Wielką słabością darzę pewien gatunek publicystyki – felieton. Taki tekst wydaje się być prosty do napisania, ale to tylko złudzenie. Bo trzeba wymyślić temat i to najlepiej taki, na który ma się coś ciekawego do powiedzenia. A szczyptą pikanterii zawsze jest podzielenie się swoimi przeżyciami z czytelnikami. Dlatego trudno jest napisać interesujący felieton, krótkie formy, te nastawione na esencję treści, zawsze są wyzwaniem. Tym większym szacunkiem darzę osoby, która doskonale radzą sobie z felietonami. Ostatnio dołączył do nich Marcin Meller.

Kilka tygodni temu skończyłem zbiór felietonów Sprzedawca arbuzów. Nie powiem, że myślałem o tej książce dniami i nocami, że niektóre teksty po prostu mną wstrząsnęły i pozwoliły na dostrzeżenie, dotąd ukrytych, aspektów ludzkie gożycia. Nic z tych rzeczy. Sprzedawca arbuzów to zbiór solidnie napisanych felietonów, w których autor doskonale posługuje się piórem i z łatwością oczarowuje czytelnika swoją narracją. Zebrane cechuje także specyficzna lekkość – można przebrnąć przez wszystkie, nie odczuwają nawet przez moment ciężaru zawartych w nich spostrzeżeń. A czasem warto się zatrzymać, skonfrontować się z autorem, zastanowić, czy faktycznie myśli się podobnie, a może całkowicie inaczej?

Marcin Meller nie narzuca swojego punktu widzenia, nie wypowiada się w imieniu Jedynej i Słusznej Prawdy. Pisze o tym, co go zainteresuje, dzieli się z odbiorcą ciekawymi anegdotkami, opowiada o swoim życiu i otaczającym go świecie. Bywają felietony pisane ze zdenerwowaniem, z emocjami, z wyraźnym sprzeciwem – pełno ich w rozdziale dotyczącym polityki. Jednak nawet te nie są propagandowo męczące, ale doskonale wyważone. Każdy tekst został stworzony w świetle dobrego pomysłu i żaden nie jest zwykłą pojęciową papką. Po Sprzedawcy arbuzów żałuję, że nie czytałem felietonów Marcina Mellera w momencie, w którym były publikowane. W zbiorze układaj się one zupełnie inaczej, niż gdy były tekstami świeży, odwołującymi się do aktualnych wydarzeń.

Nie traktuję osadzenia w kontekście jako minusu. Wprost przeciwnie! To solidny plus, ponieważ zmusza do odszukania w mrokach Internetu wiadomości na temat wydarzenia opisywanego przez Marcina Mellera. Okoliczności okołotekstowe bywają niezwykle interesujące i dodają głębi każdemu z felietonów. Jednak najważniejszy jest w nich dowcip. Idealnie wyważony, daleki od chamstwa, pełen dystansu i dobrze odmierzonej ironii. Marcin Meller daje – słabsze i mocniej – prztyczki w nos i robi to w pełnych gracji zdaniach. W trakcie lektury Sprzedawcy arbuzów zaśmiałem się wielokrotnie.

Ten zbiór to dowód na to, że w Polsce w dalszym ciągu można tworzyć lekką w formie, ale solidną w treści publicystykę. Myślałem, że teraz będą nam panowały patos i chamstwo, jednak okazało się, że w dalszym ciągu istnieją autorzy, którzy mają lekkie pióro. Właśnie dla skontrowania patetycznej rzeczywistości z delikatnymi uwagi do świata Marcina Mellera warto sięgnąć po Sprzedawcę arbuzów.