Tag: spacery

Zderzenie

Mam psa, o czym zdarza mi się napisać. Od czasu do czasu. Bycie opiekunem Bestii wymusza spacery, całkowicie uzależnione od jej chęci do łażenia. Czasem dopada ją chęć na szybki patrol po południu, a innym razem przemierzam międzyblokowy asfalt w nocy. Unikam przy tym słuchania muzyki. Nie tyle dla bezpieczeństwa, ile z ciekawości. Moją słabością, z racji wykształcenia i niesłabnącej fascynacji, jest język. Ten literacki zwykł mi się kojarzyć z pewnym świadomym wyszlifowaniem, autorskim, redakcyjnym i/lub korektorskim okrzepnięciem. Natomiast ten codzienny… To zupełnie inna bajka.

Już spieszę z przykładem. Bestia stwierdziła, że czas na wieczorny patrol, więc poszliśmy tą samą trasą co zawsze. Mijamy bloki, uważamy na samochody, korzystamy z przejść dla pieszych. Słowem – codzienność wyprowadzacza psów. Zapomniałem o tym, że psy przecież węszą, że tak poznają świąt, więc Bestia często robi przystanki, aby zweryfikować dostrzeżone zapachy. W trakcie jednego minęły nas dwie osoby. Chłopak i dziewczyna, mężczyzna i kobieta, niezależnie od wybranych rzeczowników, zrodził się między nimi następujący dialog.

Rafał zimno mi.

Chuj w to zimno! Nigdy ci kuciapy nie przewiało?

Powinienem przestrzec osoby o większej wrażliwości językowej, niż moja, bo pojawiło się przekleństwo, które – o zgrozo! – po prostu napisałem. Ale stało się, trudno, można przestać czytać, nie jest to tematem tego tekstu. Mnie, w powyższym przykładzie, zaintrygowało specyficzne zderzenie kontekstów. Nie wiem, jaki był finał tej rozmowy, nie wiem, co łączyło dwojga przypadkowych bohaterów spaceru z bestią. Po prostu dostrzegam charakterystyczny dla rozmów w postnowoczesności potrzeb.

Może rozmowa miała doprowadzić do sceny rodem z romansów, gdzie odważny i nieczuły na zimno mężczyzna oferuje kurtkę? A ten osiedlowy, prawdziwy nie miał nawet ciepłego słowa.

Być może dorabiam kontekst, wkładam przygodnym bohaterom przypadkowe myśli w głowy. Po prostu do tego prowokują mnie podkradzione frazy i słowa. Zresztą wszyscy piszemy i mówimy z niewielką świadomością tego, jak coś może zabrzmieć w głowie innego. Jakie konstelacje skojarzeń uruchomi. Gdzie poniesie drugiego człowieka rytm zdania. Przytłoczy? Da nadzieję? Wróćmy do przykładu. Jak ten krótki dialog wpłynął na ich znajomość?

Nadał innej barwy? Mężczyzna, tym wulgarnym dobrem słów, dał się poznać jako łobuz, co kocha najbardziej? Ta podchwycona rozmowa, szczególnie cisza, która po niej nastąpiła, pozostawiła mnie z wrażeniem pomylonych kontekstów.

A to przecież mogła być ich zwykła rozmowa! Toczona na Messengerze, Instagramie, Telegramie lub innym komunikatorze. Tylko tym razem rozegrała się na chodniku, w przestrzeni innej, niż ta wirtualna, zamknięta w ekranie komputera albo telefonu. Tam też konteksty nie są do końca jasne, bo wielu informacji zawsze dostarczają nam komunikaty niewerbalne. Spojrzenia, oddechy, gestykulacje, uśmiechy i przewracanie oczami.

Nic to. Nieczęsto zdarzają mi się takie perełki, które rozpędzają moje skojarzenia. Dlatego to zderzenie uznałem z godne odnotowania.

Inne Miasto

Wybrałem się na spotkanie autorskie. Po raz pierwszy od chwili ogłoszenia pandemii. Zaznaczam, że tego typu imprezy nie są dla mnie nowością. Zdarza mi się oglądać pisarzy, których czytam. W dużej mierze z ciekawości, bo czytanie i słuchanie człowieka, to dwa zupełnie różne doświadczenia. Tym razem postanowiłem sprawdzić, co ciekawego ma do powiedzenia Ziemowit Szczerzek. Z prozą tego autora jestem na bieżąco, więc uznałem, że chętnie poszerzę swoje doświadczenia o osobę, które składa akapity. Było warto.

Paradoksalnie nie będzie to tekst o spotkaniu autorskim. Udanym, ciekawym, pełnym pytań od publiczności, które dobrze rozwinęły poruszone w rozmowie tematy. Bardziej zainteresowała mnie cała otoczka. Reżim sanitarny związany ze spotkaniem autorskim. Maseczki, dezynfekcja rąk, wyznaczone miejsca, w których można siedzieć. Ludzie rozproszeni w przestrzeni, brak obaw, że nagle dosiądzie się ktoś, kto będzie się rozpychał. I jest jeszcze Miasto. Klasycznie, jeden z moich ulubionych tematów. Trochę spokojniejsze, niż przed pandemią. Bo ciągle mam w głowie pewien obrazek, pewne spostrzeżenie, które dopadło mnie jeszcze w poprzednim roku. Wybrałem się z Żoną do kina, na długi film (tak jakby teraz były jakieś krótkie…), wracaliśmy do domu w okoliczny 21:00.

Mijając przestrzenie zachęcające do spotkań, zauważyłem, że Miasto jest pełne podpitych chłopaków i dziewcząt. Po równo najwyraźniej wieczorna alkoholizacja skłania się ku równouprawnieniu. Czy teraz, jako człowiek z trójką z przodu będę krytykował młodzież wychylającą jedno (lub więcej) piwo w czwartek wieczorem? W wakacje? Nie. Z dwóch powodów. Po pierwsze nie widzę niczego złego w lekkim wstawieniu się w trakcie wolnego wieczoru. Po drugie, obawiam się, że mam na wyjebane. Jeśli nie robią sobie krzywdy, to mało mnie obchodzi ta sprawa. Obrońców moralności pragnę w tym miejscu powstrzymać! W dokumenty nikomu nie zaglądałem, bo – jak wspomniałem wcześniej – mam wyjebane i nie wiem, kto był pełnoletni, a kto nie. Niech to zostanie między Miastem a podpitymi.

Tym razem obrazek z powrotu był inny. Pewnie dlatego, że już wrzesień, rok szkolny się zacząłem. Ale i tak w Mieście unosi się specyficzna atmosfera izolacji. Mniej ludzi na zewnątrz, niby wieczory już chłodne, jednak kiedyś nie było to przeszkodą. Nawet na parkingach jest trochę więcej przestrzeni. Nie to, żeby powietrze było czystsze, zawsze mogłoby być trochę lżejsze. Trochę inne jest to postpandemiczne Miasto. Nawet wybierając się na hotdoga zauważyłem spokój przed i w restauracji. Czy to dobrze? Czy to źle? Nie mam pojęcia, nie oceniam, nie moralizuję, tylko konstatuję. Patrzę, widzę, że Miasto jest trochę inne. Mniej buczące, przetłoczone, trochę bardziej poukrywane po kątach.

Cieszę się, że zawsze wracam na Prowincję. Lata mijają, a moje relacje z Miastem dalej pozostają chłodne. Pewnie przez moją niechęć do przesyconej zabudowy i niedostatku zieleni.

Czas Twarzy

Tak! To jest ten cudowny moment w roku! Już czas, aby każde miejsce zaroiło się od twarzy! Muszą być wszędzie! Z hasłami, koniecznie o dobrobycie, o naprawie, o lepszym świecie. Okazjonalnie jest coś o środowisku. Bo, jak doskonale wszyscy wiemy, nic tak nie poprawia stanu gleby, jak tysiące ulotek rozrzuconych na trawnikach i polanach. Wiecie, że ta inwazja twarzy rozkręca się stopniowo? A potem jeszcze przez jakiś czas trwa, bo nie ma komu sprzątać. Środowisko, takie ważne.

Obwieszone płoty i ogrodzenia. Spojrzenia, twarze. Różne. Spokojne, rozbiegane, sfotoszopowane na bezgraniczną miłość i uczciwość. Ręce na widoku. Wyrażają szczerość oraz brak ukrytych zamiarów. Tak napisali, tak piszą, we wszystkich poradnikach dotyczących marketingu, wpływu na ludzi i zwierzęta. Więc trzeba tak robić, zachodzi konieczność zaproponowania uczciwej decyzji. Dlatego wiszą, dlatego przypominają o swoim istnieniu. Obiecują, a ręce mają na widoku i człowiek od razu wie, że dotrzymają słowa. Dlatego warto postawić krzyżk na tej lub innej przeszłości. Twarz ucziwa, ręce na widoku, szczerość i waleczność na plakatach. Będą długo powiewały na słupach i ogrodzeniach.

Będą jeszcze ulotki. Porzucone w różnych dziurach. Wtykane wszędzie, a najczęściej lądujące do w śmietniku. Wiatr będzie je roznosił przez jakiś czas. Z niezmiennie uśmiechniętą twarzą. Potem tusz zacznie rozmywać deszcz i obietnice, wyliczenia, kalkulacje uczciwości, staną się niewidoczne. Rozmazane. Niepewne? Bo słabym tuszem wydrukowane. Dobrze, że twarz wciąż widoczna, a że trochę się śmieci? Komu to zaszkodzi, żadna wyspa ulotek nie krąży po świecie, więc nie ma problemu. Nie istnieją problemy, są tylko rozwiązania, bo ludzie z plakatów, ulotek i billboardów skupieni się na szukaniu odpowiedzi, a nie na tworzeniu kolejnych przeszkód. To jest najważniejsze! A było to widoczne, wystarczyło się wpatrzeć w zdjęcie, żeby w każdych oczach dostrzec błysk odpowiedzi, wiarę, nadzieję, krainę mlekiem, miodem i miłością płynącą.

Są też zdjęcia rodem z legitymacji szkolnych. Z podpisem, obowiązkowo, bo inaczej zniżki na Prawdę będą nieważne. Uśmiechy do fotografa, żeby koledzy i koleżanki z ławki się nie śmiali. W klasie, wiadomo, wszyscy mają podobne obrazki przyczepione zszywaczem do karteczki identyfikującej osobę. Teraz też tak jest. Podobne odcienie, garnitury, garsonki i krawaty. Wszyscy odlani z do jednej formy, ale podpisani. Żeby twarz utarła się z nazwiskiem, jak jajka na kogel mogel. Wszystko w zgodzie z podręcznikami pisanymi przez spin doktorów, trenerów wizerunku oraz innych ludzi, którzy bez namysłu doradzają oklejenie świata swoją twarzą. Bo warto, bo się utrze, bo przechodnie zapamiętają.

A potem widać napojonych wędrowców dyskutujących z płotami. Wykrzykujących różne poglądy i grożących wydrukowanej twarzy. Pustawa butelka w dłoni, głowa pełna szumiących myśli, gardło zdarte w wyniku wygłoszonej kontry. Nikt nie odpowiada. Za nic. Przed nikim.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén