Tag: spidersweb

Daniel Go / Wei Wei Premium Beef Instant Noodles (CC BY-NC 2.0)

Instant!

Wolę kulturę na abonament, czy kulturę fast food? Czym w zasadzie różnią się te dwa rodzaje? Jak wpływają na odbiorcę, a jak na twórcę? Czy faktycznie ta pierwsza jest lepsza i zaczyna dominować? Do zastanowienia się nad tymi aspektami współczesnej kultury zainspirował mnie artykuł Zastanów się, zanim nazwiesz współczesną kulturę fast foodem Łukasza Kotkowskiego. Zastanowiłem się…

Kilka rzeczy rozdrażniło mnie w tym artykule. Szczególnie zdenerwował mnie brak zdefiniowania obu pojęć oraz wyraźnego wskazania różnić pomiędzy nimi. Tylko wspomnę o notorycznym myleniu terminów i całkowitym przemilczeniu kanonu. Artykuł Łukasza Kotkowskiego przedstawia część całości, na pewno jest ciekawą opinią, z którą można dyskutować, ale tekst ten ma wiele braków, bardzo charakterystycznych dla współczesnej publicystyki, co pozwala zakwalifikować go do kultury fast food. Paradoks, prawda?

Zanim zaczniemy wartościować, dzielić na tę lepszą i tę gorszą, spójrzmy na współczesną kulturę szerzej. Dlaczego nasze nawyki odbioru tekstów się zmieniły? Przede wszystkim dociera do nas więcej informacji, niż kiedyś, a wiele z nich, delikatnie mówiąc, nie niesie ze sobą zbyt wiele istotnych treści. Pojawia się szum, w którym musimy nauczyć się poruszać, dlatego, współcześnie, ważniejsza jest umiejętność selekcji sensów i ich odpowiedniego użytkowania. Łukasz Kotkowski pisze:

Być może czas przestać się oszukiwać, że twory kultury to współczesne wersje świętej krowy?

I to pytanie sprawia, że cały tekst staje się bardzo agresywny. Już od dawna, właściwie od momentu ogłoszenia miłościwie nam panującego postmodernizmu, nikt nie traktuje dzieł lub – jak chce autor – tworów kultury jako czegoś otoczonego aurą świętości. Współcześnie, w naukach humanistycznych, mówimy o tekstach, które Espen Arseth definiuje jako galaktyki znaczeń. Nie oznacza to, że badacze kultury stracili szacunek do treści, którymi się zajmują. Łukasz Kotkowski brutalnie strąca twory kultury z piedestału, stara się być rewolucjonistą, a nie dostrzega tego, że wyważa dawno otwarte drzwi.

Roadsidepictures / Instant Folger's Coffee Crystals Sample, 1960's (CC BY-NC-ND 2.0))

Roadsidepictures / Instant Folger’s Coffee Crystals Sample, 1960’s (CC BY-NC-ND 2.0))

Kultura masowa, w której tarzamy się każdego dnia, w którą zanurzamy się z chwilą sięgnięcia po telefon i sprawdzenia newsów, idzie krok dalej. Nie ma w niej miejsca na świętość, rytuały, nawet konstruktywna krytyka kona. Najważniejsze są produkty kultury. Gdy kwestie treści przedstawimy w ten sposób i potraktujemy jako jeden z wielu produktów współczesnego kapitalizmu, to musimy pamiętać o idącej za tym standaryzacji oraz masowości tworzenia. Krytyka kultury masowej ma wiele twarzy. Są tacy, którzy widzą w niej klęskę wolności oraz umysłu (T. Adorno), dla innych to sprawia ona, że odbiorca staje się coraz bardziej bierny (D. Macdonald), a są także tacy widzący w niej istotny element współczesności, który w sposób istotny wpływa na funkcjonowanie społeczeństwa (N. Carroll). Niezależnie od przyjętej postawy na pierwszy plan wysuwa się natychmiastowość kultury masowej, to że jest instant, jak, cieszące się niesłabnącą popularnością wśród studentów, chińskie zupki. Czas oczekiwania jest bardzo krótki, wartość spożywcza wątpliwa, ale ten zalewany wodą makaron ma wielu zagorzałych fanów. Podobnie jest z kulturą masową. Narzekamy, że niewiele w niej wartościowej treści, cieszymy się z tego, że dostajemy ją natychmiast i sprawia nam radości. Oczywiście zaraz znajdą się oburzeni, że prawdziwą przyjemność daje lektura Heideggera. Właśnie dla takich osób stworzono pojęcie gulity pleasure – konsumują, cieszą się, ale wstydzą się do tego przyznać.

Brak jednoznacznych różnić pomiędzy kulturą na abonament, a kulturą fast food wynika stąd, że obie te odmiany można skonsolidować i nazwać kulturą instant. Ważna natychmiastowość, która cechuje zarówno współczesny model abonamentu, jak i fast foodu. Kwestia czasu, a właściwie jego braku, mocno wpłynęła na nawyki odbiorców oraz twórców. Ci pierwsi pragną treści coraz prostszych i tak skonstruowanych, aby można było je konsumować na dowolnym urządzeniu. Natomiast ci drudzy walczą z narastającym szumem informacyjnym i aby się w nim przebić muszą tworzyć coraz więcej i coraz szybciej. Nasza współczesna pamięć jest bardzo krótka. Zapominamy po chwili, ponieważ zaczyna nas fascynować coś zupełnie innego. Dlatego tak ważna staje się dla nas natychmiastowość dostępu do treści. Mam ochotę na zombie? Żaden problem! Filmy, komiksy seriale – do wyboru, do koloru. Zmieniłem zdanie i jednak wolę wampiry? Ależ proszę! Tekstów poruszających ten temat również jest zatrzęsienie. Nie znaczy to, że wszystkie one będą na najwyższym poziomie. Samo opłacanie abonamentu trudno nazwać gwarancją jakości.

Trzeba nauczyć się surfować po wzburzonym morzu popkultury. Parę razy się podtopić, dać się porwać fali – w przeciwnym razie czeka nas utonięcie i zanurzenie w mule. I tu pojawia się problem: kto ma nas tego nauczyć? Dla mnie problem ten jest bardzo istotny. Znaczące jest to, że współczesna popkultura w dalszym ciągu nie wykształciła swoich krytyków, za to na każde skinienie ma armię recenzentów. Czy godne podziwu jest to, że ktoś obejrzał 8 sezonów danego serialu w jeden wieczór? Niektórzy powiedzą, że tak, ale ja zapytam: i co z tego wyciągnął? Jeżeli sama przyjemność, to w porządku, ale warto byłoby również nauczyć się odczytywać kody zawarte w treściach popkultury. Tylko, że aby je zrozumieć, trzeba najpierw poznać kanon, należy zrozumieć kontekst powstania danego tekstu oraz dokonywać selekcji informacji. Opłacanie abonamentu i kierowanie się rekomendacjami, to za mało.

Martwi mnie milcząca zgoda na obniżenie kompetencji odbiorcy. Daleki jestem od stwierdzenia, że jest on bierny, ale grzech ignorancji przestał być piętnowany. Wprost przeciwnie – nosi się ją niczym symbol oznaczający wybrańca. Natychmiastowy dostęp do treści, ich ilość oraz zróżnicowany poziom, to wszystko są rzeczy miłe i bardzo potrzebne. Ale nie zapominajmy o tym, że odbiorca musi też umieć myśleć, przetwarzać to, co ogląda. Nie ma nic gorszego od bezmyślnego konsumowania, niezależnie od tego, czy robi się to za darmo, czy w ramach abonamentu. Do zmiany tej sytuacji potrzebujemy edukacji, której jednym z bardzo istotnych założeń będzie nauka selekcji informacji.

Szkoda, że tego nie robimy. Szum informacyjny nas ogłusza, niewielu dostrzega to, że toniemy w morzu kultury masowej. Posługujemy się słowami-kluczami, być może dlatego, że chcemy, aby rozumiała nas wyszukiwarka, a niekoniecznie drugi człowiek. Kultura instant jest trudna do opanowania, ale nie znaczy to, że nikt nie powinien się nią zajmować.

//Obrazek wyróżniający: Daniel Go / Wei Wei Premium Beef Instant Noodles (CC BY-NC 2.0)

Straszna homogenizacja

Lubię wszelkiego rodzaju dyskusje na temat kultury. Szczególnie, gdy dotyczą one kultury współczesnej, całkowicie opanowanej przez cyfrowe nośniki oraz media. Swoją cegiełkę postanowił dorzucić Maciej Nowak – krytyk kulinarny i teatralny, odbiorcom bardziej znany z “Top Chefa”, niż z tekstów. Dyskusja miała miejsce pod koniec października i zapoczątkował ją felieton Transmisji spektaklu w kinie mówię “nie” autorstwa Macieja Nowaka. I na człowieka posypały się gromy – a to, że nie cierpi masowego dostępu do kultury, a to, że snob, a tak w ogóle to ebooki nie pachną i cyfrowa dystrybucja nie ma sensu. Minął miesiąc i postanowiłem, że przyjrzę się tej sprawie z perspektywy czasu.

Znamienny dla myślenia o kulturze, które praktykuje Maciej Nowak jest następujący fragment felietonu:

Daliśmy sobie wmówić, że galerie nie służą prezentacji dzieł sztuki, lecz – sprzedaży gaci i szmat. Kina zamieniliśmy na blaszaki wypełnione smrodem popcornu. Przystaliśmy, że książki sprzedaje się w supermarketach, wysypywane do pojemników niczym buraki i cebule. Oddaliśmy gazety reklamodawcom i mediaplanerom, a telewizje – w ręce właścicieli sprawdzonych formatów. Przyjęliśmy dyktat praw autorskich, które są wyrazem korporacyjnej chciwości. Zgodziliśmy się na wiele rozwiązań, których jedynym celem jest nabijanie kabzy facetom, z którymi nie chciałbym razem nawet oddawać moczu w tym samym śmierdzącym pisuarze. Teraz pojawia się krok następny w optymalizacji kosztów i uelastycznianiu warunków prezentacji: przeistoczenie spektaklu teatralnego w transmisję w wielosalowej kinowej budzie. I to mnie już przestaje interesować. Przestaje bawić i zobowiązywać do przestrzegania zasad grzeczności. No fucking way! No pasaran! I jeszcze stalinowskie: Niet!

Czytałem komentarze i artykuły polemiczne. I za nic w świecie nie widzę tutaj krytyki współczesnej kultury i nieelitarnego dostępu do niej. Autor felietonu, kilka akapitów wcześniej, chwali osiągnięcia Tarantino i stwierdza, że dużo emocji dostarcza mu oglądanie kolejnych ruchów noża Hannibala Lectera. Przecież obaj – ten prawdziwy Tarantino oraz fikcyjny ludojad – stanowią symbole współczesnej kultury masowej i popularnej. Pierwszy naśmiewa się z jej schematów (wystarczy wspomnieć o kultowym Pulp Fiction), a drugi we wspaniały sposób personifikuje współczesny strach przed byciem pożartym (zresztą podobnie jak zombie, ale jednak Lecter ma więcej klasy). Dlatego apeluję o spokój, który pewnie dawno już nastąpił, bo dynamizm współczesnej kultury nie pozwala na zajmowanie się jej aspektami dłużej, niż przez kilka dni. I myślę, że właśnie brak skupienia i perspektywy miał na myśli Maciej Nowak.

Cinema /  m4tik (CC BY-NC 2.0)

Cinema / m4tik (CC BY-NC 2.0)

Krytykujmy kulturę!

Temat dotyczący krytyki kultury masowej i popularnej jest bardzo szeroki. Ważne jest tam pojęcie arystokratycznej krytyki kultury masowej, które oznacza deprecjonowanie treści za ich nie przynależność do kultury wysokiej. Czegoś takiego nigdy nie powinno się robić, bo to prowadzi do wstrętnego wartościowania tekstów. A – moim zdaniem – podział na kulturę wysoką i niska albo wysoką, popularną i masową ma wymiar porządkujący i akademicki. Pozwala nam na bezpieczne poruszanie się po oceanie tekstów, ponieważ w pewien sposób konstytuuje nasze oczekiwania wobec określonego dzieła. Badaczom pozwala na segregowanie dzieł i pokazywanie w jaki sposób poszczególne tropy wędrują w kulturze. Wystarczy spojrzeć na wampira, którego postrzeganie, od czasów powieści Brama Stokera, bardzo się zmieniło. Maciej Nowak myśli i pisze z perspektywy osoby, która inaczej postrzega kulturę. Bardziej pragnie powrotu do jej rytualizacji, niż elitarności.

Współczesność wyprała nas z rytuałów. Pojawiają się głosy mówiące o tym, że właśnie to jest przyczyną kryzysu tożsamości, ale kwestia ta jest dyskusyjna. Maciej Nowak, nie chcąc uczestniczyć w transmisji spektaklu, oburza się nie na medium, ale na sposób odbioru. Zamiana miejsca – z teatru na kino – wymusza inny sposób wchłaniania sensów. Wyprawa do przybytku Melpomeny wymaga odpowiedniego ubioru oraz znajomości zasad postępowania. Można nawet pokusić się o pewną kontestację – przyjść na premierę w swetrze i sportowym obuwiu zamiast w garniturze. Na pewno zostanie to zauważone i skomentowane w kuluarach. Nawet samo wyjście z trwającego spektaklu jest inaczej postrzegane, niż opuszczenie sali kinowej. W teatrze osoba przebywa pod stałą obserwacją widzów oraz kultury. Spektakl jest formą rytuału, w którym udział biorą jednostka, aktorzy oraz publiczność. Obserwowanie gry, niemożność jej komentowania (zdarzają się przełamania tego elementu i wywołują reakcję widowni) w trakcie trwania spektaklu, a potem powrót z teatru – to uczestnictwo w zbiorowym rytualne. Wątpię, aby coś takiego można było osiągnąć w trakcie transmisji spektaklu. Zmienia się zarówno forma całego przedstawienia, jak i miejsce, a co za tym idzie pojawia się inny model zachowania. Poza tym to jak ogląda się daną sztukę ma znaczenie. “Ekranizacja” Korzeńca nie dostarcza nawet połowy tych emocji, których można było doświadczyć w trakcie oglądania spektaklu zrealizowanego przez Remigiusza Brzyka i wystawionego w Teatrze Zagłębia. Wszystkich oburzających się muszę zmartwić – podobnie jak Maciej Nowak wybieram deski, a rezygnuję z ekranu.

Jednocześnie nie mam nic przeciwko sprzedawaniu książek w wielkich koszach w supermarketach. Sam trafiłem w ten sposób na kilka interesujących okazji. O naszych kompetencjach kulturowych świadczy przede wszystkim to, co robimy z tekstem, a nie gdzie go nabywamy. Cyfrowa książka/film/muzyka dają mi dokładnie tyle samo emocji, co ich wersje bardziej „analogowe”. Treści tam zawarte ciągle mnie inspirują, ale mam swoje nawyki dotyczące odbioru – zapewne jak wiele innych osób. Film miło jest obejrzeć w kinie, są płyty, których świetnie słucha się na spacerze z psem, ale są też takie, które wymagają głośników i siedzenia metr od źródła dźwięku. Podobnie z książkami. Cześć można czytać w pociągu, ale niektóre pozycje lepiej rozłożyć na stole i dopiero wtedy oddać się lekturze. Akceptuję przemysł kulturalny. Pozawala nam on cieszyć się mnóstwem treści i daje olbrzymie możliwości wyboru.

Na przytoczony na początku cytat należy spojrzeć pod kątem rytualizacji oraz nawyków odbioru. W takim ujęciu felieton staje się tekstem krytykującym – przede wszystkim! – sposoby zarządzania treścią, jakie istnieją we współczesnym przemyśle kulturowym. Maciej Nowak, wspominając o marketerach, mówi, że to przemysł rządzi odbiorcami, a nie na odwrót. Przyznam szczerze, że trudno mi zająć jednoznacznie stanowisko. Jeszcze kilka miesięcy temu powiedziałbym, że to odbiorcy mają władzę i swoimi wyborami są w stanie wpłynąć na zmiany w przemyśle kulturowym. Kilka dyskusji z moim studentami pokazało mi, że moja postawa była bardzo idealistyczna i wymaga przepracowania. Na chwilę obecną nie wiem jak jest. Muszę to przemyśleć. A na to będę potrzebował trochę czasu.

Dyskusja, która pojawiła się wokół tekstu Macieja Nowaka obfitowała w różne teksty. Wiele z nich było pisane w sposób bardzo emocjonalny i często niepotrzebnie zarzucano autorowi elitarności. Moim zdaniem najciekawszy był felieton Joanny Tracewicz w sPlay. Autorka wskazała tam na pewien bardzo ważny element dla współczesnej kultury.

Życie z serkiem homogenizowanym

Mam na myśli zjawisko homogenizacji, o którym Joanna Tracewicz pisze:

Homogenizacja kultury cały czas się dzieje i wciąż postępuje. I choć prowadzi ona do wyrównania poziomu, który odpowiadał będzie w konsekwencji szarej, niczym nie wyróżniającej się masie, mającej zbieżny gust, jest w niej też coś dobrego. Homogenizacja sprawia, że kultura staje się dostępna dla każdego i żeby chodzić do teatru nie trzeba być snobem. Można chodzić do teatru, do kina. I to też jest dobre, bo nowy wymiar kultury to rozrywka.

W tym krótkim cytacie pojawiają się dwa elementy, którymi chciałbym się zająć. Zacznijmy od tego, że autorka postrzega zjawisko homogenizacji dokładnie w takim sam sposób jak robi to Antonia Kłoskowska w książce Kultura masowa, ale redaktor prowadząca sPlay koncentruje się tylko na jednym wymiarze tego zjawiska. Stefan Żółkiewski, w artykule Ukryte założenia i jawne interpretacje kultury masowej, pisze, za Antoniną Kłoskowską, o trzech rodzajach homogenizacji: upraszczającej, immanentnej i następującej przez zestawienie. Przytacza ich definicje:

W pierwszym wypadku elementy wyższego typu kultury są poddawane przeróbkom, które mają je uprzystępnić; w drugim wypadku włączamy do dzieła kultury wysokiej elementy zdolne przyciągnąć masowego odbiorcę. W trzecim wypadku nienaruszone elementy kultury wysokiej przenosimy do środków masowej komunikacji.

Maciej Nowak skupił się przede wszystkim na trzecim rodzaju, ponieważ teatr został wtłoczony w medium masowe, jakim jest kino. Ale w takim razie co z Teatrem Telewizji? Tutaj trzeba pamiętać, że spektakle są specjalnie interpretowane pod medium, w którym mają się pojawić, więc sposób ich prezentacji, a co za tym idzie odbiór, będzie odmienny od tego, którego odbiorca doświadczy obserwując aktorów na scenie. Wybór jest kwestią indywidualną. Tutaj też zachodzi homogenizacja, ale drugiego typu. Dzieło kultury wysokiej jest tak przetwarzana, aby przyciągnąć jak największą ilość odbiorców. Nie prowadzi to jednak do tematycznego uproszczenia. Czechowa zaprezentowany w Teatrze Telewizji i w Teatrze Śląskim będzie poruszał dokładnie te same egzystencjalne problemy. Zmianie ulega wyłącznie konstrukcja przedstawienia.

Drugim elementem, który mnie zainteresował w tekście Joanny Tracewicz jest stwierdzenie o rozrywce jako nowym wymiarze kultury. Nie zgadzam się z tym. Element ten istniał zawsze. Wystarczy pomyśleć o różnych grach, które były sposobem na interesujące spędzenie czasu. Tym nowym wymiarem jest wszechobecna przyjemność. Konsumując tekst mamy czuć się dobrze. Moim zdaniem jest to największe zagrożenie współczesnej kultury. Życie w ciągłym stanie euforii staje się bardzo monotonne. Myślę, że warto czasem oddać się melancholii i porozmyślać nad sensem świata, a nie tylko bawić się i bawić.

Refleksja też jest fajna. A dyskusja, którą zainicjował tekst Macieja Nowaka udowodniła mi, że nie tylko ja tak myślę.

//Teksty, z których korzystałem w trakcie pisania artykułu

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén