Z niesłabnącym zainteresowaniem śledzę różnego rodzaju gatunki powoływane do życia przez marketingowców. Najzwyczajniej w świecie im zazdroszczę – mogą sobie tworzyć najdziwniejsze mutacje, łączyć elementy całkowicie do siebie nie pasujące i wszystko jest w porządku. Ważne, żeby towar się sprzedawał. A ja tłumaczę się z każdej definicji. Niestety, czasem jakiś mutant mnie zdenerwuje.

Po raz pierwszy ciśnienie mi się podniosło, gdy w magazynie książki stworzono powieść telewizyjną. Na szczęście żywot tego gatunku był krótki, ponieważ do tej pory nie trafiłem na niego w żadnym artykule naukowym lub recenzji serialu. Bo to serial miał być tą powieścią telewizyjną. Nie wiem, czy kierowały się osoby tworzące tę nazwę, ale na pewno nie raziła mnie ona tak jak audiokomiksy.

Ustalmy jedną rzecz – narracja w komiksie opiera się na obrazkach i koniec. Nie ma tam żadnego dźwięku, dlatego nazywanie zwykłych słuchowisk audiokomiksami uważam za znaczną przesadę. Określenie brzmi świetnie, zapada w pamięć, ale nie jest poprawne i obawiam się, że dla niektórych pojawienie się dźwiękowych interpretacji Thorgala stało się momentem narodzin nowego gatunku. A tak nie jest. Produkcje studia Sound Tropez to słuchowiska, które polegają na udźwiękowieniu przestrzeni komiksu oraz nagraniu dialogów (co ciekawe na sami te nagrania nazywają słuchowiskami, natomiast dystrybutorzy postępują inaczej). To wszystko. Rzeczy ciekawe, na swój sposób interesujące i zasługujące na uwagę. Ale nazywajmy je po imieniu, bo w polskiej kulturze mieliśmy bogatą tradycję słuchowisk radiowych i uważam, że przy publikacji utworów studia Sound Tropez trzeba o tym wspominać.

Czym innym jest audiobook, czyli przeczytana na głos książka. Audiokomiks musiałby być przeczytanym na głos komiksem. Najlepiej przez jedną osobą i bez pomijania onomatopei. Ale obawiam się, że wtedy nikt by tego nie kupił.

Audiobooks Rock /  Lester Public Library (CC BY-NC-SA 2.0)

Audiobooks Rock / Lester Public Library (CC BY-NC-SA 2.0)