pomagania ludziom. Często bez oglądania się na konsekwencje.

Ratched to interesujące, wielowątkowe doświadczenia. Mnogość wprowadzonych postaci dobrze koresponduje z rozbudowanych wachlarzem emocji oraz motywacji. Myślę, że w przypadku tego serialu, nie warto zatrzymywać się na pierwszej, najbardziej oczywistej, interpretacji. Dobrą praktyką może okazać spojrzenie w kierunku drugoplanowych postaci. Wprowadzanych na dłuższe lub krótsze chwile, ale zawsze istotnych dla rytmu narracji. Każdy epizod może mieć kluczowe znacznie dla nadchodzących wydarzeń. Budowanie fabuły za pomocą wyrazistych połączeń pomiędzy postaciami jest silną stroną serialu. Warto go obejrzeć, bo to jedna z lepiej zrealizowanych produkcji w ofercie Netfliksa.

Nowa historia

Serial Penny Dreadful wspominam bardzo dobrze. Rewelacyjne kreacje aktorskie, świetny świat przedstawiony oraz solidna intryga. Wciągał. Bardzo. Razem z Żoną niecierpliwie wyczekiwaliśmy na kolejne sezony. Teraz przyszedł czas na zapoznanie się ze spinoffem. Penny Dreadful: Miasto Aniołów opowiada całkiem przerażającą historię, którą rozgrywa się w Los Angeles. Warto pamiętać o tym, że jest to spinoff! Intryga z poprzednich odsłon nie jest kontynuowana. Jest nowa opowieść, z nowymi bohaterami i nowymi mrocznymi mocami, które rozgrywają śmiertelników.

Przyznaję, że przy tym spinoffie również dobrze się bawiłem. Nie jest tak samo hipnotyzujący jak poprzednia odsłona, miewa słabsze, wolniejsze momenty, ale w ogólnym rozrachunku wypada dobrze. Mimo to spotykam się ze stwierdzeniami, że jest to gorsza, zdecydowanie gorsza, odsłona Penny Dreadful. Być może problemem są tutaj zbyt wysokie oczekiwania? Nie da się ukryć, że poprzednie sezony zapewniały rozrywką na wysokim poziomie. Równy rytm narracji i duszna atmosfera sprawiały, że człowiek z trudem odrywał się od ekranu. Penny Dreadful: Miasto Aniołów zostało zrealizowane trochę inaczej. Nie ma już charakterystycznej dla serii duchoty oraz specyficznego przechodzenia do nadprzyrodzonego świata. Tym razem twórcy postawili na zupełnie inne elementy.

Ważną dominantą dla serialu są napięcia na tle rasowym. Opowieść rozgrywka się w skomplikowanym momencie historycznym. Trzecia Rzesza rośnie w siłę, macki Hitlera sięgają coraz dalej. Niewiele osób pozostaje głuchych na idee mówiące o czystości rasy. Los Angeles zmaga się z własnymi problemami, które również się ściśle związane z mniejszościami. Oczywiście konflikt jest cały czas podsycany przez nadprzyrodzone siły, które mają jeden cel – doprowadzić do całkowitego chaosu. Obserwowanie różnych podstępów składających się na wielowarstwową intrygę uznaję za formę przyjemności, której dostarcza ten serial. Penny Dreadful: Miasto Aniołów ma swój własny, interesujący charakter. Nie jest pozbawione wad, jednak nie można oceniać tego serialu wyłącznie z perspektywy poprzedniej realizacji. W nowej odsłonie jest inaczej. Mniej mrocznie, co nie znaczy, że można od razu skreślić ten serial.

Sądzę, że należy dać mu szansę. Jednocześnie traktując go jako odrębny tekst, bo porównania w tym przypadku na nic się nie zdadzą. Ale wystarczy zmienić podejście, obejrzeć Penny Dreadful: Miasto Aniołów nastawiając się na odrębną narrację i zastanowić się nad oceną całego serialu. To nie jest kolejna części, następny etap opowieści, która została zarysowana wcześniej. Penny Dreadful: Miasto Aniołów to nowa historia, na dodatek zakończenie sugeruje, że jest to dopiero prolog, a dalsze wydarzenia będą jeszcze bardziej krwawe i brutalne. Finał świetnie wykorzystuje gromadzone przez cały serial napięcie, a także zawiera niespodziankę wskazującą na to, że nie wszystko jest aż tak oczywiste, jako może się wydawać na pierwszy rzut oka.

Zapatrzenie

Jednym z seriali, które od dłuższego czasu leżały na mojej liście hańby był Nowy papież. Był, bo został obejrzany. Odcinek po odcinku, chociaż muszę przyznać, że nie zachwycił tak jak Młody papież. Obrazki były piękne, kadry trudno zignorować, bo prezentują kawał świetnej roboty. Problemem jest historia. Mniej skondensowana od Młodego papieża, mniej dotykająca znaczenia, postrzegania i rozumienia Boga. A szkoda, bo podejście było ciekawe i liczyłem na to, że zostanie rozbudowane.  Nowy papież bardziej zmierza w kierunku egoistycznej opowieści a twórcy, zachwytu autora nad samym sobą.

Daleki jestem od czepiania się aktorów, wykonali kawał dobrej roboty. Pracowali z tym, co otrzymali i sądzę, że wycisnęli z materiału wszystko to, co najlepsze. Nowemu papieżowi brakuje głębi, dynamiki rozważań, konfliktu napędzającego fabułę. Nie jest nawet traktatem na temat boskości, człowieczeństwa, czy nawet skomplikowanych relacji w Watykanie. To babranie się w obrazkach, składnie hołdu własnym pomysłom, liczenie na to, że odbiorca skamienieje w niemym zachwycie. Przesada, ale czołówka jest świetna. Gdy cały serial był taki jak wstęp do odcinków, to byłbym zachwycony. Mam na myśli psychodeliczne połączenie symboli boskości z szaloną, trudną do ukrycia fizycznością. Takiego Nowego papieża by chwalił. Szkoda, że – moim zdaniem – narracja zdechła szybką i bezbolesną śmiercią.

Długo zastanawiałem się nad tym, jak w ogóle przyjąłem ten serial. Tam były niezłe momenty, jakieś przebłyski dawnej formy. Całokształt? Gorszy. Słabszy. Mniej porywający. A uważam, że takie seriale są nam potrzebne. Opowiadające o kwestiach, które kształtują myślenie wielu ludzi na świecie. Można być ateistą, ale to nie zwalnia z umiejętności odczytywania chrześcijańskich symboli oraz tworzonego przez nie kontekstu. Młody papież był świetnym przykładem konfrontacji nowoczesności z tradycyjnym rozumieniem pojęć mających dużą wagę w kulturze. Z trudem przychodzi mi odnalezienie takich tropów w Nowym papieżu. Może wyparły je próby stworzenie intelektualnych debat pomiędzy postaci? Niewykluczone, bo jest ich sporo, jednak mało wnoszą do samego serialu. Mam wrażenie, że ich zadaniem jest wniesienie komicznych elementów, są jakby próbą rozprężenia panującego w kadrach zaduchu.

Jestem rozczarowany. Serial, który rozpoczął ciekawą dyskusję, doczekał się beznamiętnego sezonu pełnego pięknych obrazów. Nic więcej. Z perspektywy czasu widzę, że niepotrzebnie parłem naprzód, łudziłem się, że kolejne zwroty akcji przyniosą powiew świeżości do historii. A nawet rozwiną prowadzone w poprzednim sezonie debaty. Nic z tego. Z każdym kolejnym odcinkiem było coraz więcej nudnego samouwielbienia, które próbowano przykryć piękny kadrami. W serialu wyraźnie zabrakło pomysłu na poprowadzenie fabuły, a także zbudowanie ciekawego kontekstu do dyskusji na temat szeroko rozumianej wiary i jej miejsca w postnowoczesności.

Bolesny brak logiki

Z niemałym zdumienia przeczytałem o popularności serialu Ty. Pamiętałem, że kiedyś go obejrzałem, razem z Żoną, i byliśmy nawet zadowoleni. Produkcja trafiła do naszej szufladki pełnej materiałów oznaczonych jako guilty pleasure. Drugi sezon? Opowieści, w której wiadomo, kim jest główny bohater? Oboje uznaliśmy, że warto ponownie oddać się prostej przyjemności płynącej z ekranu. Włączyliśmy drugi sezon serialu Ty i skończyliśmy go w jeden weekend. Wrażenia? Mieszane. Mocno mieszane.

Zacznijmy od tego, że pierwszy sezon również nas nie powalił. Raczej dostarczył sporo rozrywki. Obejrzeliśmy go w jeden weekend, nie żałując niczego, ale też nie wracaliśmy w rozmowach do tego serialu. Odhaczone, niezłe, faja zabawa i koniec wspomnień. Drugi sezon zostanie z nami na pewno na dłużej. Problem polega na tym, że nie za sprawą wyjątkowo ciekawej historii lub interesującej realizacji, kadrów i pracy kamery. Drugi sezon serialu Ty to zestaw przerażających bzdur, które odbierają przyjemność oglądania perypetii głównego bohatera. Poprzednia seria była spójna narracyjnie, miała wyraźne zakończenie, dobre rozwinięcie i solidnie nakreślony początek. Nawet postacie były niezłe. W drugim sezonie wyraźnie coś poszło nie tak, jak wcześniej.

Główny bohater, psychopata owładnięty manią miłości, pozostał ten sam. Nie ma już zaskoczenia, ponieważ od pierwszych minut wiadomo, że będzie to morderca z potrzebą trzymania ludzi w szklanej pułapce. Postacie drugoplanowe wypadają już gorzej. Często są płaskie, brakuje im sensownych motywacji, pojawiają się tylko po to, aby wypowiedzieć jakieś frazy. Pragnie się dobrego przeciwnika dla głównego bohatera, kogoś, kto zmieni dynamikę relacji pomiędzy postaciami, ale takiej osoby nie ma. Jest tylko jego lustrzane odbicie, również owładnięte potrzebą dziwnie rozumianej miłości i posiadające mroczną tajemnicę. Jednak to za mało, aby udźwignąć cały serial! Po prostu relacje pomiędzy tymi dwiema postaciami od pierwszych minut wydawała się mało wiarygodna i dziwnie kiczowata. Tak jakby została wprowadzona tylko po to, aby historia wygląda odrobinę inaczej, niż w pierwszym sezonie.

A już najgorsze były ubytki w logice! Trup w bagażniku samochodu w pełnym słońcu? Żaden problem. Zero smrodu. Krew z rozciętego gardła na podsadzce w magazynach na wynajem? Komu chciałoby się sprzątać? Nie ma sensu, nikt nie zwróci uwagi. Takich sytuacji jest więcej! Najgorsze jest to, że pojawiają się praktycznie w każdym odcinku, co niszczy pseudokryminalny charakter serialu. Przyznaję, że pierwszy sezon również nie zawsze trzymał się mocno logiki, ale przynajmniej zachowano jej pozory. W najnowszej odsłonie odpuszczono nawet to! Postacie nie myślą, nie łączą faktów, działają tak, jakby za każdym razem ktoś resetował im pamięć. Dlatego zakończenie serialu, wielkie olśnienie osoby niewykazującej nawet trzech żyjących szarych komórek, trudno mi uznać za przekonujące.

Jest marne. W drugim sezonie serialu Ty przyjemność z oglądania zostaje zastąpiona brakiem logiki.

Powtórzona formuła

Na Netfliksie znajdzie mnóstwo różnego rodzaju kryminałów. Jednym z ciekawszych jest seria The Sinner. Dwa sezony, dwie różne historie, ten sam detektyw. Smutny, zmęczony życiem, ale dalej przenikliwy, pragnący odkryć prawdę. Często na wszelką cenę i wbrew przełożonym. Takim postaciom się kibicuje! Chce się je oglądać! W kryminale faktycznie istotna rolę odgrywa detektyw, bo to w końcu on popycha całą akcję naprzód. Jednak równie ważna jest historia. Dlatego otwiera kolejny tekst, w którym będę się przyglądał narracji.

Oba sezony The Sinner mają podobną budowę. Otwiera je niepokojące morderstwo. Często całkowicie niespodziewane. A jednak już w pierwszej sekwencji opowieści widać pewne zachowania, do których później zostanie dołączony odpowiedni kontekst. To są drobiazgi. Rozmowy telefoniczne postaci lub nawet muzyka puszczona na plaży. Te elementy mają olbrzymie znaczenie, o którym widzowie dowiadują się później. Często już po odkryciu wszystkich pozostałych tajemnic. Ciekawe się to ogląda, ponieważ nawet najdrobniejsze gesty nabierają wielkiej wagi. Prosty zabiega, ale dodaje uroku całek narracji.

Oczywiście w centrum wszystkich wydarzeń znajduję się Tajemnica. To właśnie ją pragnie odkryć detektywnym, chociaż on sam nie jest całkowicie pozbawiony mrocznej natury. Każdy z sezonów opowiada nie tylko o jakieś tragedii, która doprowadziła do otwierającego serial morderstwa, ale także o samym detektywie. Powoli pokazywana jest jego historia, dzięki czemu widzowie coraz lepiej rozumieją, dlaczego znalazł się w takim, a nie innym miejscu swojego życia. Drugą linią jest faktyczna Tajemnica, leżąca u podstawy poznania Prawdy na temat zabójcy, ofiary i morderstwa. W tym aspekcie oba sezony są bardzo podobne. Opisują ludzi wykorzystanych przez różnego rodzaju grupy, często wręcz dręczonych psychicznie, a nawet poddanych długotrwałej manipulacji. Wyraźnie widać, że narracja w The Sinner ma wyraźną formę, która jest wypełniana odmienną treścią.

Uderza mnie także małomiasteczkowość tego serialu. The Sinner nie wrzuca akcji do wielkiego miasta, w którym każdy jest anonimowy, a zło najczęściej przynoszą przyjezdni. Przynajmniej na poziomie stereotypu. The Sinner zawsze zabiera widza do niewielkiej miejscowości, do przestrzeni, gdzie każdy zna i kojarzy swojego sąsiada. Na dodatek absolutnie zawsze, na drugim planie, czają się rzeczy, o których nikt nie chce mówić. W przypadku pierwszego sezonu dotyczy to przeszłości głównej bohaterki, ale w drugiej odsłonie twórcy postanowili sięgnąć po cięższy kaliber. Zdecydowali się na zobrazowanie skomplikowanych relacji pomiędzy komuną posiadającą własne zasady, wręcz sektą, a mieszkańcami małego miasteczka, którzy niekoniecznie pochwalają takie zachowania, ale gotowi są je wykorzystać do własnych potrzeb. Manipulacja, nadużycia oraz żerowania na ludzkich tragediach wręcz wylewają się z ekranu w drugim sezonie.

The Sinner nie jest genialnym tekstem, o którym można napisać setki artykułów. Raczej obejrzałem solidnie wykonane rzemiosło. A to już nieźle.

Page 1 of 5

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén