Tag: seriale (Page 2 of 2)

Week #1: Composition - The Rule of Thirds / Enric Martinez (CC BY 2.0)

Igraszki ze Złem

Zło. Fascynujący temat. Niebywale pociągający. Na pewno każdy odbiorca popkultury, wielokrotnie poczuł sympatię do postaci, która wyraźnie łamała zasady i wprowadzała chaos. Takim sztandarowym przykładem jest dla mnie Joker, z Batmana z filmów Christophera Nolana. Antagonista doskonały, a jednocześnie obiekt fascynacji. Inni przeciwnicy superbohaterów nie zdobyli tak dużej sympatii.

A taki Bane? Skomplikowana historia, maska, chęć rozwalenia struktury społecznej w Gotham. Anarchista z jasno określonym celem. Scena na stadionie z trzeciego nolanowskiego Batmana zapiera dech w piersiach. Jednak antagonista już nie. Podobny los, przynajmniej w mojej wewnętrznej klasyfikacji superłotrów, spotyka wiele złych postaci z filmów związanych z uniwersum Marvela. Oczywiście, że można wskazać na Lokiego, który również rozpala serca miłośników filmów superbohaterskich, jednak w tym przypadku mam wrażenie, że ludzi bardziej pociąga kreacja aktorska, a nie sam antagonista. Bo gdzie mu tam do Jokera…

Filmy superbohaterskie opierają się na fantastyczności świata przedstawionego. Mocno wpływa to na relacje pomiędzy postaciami, a także równowagę moralną pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Zawsze jest Porządek i czający się w mroku Chaos. Oba elementy zostają jasno upersonifikowane, nie ma miejsca na wątpliwości. Po jeden stronie stoją superbohaterowie, a po drugiej superłotry. Prosty podział, zero kombinowana, banalna segregacja. Nie ma się co obrażać, MCU to rozrywka z niewielkim buforem na ewentualne kwestie moralne. Superbohaterowie już tak mają. Ścierają się ze swoimi przeciwnikami, aż w końcu ich pokonują, a potem przywracają porządek. Tak jakby zło mogło wyparować ze świata.

Dlatego warto sięgać po takie seriale jak Detektyw lub Ostre przedmioty. Zupełnie inny rodzaj zła. W tych obrazach jest ono duszne, powoli oplata każda z postaci w świecie przedstawionym. Co najważniejsze stanowi jego niezbywalny atrybut. Wyrugowanie zła jest niemożliwe! Powraca, istnieje na drugim planie, a jego manifestacje nie są tak spektakularne, jak w przypadku filmów superbohaterskich. W Detektywie zło ma przytłaczać, ma przybierać formy zorganiznowane i zdehumanizowane. Natomiast w Ostrych przedmiotach wyraźnie widać odmienne podejście. Zło czai się w cieniu. Bohaterowie doskonale go unikają, jakby bojąc się konfrontacji. Jednocześnie wszyscy o nim wiedzą, wręcz wyczuwają wpływ zła na poszczególne osoby. A jednak decydują się milczeć, ignorować nieuchronnie nadchodzącą katastrofę.

Zło wspaniale się przeobraża, jest plastyczne, dostosowuje się do danego świata przedstawionego. Dobrze stworzony antagonista potrzebuje przeciwnika, którym wcale nie musi być jakiś chodzący po ścianach superbohater. Cechą niezbędną jest chęć przywrócenia Porządku, ponowne ustanawianie Kosmosu, powstrzymanie entropii. Wydaje się, że to niewiele, ale wystarczy obejrzeć Detektywa, aby zrozumieć, że taka potrzeba może być równie niszcząca, jak najbardziej niemoralny potwór przebrany za człowieka.

Drugi sezon dziwnych rzeczy

Poprzedni weekend upłynął mi pod znakiem Stranger Things. Już w pracy nie potrafiłem wysiedzieć do końca dniówki, w domu mną po prostu trzęsło. Bardzo chciałem obejrzeć nowy sezon, a moja Żona postanowiła, że zabierzemy się za niego dopiero po powrocie ze wsi. Pierwszy wolnym termin został wyznaczony na sobotę, po godzinie 20:00. Nie odwołałem wizyty u rodziców, to by znaczyło, że jestem wręcz uzależniony od Stranger Things. Czekałem, niecierpliwie, sublimowałem to oczekiwanie. Czytałem, pisałem, spacerowałem z psem. W końcu nastał moment, w którym włączyłem pierwszy odcinek…

Przepadliśmy. Oboje. W sobotę obejrzeliśmy pierwsze trzy epizody, resztę łyknęliśmy w niedzielę. Od razu sięgnęliśmy po Beyond Stranger Things. Interesujące rozmowy na temat nowego sezony, które warto zobaczyć po obejrzeniu wszystkich odcinków. W przeciwnym razie trafi się na spoilery, co na pewno zepsuje zabawę. W poniedziałek, po niedzielnym maratonie, w trakcie przerw w pracy, zastanawiałem się, czy nowe Stranger Things było tak samo dobre, jak pierwszy sezon. Na pewno było inne, twórcy odmiennie rozłożyli akcenty w fabule, stworzyli zupełnie nową dynamikę. Dla mnie drugi sezon był solidną narracją, porządną historią, do której na pewno wrócę. Z całą pewnością mogę napisać, że bawiłem się doskonale. Tak samo, jak rok temu, gdy po raz pierwszy trafiłem do Hawkins i śledziłem losy Willa oraz jego przyjaciół.

Sięgając po drugi sezon Stranger Things, liczyłem na coś innego i dostałem to, czego oczekiwałem. Odgrzewany kotlet, czyli dokładnie taka sama konstrukcja, jak w poprzedniej odsłonie, byłaby zwykła porażką. Nie po to czekam rok na drugi sezon, ekscytuję się zajawkami, żeby dostać dokładnie taką samą historię, tylko w innym opakowaniu. Dlatego cieszę się, że bracia Dufferowie nie boją się eksperymentować i traktują narrację serialu, jako całość. Dzięki takiemu podejściu historie bohaterów zostały rozbudowane, wyraźnie zaznaczono ewolucje poszczególnych charakterów. Związki pomiędzy postaciami zostały zdynamizowane poprzez wprowadzenie nowych osób. Max wyraźnie rozbija równowagę wśród grupy przyjaciół i zmusza ich do ponownego ustalenia hierarchii. Dominantą drugiego sezonu Stranger Things są właśnie relacje między bohaterami. Być może dla fanów serialu ten zwrot może wydawać się dziwny, jednak jest w pełni uzasadniony. W końcu pierwszy sezon stanowił wyłącznie prezentację postaci, ich motywacji oraz charakterów. Rozwinięcie wręcz wymagało wprowadzenia większej ilości elementów psychologicznych i obyczajowych. Bez tego świat prezentowany w Stranger Things byłby tylko wydmuszką z jakąś tajemnicą w tle.

Drugi sezon jest świetny, ale spodoba się przede wszystkim tym osobom, które chcą ewolucji serialu, a nie odcinania kuponów. W Beyond Stranger Things bracia Dufferowie wspominali, żę chcą rozwijać swoją opowieść, rozbudowywać bohaterów oraz świat. Jednocześnie obawiam się kolejnych sezonów Stranger Things. Dzisiaj mamy okazję obejrzeć dobrze domkniętą całość, z delikatną wskazówką, że coś ciągle czai się w mroku. Kolejne odsłony mogą niepotrzebnie rozciągać fabułę lub nawet doprowadzić do tego, że interesujący serial stanie się nudnym tasiemcem o problemach nastolatków.

Serialowy czas wolny

Jestem po ostatnim dyżurze, ale w dalszym ciągu nie mam uzupełnionej listy zaliczeń. Studenci jakoś się nie spieszą, żeby oddać mi prace, a ja od jutra rozpoczynam tygodniową przerwę. Plan jest taki, aby zapełnić ten wolny czas serialami oraz pisaniem. Tak, od tego drugiego nie mogę w żaden sposób uciec. Klepanie w klawiaturę znajdzie mnie absolutnie wszędzie. W przerwach, aby dać odpocząć głowie i palcom, będę oglądał seriale. Liczba mnoga jest nieprzypadkowa.

Wraz z Żoną oglądamy American Horror Story (polecam świetny artykuł Filipa Janowskiego, który w interesujący sposób przeanalizował wątki w tym serialu). Rzecz bardzo ciekawa, właśnie kończymy drugi sezon. Wielokrotnie zaskoczył nas sposób, w jaki ten serial jest kręcony. Interesujący montaż, często stylizowany na stare formy, robi pozytywne wrażenie i pozwala wczuć się w klimat serialu. Tematem są różnego rodzaju przerażające zdarzenia. W pierwszym sezonie bohaterem był nawiedzony Dom Mordu, w którym ciągle dochodziło do różnego rodzaju krwawych tragedii. Duchy zamordowanych nie mogły opuścić Domu, były w nim uwięzione. Trzeba przyznać, że w twórcy kilka razy nas zaskoczyli. Nagłe zwroty akcji poprzedzone długim budowaniem napięcia stanowiły specyfikę pierwszego sezonu. W drugim jest zupełnie inaczej.

Tym razem bohaterem jest dom dla obłąkanych. Osoby dobrze orientujące się w horrorach doskonale wiedzą, że stanowi on straszną scenerię – małe, zamykane na klucz pokoje bez okien, niezrównoważeni mieszkańcy oraz strażnicy, światło delikatnie rozpraszające ciemność korytarzy. Drugi sezon American Horror Story jest jeszcze bardziej przerażający. Autorzy postanowili rozwinąć wątki psychologiczne, przez co cały serial nabrał dodatkowej głębi. Wprowadzenie opętań, wizyt Obcych oraz nazistowskiego lekarza i umieszczenie tego wszystkiego w odizolowanym od społeczeństwa miejscu stanowi mieszankę wybuchową. Im bliżej zakończenia drugiego sezonu, tym napięcie jest gęstsze. Dawno mnie żaden serial tak nie wciągnął. American Horror Story fascynuje mnie swoją dziwnością – trudno tam odnaleźć kogokolwiek, kto byłby normalny. Najlepsze jest jednak to, że jest się czego przestraszyć.

American Horror Story wciąga widza, oddziałuje na jego wyobraźnię i sprawia, że chce się jeszcze więcej. Myślę, że to wyjątkowy serial. Trudno mi dzisiaj znaleźć produkcje tak przemyślanie i dobrze poprowadzone. Istotne jest także to, że pozwala wejść do świata amerykańskich miejskich legend. Element ten sprawia, że z chęcią poszukuje się innych popkulturowych realizacji danego miejsca. W American Horror Story mamy do czynienia ze skrają adaptacją konkretnego tematu. Twórcy nie oszczędzają widza, atakują przerażającymi obrazami, sięgają po różnego rodzaju obrzydliwości i dokładają wszelkich starań, aby odbiorca nie pozostał obojętny. Za wszelką cenę starają się wywołać dreszcz i – przynajmniej do końca drugiego sezon – udaje im się to.

Drugim serialem, na który liczę, jest Vinyl. Będzie miał swoją premierę jutro. Gatunek zupełnie inny, ale – sądząc po zwiastunach – również będzie dotyczył pewnej formy szaleństwa.

Co z tym stereotypem?

W Internecie czytam różne rzeczy. Jak wielu moich znajomych mój czytnik RSS jest pełen najróżniejszych stron, z których czerpię informacje i tematy do zajęć. Przez większość czasu Internet służy mi jako natchnienie, ale zdarza się, że staje się źródłem silnej irytacji. W środę przeczytałem artykuł, który odrobinę podniósł mi ciśnienie.

Tekst ten został napisany przez Panią Ewę Lalik, która regularnie publikuje na łamach Spider’s Web. Jedne są lepsze, inne są gorsze, w końcu każdemu zdarza się popełnić bubla, jest to rzecz całkowicie normalna. Sam często czytuję teksty Pani Ewy Lalik i zdarza się, że niektóre zaprezentowane w danym tekście tezy, potrafią mnie zdenerwować. Właśnie tak stało się w przypadku artykułu na temat Doliny Krzemowej (tytuł angielski: Sillicon Valley). Jest to serial komediowy produkcji HBO. Daleki jestem od pisania recenzji na ten temat, raczej chcę się odnieść do niektórych stwierdzeń, które pojawiły się w tekście Pani Ewy Lalik.

Siła stereotypu

Już sam początek mnie przeraził. Pani Ewa Lalik, we wstępie, pisze:

„Obejrzałam Silicon Valley, podobno komediowy serial HBO i nie mogę wyjść z podziwu nad stereotypowym podejściem do tematu.”

Również widziałem ten serial i jest właśnie tak, jak zauważa to autorka. Ale mamy do czynienia z produktem kultury masowej, a ta, podobnie jak jej siostra kultura popularna, oparta jest na stereotypowym przedstawianiu rzeczywistości. Dolina Krzemowa ma właśnie taka być, ma prezentować świat technologii w formie, która istnieje w świadomości odbiorców. Ten szkic wypełniany jest branżowym słownictwem, a to może oznaczać, że autorzy niekoniecznie chcą wzmocnić realność świata przedstawionego, ale liczą na to, że osoby będące częścią tej branży zrozumieją, dominujący w serialu, sarkazm.

Dalej, autorka artykułu opisując fabułę Doliny Krzemowej, stwierdza rzecz następującą:

„W sumie nie ma w tym nic złego – to komedia, przerysowywanie postaci jest jak najbardziej uzasadnione – jednak w szerokiej perspektywie Silicon Valley wpisuje się w nurt przedstawiania technologicznego świata jako pełnego “freaków” i nerdów, którzy nie potrafią nawet porozmawiać bez stresu z kobietą.”

Pojawia się tutaj rażąca niekonsekwencja autorki, która w pierwszym akapicie pisze o podobno komediowym serialu, aby kilkadziesiąt enetrów niżej, stwierdzić, że jednak jest to serial komediowy. Rozumiem, że jest to tylko felieton, ale nie zwalnia to z zachowania spójności wypowiedzi. Jednak w tym stwierdzeniu jest coś znacznie ważniejszego. Mam na myśli ową szerszą perspektywę, pewien sposób przedstawiania świata.

Serial o nerdach nie jest nowością w kulturze masowej. W ramach tej konwencji pojawiła się już, również wspomniana przez autorkę, Teoria Wielkiego Podrywu (The Big Bang Theory), ale byli także Technicy-magicy (The IT Crowd). Każdy z nich operował pewnym stereotypowym przedstawieniem osoby mocno zafiksowanej na punkcie pewnej dziedziny, którą niekoniecznie musi być informatyka. Skoro aktualnie popularny staje się temat starupów, wiele znanych firm właśnie tak zaczynało, to kwestią czasu było pojawienie się serialu na ten temat. Dlatego wszelkie zarzuty dotyczące stereotypowości uważam za bezpodstawne. Szczególnie wszelkiego rodzaju sitcomy bazują na tym elemencie. Nawet genialni Przyjaciele byli na nim oparci i mogą stanowić podstawę do świetnej analizy różnego rodzaju schematów społecznokulturowych.

Dolina Krzemowa to konglomerat stereotypów, ponieważ zarówno kultura popularna, jak i masowa je uwielbiają. Według mnie nie ma w tym nic złego, dopóki utrzymamy odpowiedni dystans i spróbujemy zrozumieć skąd wzięły się takie, a nie inne schematy.

(Nie)zwykłość bohaterów

Zastanawia mnie, proponowane przez Autorkę, wprowadzenie zwykłych bohaterów do produkcji typu Dolina Krzemowa. Ewa Lalik pisze:

„W popkulturze niemal nie istnieją przeciętni, zwykli programiści i inni pasjonaci technologii. Nie ma zwykłych informatyków, którzy mają żony, nie nagrywa się o nich filmów czy seriali. Nawet ci z nich, którzy odnieśli sukces i zbudowali przynoszący zyski startup nie są wystarczająco interesujący, by czynić ich głównymi bohaterami.”

W tym akapicie zostaje przywołany znacznie ciekawszy problem, czyli zwyczajność, przeciętność. Bardzo trudno zdefiniować tego zwykłego człowieka, w przypadku Doliny Krzemowej, zwykłego programistę. Sama fraza „zwykły nerd” niesie ze sobą wrażenie sprzeczności, ponieważ nie zgadza się z tym, czym jesteśmy otaczani przez kulturę popularną. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że bycie nerdem polega właśnie na niezwykłości, na odróżnieniu się od nich. Ale ja chciałbym pójść dalej.

Po przeczytaniu całego artykułu, zacząłem zastanawiać się nad tym, czy jakakolwiek produkcja kultury popularnej lub masowej prezentuje tzw. „zwykłego człowieka”. Na pewnie nie jest tak w przypadku Teorii Wielkiego Podrywu, Doliny Krzemowej i Techników-magików. Tutaj zaprezentowane zostało, oparte na stereotypach, środowisko wszelkiego rodzaju nerdów. Nawet Przyjaciele nie są grupą zwykłych ludzi. W każdych z bohaterów  tego serialu jest coś wyjątkowego, coś co wyróżnia go z tłumu. Być może miejscem dla przeciętności są seriale obyczajowe? Koncepcja taka, nasuwająca się intuicyjnie, nie wydaje mi się słuszna.

Zadaniem serialu obyczajowego jest sportretowanie pewnej ilości przedstawicieli danych klas społecznych. Takie przykłady znamy z rodzimego podwórka, ponieważ właśnie w taki sposób budowany jest świat przedstawiony w Klanie, Na Wspólnej czy w M jak Miłość. Poza tym, twórcy tych tekstów, umieszczają w nich aktualnie istotne problemy społeczne oraz pokazują jak można je rozwiązać. Serial obyczajowy jest silnie zakorzeniony w danym kontekście kulturowym. Jednak nie można powiedzieć, że opowiada o zwykłych ludziach. Z banalnej przyczyny – już sam fakt przedstawienia ich historii sprawią, że stają się niezwykli. Wyjątkowość polega na tym, że podejmowane działania i dokonywane wybory składają się na prezentację konkretnej normy społecznej. Ich postępowanie można interpretować jako budowanie lub umacnianie danego wzoru, a w takim układzie również nie są ani przeciętni, ani zwykli.

Serial zawsze będzie składał się ze stereotypów. Żyjemy w kulturze nastawionej na ciągłą indywidualizację swojego istnienia, właśnie dlatego – takie przynajmniej odnoszę wrażenie – czas everymanów skończył się. Bohaterowie współczesnych tekstów kultury muszą czymś odróżniać się od innych, co prowadzi przejaskrawiania przedstawień za pomocą silnej stereotypizacji.

Page 2 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén