Tag: sosnowiec

Cyfrowe doświadczenia

Czy absolutnie każde ludzkie doświadczenie musi być obecnie przefiltrowane przez ekran smartfona? Okazuje się, że ten niewielki komputer, który nosimy w kieszeni całkowicie włada naszym postrzeganiem świata. Nie mam na myśli poglądów politycznych lub ogólnego stanu umysłowego. Widziałem ludzi dosłownie obserwujących rzeczywistość za pomocą ekranu smarfona.

Kilka miesięcy temu, razem z Żoną, udaliśmy się na koncert Korteza. O wrażeniach – być może – napiszę innym razem, obecnie chciałbym skoncentrować się na widowni. Szczególnie na osobach chętnie korzystających ze smarfonów. Wielu wrzuciło fotkę na Instagrama, aby potwierdzić, że uczestniczy w kulturze. Nie mam zamiaru krytykować takiego postępowania. Od jednego zdjęcia jeszcze nikt nie umarł, zawsze to jakieś wspomnienie, nawet to wrzucone do cyfrowej rzeczywistości. Znacznie większym problemem są osoby, które nie potrafią odkleić się od ekranu. Nie tyle ciągle coś sprawdzają, pewnie czekają na lajki pod zdjęciem z koncertu, ale ślepo wpatrują się w ekran, zamiast obserwować scenę. Oczywiście, to już jest nagminne w kinie, spotkałem się z takim zachowaniem nawet w teatrze. Jednak na koncercie Korteza doświadczyłem prawdziwego ekstremum.

Dwie młode panie, w wieku studenckim, prowadziły relację na żywo z całego wydarzenia. Na zmianę siedziały z wyciągniętym smarfonem w kierunku sceny i skrupulatnie nagrywały utwór po utworze. Wszystko mogli obejrzeć ich znajomi na Facebooku. Wspaniały gest, prawda? Posłuchać sobie muzyki przetworzonej przez mikrofon smartfona. Jeżeli ktoś lubi takie partyzanckie nagrania, to życzę miłej zabawy. Natomiast cały czas zastanawiam się, co z koncertu zapamiętały trzymające smartfony panie. To, że cierpły im ręce, a chciały wrzucić jak najdłuższy materiał? A może powoli umierającą baterię? Tragedia! Jak potem wrzucą zdjęcie, że koncert się skończył! Nie odpiszą na komentarz! Nic nie będą w stanie zrobić. W ich głowach zapewne pojawiały się mroczne scenariusze, Kortez prosi do wspólnego zdjęcia, a tu NIE DA SIĘ GO ZROBIĆ, BO BATERIA PADŁA, TRZEBA KOGOŚ POPROSIĆ, JAK W ŚREDNIOWIECZU, GDY APARATY BYŁY Z KLISZĄ. Takie koszmary je męczyły na koncercie, ale chęć podzielenia się swoją radością na Facebooku ciągle brała górę.

Jaki sens ma obecność na koncercie, jeżeli scenę ogląda się na ekranie smartfona? Takie zachowanie jest pozbawione drobin zdrowego rozsądku. Trzymać w dłoniach telefon, gadać z koleżanką, pokazywać sobie ilość polubień i komentarze, i zupełnie ignorować, to co dzieje się na scenie. Artysta okazuje się tylko pretekstem do wrzucenia filmu, zrobienia zdjęcia. Doświadczenie, jakiekolwiek przeżycie, nie jest kompletne, jeżeli nie zostało wrzucone do cyfrowego świata. Nie dzielisz się materiałami z wyjazdów w mediach społecznościowych? Przykro mi, najwyraźniej prowadzisz smutne życie, siedzisz w domu, beznamiętnie klepiesz w klawisze i coś tam sobie skrobiesz na cyfrowych kartkach. Twoje życie to fikcja, bo opowiadasz o wydarzeniach i doświadczeniach, które nie zostały cyfrowo udokumentowane.

Sam dużo czasu spędzam, wpatrując się w smartfona, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, aby przez ekran telefonu oglądać koncert. Bzdura! Głupota! Coś takiego powinno się piętnować!

Zhu / The Library (CC BY-NC 2.0)

Czas na nowe biblioteki!

Ostatnio na blogu pojawiły się dwa teksty dotyczące promocji czytelnictwa. Ten będzie trzeci. Nie wiem, dlaczego akurat teraz wzięło mnie na maglowanie tego tematu, ale tak się złożyło, że pojawiła się interesująca inicjatywa, którą warto zaprezentować. Miejska Biblioteka Publiczna w Sosnowcu postanowiła wziąć się za najmłodszych i właśnie dla nich zorganizowała Literackie Lato Grozy. Nie będę owijał w bawełnę – akcją tą zarządza moja Żona, Kinga Baranowska-Jaworek. Promocja przeszkadza? Odsyłam do tego wpisu i nie przejmuję się narzekaniami. Uważam, że inicjatywa jest ciekawa i może być znacznie bardziej skuteczna od niejednej kampanii społecznej, którą oglądamy w telewizji.

Wszystkie informacje na temat Literackiego Lata Grozy można znaleźć na stronie sosnowieckiej Biblioteki. Pojawiły się już pierwsze zdjęcia z zajęć z dziećmi. Nie będę omawiał programu, ani prezentował poszczególnych atrakcji – chciałbym zastanowić się nad wpływem tego typu inicjatyw na lokalną społeczność, a nie na nienazwanych wszystkich. Mam wrażenie, że wszystkie duże akcje społeczne trafiają do czytających, co znacznie utrudnia zarażanie książkowym bakcylem. Jeżeli ktoś unika literatury jak ognia, to jak zainteresować ma go do niej akcja Nie czytasz, nie idę z Tobą do łóżka? W dużej mierze bawi ona tych, którzy ze słowem drukowanym (lub wyświetlonym na czytniku) od dawna są za pan brat. Reszta pozostaje obojętna. Zapraszanie znanych aktorów, pisanie zabawnych haseł – wszystko to, jest bardzo interesujące, ale wątpię, aby działało. Dlatego uważam, że najwięcej do powiedzenia w kwestii promocji czytelnictwa powinny mieć biblioteki. To tutaj trzeba inwestować pieniądze, a nie zastanawiać się nad kolejną wymyślą akcją, która i tak zainteresuje nielicznych

Przede wszystkim trzeba rozmontować stereotyp biblioteki traktujący tę instytucję jako Nienaruszalną Świątynię Książek. Tam właśnie są bibliotekarze, nie, raczej Strażnicy Zbiorów. Na takie myślenie nie ma dzisiaj miejsca. Potrzebujemy nowoczesnych książnic, które będą przestrzenią spotkań różnych społeczności. Katowicka Ciniba zrzesza nasz naukowy świat, bo tam doktorant, student i doświadczony wykładowca mogą minąć się między półkami. To niby mała rzecz, ale odrobinę budzi ducha uniwersyteckiej wspólnoty. Biblioteki powinny swoją działalność koncentrować na tworzeniu więzów pomiędzy poszczególnymi społecznościami aktywnymi na danym terenie. Niech spotkają się miłośnicy książek (co jest oczywiste, że tacy tam zaglądają) z fascynatami filmu. I w ten sposób można mieszać literaturę z innymi mediami, pokazywać, że również ma ona wiele do zaoferowania, że w tej bezsensownej walce o prymat nie przegrywa, ale w dalszym ciągu jest istotnym elementem kultury. Te przetasowania, to mieszanie ludzi o różnej pozycji społecznej i o różnych zainteresowaniach wskazuje na potężne możliwości integracyjne bibliotek. Najważniejsze jest to, że ta instytucja doskonale zna swoich odbiorców. Na filiach działają genialni bibliotekarze, którzy wiedzą, kim są ich czytelnicy i są w stanie zaproponować im interesujący program spotkań z kulturą nie tylko literacką. Zabawne, że w świecie, w którym kochamy zbierać dane za pomocą urządzeń elektronicznych, zapominamy o tych, składowanych w ludzkich umysłach. Takimi bankami lokalnej wiedzy są bibliotekarze. Smutne jest to, że ich możliwości nie zawsze są odpowiednio zagospodarowane. A gdyby uczynić to z głową, mielibyśmy solidne programy promocji czytelnictwa, prawdopodobnie o wiele bardziej skuteczne, ponieważ dostosowane do potrzeb lokalnych odbiorców.

Najważniejsze jest oddziaływanie na najmłodszych, wyrabianie w nich odruchu czytania i sięgania po książkę. Brzmi to trochę jak zawołanie do pracy u podstaw, ale właśnie czegoś tego współcześnie potrzebujemy. Poziom lokalny, mimo że dużo się o nim mówi, wydaje się całkowicie pomijany. Jasne, że łatwiej zrobić kilka spotów i puszczać je na okrągło, tylko że wtedy nie powinna dziwić ich niewielka skuteczność. Biblioteka, która jest ściśle związana z określonym miejscem, jest w stanie zdziałać o wiele więcej. Wystarczy tę instytucję zdynamizować, pozwolić jej działać i znaleźć ludzi, którym się będzie chciało. Nie wolno przy tym zapominać o odpowiednim finansowaniu, bo bez tego ani rusz. Ten potencjał został zagospodarowany tylko częściowo. Jest jeszcze dużo do zrobienia.

//Obrazek wyróżniający: Zhu / The Library (CC BY-NC 2.0)

Kris Duda / Czeladź - Elektrownia Saturn (CC BY 2.0)

Ileż można się śmiać?

Beka. Niezwykle modne słowo. To śmiech na granicy chamstwa, wyśmiewanie praktykowane w szkole podstawowej i gimnazjum. Nie cierpię, gdy ktoś go używa. Dla mnie niesie ze sobą napiętnowanie, bo beka ma być z kogoś, kto jest głupszy lub z czegoś, co jest gorsze. Ale trudno zabronić komukolwiek wyśmiewania, tym bardziej że śmiech to zdrowie, a jesteśmy wręcz owładnięci manią zdrowego życia. Czyżby do jednego z elementów miałaby należeć wszechobecna beka?

Problem polega na tym, że nie ma prób uzasadnienia, dlaczego się z czegoś wyśmiewamy. Często argumenty ślizgają się po powierzchni omawianej sprawy, zahaczają o niebezpieczne stereotypy i zamiast kwestię wyjaśnić, to jeszcze bardziej ją zaciemniają. Naczelnym tematem nieustającego festiwalu beki jest Sosnowiec. Potem już idzie gładko, bo wypracowane uproszczenia przenoszone są na całe Zagłębie i już nikogo nie interesuje historia regionu oraz jego mieszkańców, tylko każdy wyciąga z worka kamień ze stereotypem, rzuca i śmieje się do rozpuku. Ciekawą próbą poszukiwania fundamentów beki jest wpis Dlaczego śmiejemy się z Sosnowca? Agnieszki Wąsowskiej (blog „Warto Wspierać”). Dostrzeżone przez autorkę elementy to tylko część problemu, ale na pewno rozwalają pewne stereotypy, które wrosły w świadomość Polaków. Jednak w dalszym ciągu jest to przebicie powierzchni, prawdziwe wyzwanie leży znacznie głębiej – jest nim kwestia tożsamościowej słabości Zagłębia.

Region jest wyraźnie podzielony, nie ma jednego oczywistego centrum. Każde miasto walczy o prymat i podkreśla swoją niezależność oraz istotność dla Zagłębia. Prowadzi to do kłótni oraz sporów, co nie pomaga przy tworzeniu solidnej tożsamości. Gdy przyszło mi się zmierzyć z tym problemem, to trudno było mi znaleźć jakiś początek Coś, od czego mógłbym wyjść, po prostu trudnych kwestii dotyczących Zagłębia jest bardzo dużo. Na pewno dwie największe to stereotyp „czerwonego Zagłębia” oraz konflikt ze Ślązakami. Historia tego regiony jest bardzo skomplikowana i rozpatrywanie jej wyłącznie pod kątem dwóch wcześniej wymienionych spraw, prowadzi do powstania kolejnych uproszczeń. Na szczęście są już opracowania zbierające losu Zagłębia oraz jego mieszkańców i ukazujące je w perspektywie historycznej.

Jeżeli ktoś planuje zająć się sprawą tożsamości Zagłębia, to powinien obowiązkowo sięgnąć po dzieło Jana Przemszy-Zielińskiego Historia Zagłębia Dąbrowskiego. Jest to opracowanie całościowe, ujmujące nie tylko wielkie wydarzenia historyczne, ale także pokazujące jak mocno region związany jest z przemysłem. Ważnym elementem Historii… są przemiany gospodarcze, które miały przełożenie na lokalną społeczność. Ta książka jest dowodem na to, że o Zagłębiu można mówić w sposób całościowy i pokazywać, że poszczególne miasta regionu są ze sobą bardzo mocno połączone. Więzy te są silne, a niektórzy mieszkańcy zdają się ich nie zauważać.

//Obrazek wyróżniający: Kris Duda / Czeladź – Elektrownia Saturn (CC BY 2.0)

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén