Tag: studia

hobvias sudoneighm / poetry (CC BY 2.0)

Ja, poezja i niechęć

Ja i poezja? Cóż, moje relacje z wierszami są – delikatnie mówiąc – chłodne. Mickiewicza nie trawię, zdarza mi się czytać coś Słowackiego, Norwida omijam szerokim łukiem. Wolę Leśmiana, Lechonia, Tuwima (ale nie te pozycje, którymi się nas katuje w szkole) oraz Herberta. Pod wpływem chwili sięgnąłem po Sosnowskiego i Świetlickiego. Lubie, od czasu do czasu, przeczytać coś Miłosza, ale Szymborska nudzi mnie bardziej, niż różaniec w TV Trwam, i nie płakałem po Różewiczu. Tak wygląda mój poetycki rachunek sumienia, który poczyniłem na potrzeby napisania tego tekstu.

Daleki jestem od przyznania racji pewnemu pisarzowi, który powiedział mi, że poezja jest już niepotrzebna, bo jej miejsce w całości zajął rap, hiphop i inne gatunki muzyczne oparte na melorecytacji. Być może z racji wykształcenia, być może z powodu jakieś narodowego stereotypu, który wtłoczono mi do głowy, uważam, że wciąż potrzebujemy poezji i poetów. Tylko trochę innych od tych, których dane mi było poznać. Studiowałem na Wydziale Filologicznym w Katowicach, a tam przebywają poloniści, z których wielu miało (mam nadzieję, że wciąż ma) poetyckie ambicje. Spotkania z nimi bywały inspirujące, ale znacznie częściej podnosiły mi ciśnienie.

Były trzy grupy. Tacy, którzy widzieli język i tym językiem pragnęli się zajmować. Poezja była dla nich tylko i wyłącznie formą interesującego zapisu. Rozmontowywali każdy wiersz na części pierwsze, a te pozbawione lingwistycznych zapędów automatycznie traktowali jako gorsze, nic nie warte i nie uznawali ich za poezję najwyższych lotów. Druga grupa była nadmiernie egzaltowana. Pragnęli drugiej Młodej Polski lub przynajmniej jakiegoś małego powrotu romantyzmu. Tetmajera cytowali z pamięci, a wierszach doszukiwali się różnych wątków. Najlepiej, żeby było coś o górach i mistycyzmie – wtedy byli zadowoleni. Dla trzeciej grupy fundamentem był stereotyp zagubionego poety. Wędrowali po górach i rozmawiali o tym, że świat ich nie rozumie, że oni żyją w intymnej rzeczywistości i tylko czasem sięgają z niej do szarych ludzi. Gardzili tymi, którzy nie doceniali uroków ich delikatnych wierszy ułożonych z egzystencjalnego bólu.

Julia Webb / Recycled Poetry (CC BY-NC-ND 2.0)

Julia Webb / Recycled Poetry (CC BY-NC-ND 2.0)

Od tego zaczęła się moja niechęć do poezji na studiach. Prozaicy jakoś mniej obnosili się ze swoimi myślami, bólem, czy innymi rzeczami, które ich bolały. Pisali, chlali, ćpali i do swojej twórczości mieli znacznie większy dystans. Byli tacy, co uważali się za kolejne wcielenie Dostojewskiego lub Hemingway’a, Nobla już widzieli na swojej półce i odcinali kupony z adaptacji filmowych swoich genialnych powieści. Nie wyszło. Poeci obrażali ich, mówiąc, że są zwykłymi rzemieślnikami, a oni to artyści, tacy prawdziwi, a nie tacy udawani. Prozaicy odcinali się okrzykiem wierszokleci i wracali do setki wódki. Próbuję swoich sił w twórczości, z różnym skutkiem. Raz uda mi się coś wygrać, innym razem dostanę tylko wyróżnienie. Studia, szczególnie poczynione na nich znajomości, zaszkodziły mi w rozwoju mojego pisania. Dlatego zacząłem blogować, zająłem się krytyką literacką, dziennikarstwem i pracą naukową. Dopiero na kończy jest twórczość. Odwróciłem porządek.

Trudno się temu dziwić. Dwa razy, więc nie można tego uznać za przypadek, udałem się na slam poetycki, który bardzo szybko ochrzciłem mianem „poetyckiego sZlamu”. W katowickim Guga zebrali się różni wierszokleci, którzy próbowali zachwycić publiczność. Robili to różnie – recytowali, wymownie patrzyli, deklamowali lub zygzakowatym krokiem zmierzali w kierunku granic sceny. Nikt nie spadł, a szkoda, bo to mogłoby znacznie ożywić całe wydarzenie. Nabrałem wtedy niepokojącego wstrętu do poezji. Patrzyłem na nią przez pryzmat właśnie tych twórców, nieudolnych, próbujących zainteresować swoją rozpaczą. Przy tym wszystkim nie dostrzegali granic własnej twórczości, brakowało im chęci, aby ją rozwijać. Każdą ludzką aktywność można dopracować, przecież wszyscy dążymy do doskonałości. Jednak ci młodzi poeci, obecni na sZlamie, wierzyli, że już osiągnęli perfekcję. Tylko te wieprze siedzące przy stolikach i pijące piwo, są ślepe na ich perły. Jak tu mieć ochotę na kontakty z młodymi twórcami? Z perspektywy nauczyciela wiem, że niewiele się zmieniło. Być może na tym polega rozwój, sam byłem zwykłym arogantem, który uważał, że zawsze ma racje. Pokory nauczyła mnie moja Promotor oraz lektura tekstów krytycznoliterackich z dwudziestolecia międzywojennego. Dzisiaj już wiem, że z twórczością trzeba postępować ostrożnie. Pisanie to coś więcej niż wena, natchnienie i boska iskra, to także zwykła, codzienna i męcząca praca.

Brittney Buckley / Rolled poetry. (CC BY-NC-ND 2.0)

Brittney Buckley / Rolled poetry. (CC BY-NC-ND 2.0)

Opisałem tylko czas studiów i właśnie dotarło do mnie, że to za mało. Niechęć do poezji rozbudzano we mnie wcześniej, śmiem twierdzić, że spotkałem na swojej drodze osobę, która potrafiła zabić w młodym człowieku miłość do literatury. Będzie groźnie, więc osoby o słabszym sercu proszę o zrobienie sobie przerwy lub przeskoczenie do ostatniego akapitu. Skończyłem gimnazjum, bo jestem z pokolenia eksperymentalnej reformy, która jest spektakularną porażką, ale nikt z rządzących nie chce tego przyznać. Tam nauczycieli od polskiego miałem porządnych, z werwą, umiejących rozbudzić ciekawość. W liceum, cóż, tam było znacznie gorzej. Klasa humanistyczna, do której chodziłem, pozbawiona była nauczyciela, który potrafiłby przekazać jakąkolwiek wiedzę o literaturze polskiej. Na zajęciach obowiązywał podręcznik i poszukiwanie tych właściwych odpowiedzi. Każda osoba wychodząca poza schemat była natychmiast karana kąśliwą uwagą. Liczył się KLUCZ i to on zamykał nas na piękno twórczości literackiej. Najgorzej było z wierszami. Nie obowiązywał model co autor miał na myśli, ale co autorzy podręcznika sądzili, że poeta miał na myśli. Wiedza była zbędna, wystarczyło umiejętnie odczytywać te jedyne i słuszne stwierdzenia. Jak miałem pokochać poezję, skoro przedstawiono mi ją jako pełną gotowych odniesień?

Jak zawsze miłość do czegokolwiek zabija w nas edukacja. Chciałbym tak powiedzieć, chciałbym wierzyć, że to stwierdzenie jest prawdziwe. To tylko część prawdy, a więc całe kłamstwo. Miłość do czegokolwiek zabijają w nas nieudolni nauczyciele. Zapatrzeni w podręczniki, wierzący, że system nas wyzwoli i utrzymać status quo. Matura jest wygodna. Do uczenia i sprawdzania, bo wystarczy wykuć konkretne stwierdzenia, a potem zdać z nich relacje. Zadanie dotyczące czytania ze zrozumienie sprawdza spryt ucznia, jego umiejętność do wychwytywania tych najważniejszych informacji i w żadnym wypadku nie uczy świadomej lektury. Nasza współczesna edukacja, to szkolenie ze sztuki mimikry. Trzeba się tak maskować, żeby zostać uznanym za średniego, za przeciętniaka, bo tylko w ten sposób będzie można zdobyć wystarczającą ilość punktów.

Dlatego mamy takich, a nie innych młodych twórców. Nikt nie nauczył ich poruszać się po historii literatury. Są ślepi, skrzywdzeni przez nieudolnych nauczycieli i współczesne przekonanie, że każdy może pisać. Nie. Lepiej, żeby niektórzy tego nie robili.

//Obrazek wyróżniający: hobvias sudoneighm / poetry (CC BY 2.0)

Inaczej: polemika

Polemika. Czy ktoś jeszcze o tym pamięta? Niby moi studenci polemizują ze mną i między sobą na tematy związane z kulturą popularną i masową. Niby politycy polemizują ze sobą na tematy istotne dla kraju. Niby blogerzy „lajfstajlowi” polemizują z aktualnym stanem kultury. Ale gdy tylko pojawi się coś interesującego, gdy tylko jakaś osoba faktycznie napisze ciekawy tekst traktujący o rzeczach, które ją denerwują – od razu pojawia się magiczne stwierdzenie „ból dupy”.

Zajmuję się krytyką literacką. Za wszelką cenę nie chcę być kojarzony wyłącznie jako recenzent, więc zdarza mi się prezentować własny program literacki. Bywa nawet, że tworzę go w wyniku wstrząsu związanego z innym przeczytanym tekstem. I wtedy polemizuję, przedstawiam swoje zdanie i popieram je określonymi argumentami. Dokładnie tego samego uczę studentów, gdy rozmawiamy o tekstach kultury popularnej i masowej. I mam wrażenie, że uprawiamy coś, co w Internecie nazywa się „bólem dupy”. Rozważamy, rozkładamy i wyrażamy swoje opinie. Często ktoś jest krytyczny wobec danego tekstu, ale nie ma w tym nic złego!

Bo, parafrazując słowa Karola Irzykowskiego, prawdziwa kultura rodzi się w dyskusji. Dlatego tak bardzo drażni mnie określanie każdej – absolutnie KAŻDEJ! – formy polemicznej „bólem dupy”. Najlepsze jest to, że ten tekst również, zapewne, może zostać zaklasyfikowany do tej kategorii. Ale, proszę zobaczyć jaka tutaj jest definicyjna akrobatyka, to ból dupy o bólu dupy. I niech tak będzie! Bo już mam powyżej uszu notorycznej obojętności wobec wszelkich zjawisk kultury!

Krytykujcie! Dyskutujcie! Inaczej wszystkich nas zaleje tsunami miałkości.

W kluczu

Zawsze na początku roku akademickiego jestem zdenerwowany. Nie, nie na studentów, bo ten problem dotyczy ich pośrednio. Do szewskiej pasji doprowadza mnie zupełnie inna rzecz – klucz. Rzeczy niby mało inwazyjna, nawet bardzo potrzebna, bo drzwi trzeba czymś otworzyć. Tylko szkoda, że na klucz zamykane są młode umysły. Problem ten obserwuję od kilku lat, mnie również on dotyczył.

Pamiętam swoje pierwsze lata na studiach – człowiek siedział na wykładach, na ćwiczeniach i w zasadzie to nie wiedział czego od niego oczekują. O czym mówią ci ludzie? Skąd brać odpowiedzi? Jak je oceniają, skoro nie mają otwartej książki ze wskazówkami dla nauczycieli? Bo tak wyglądały zajęcia z języka polskiego w moim liceum (co – mam nadzieję – zdążyło się zmienić). Wszystkie te pytania i powodowane przez nie blokady miały jedno podłoże – wszechobecny klucz. Za jego pomocą otwierano dostęp do matury, bo przecież trzeba było się wstrzelić w odpowiedzi wymyślone przez mądrzejszych od siebie. Tego samego wymagano ode mnie na zajęciach w szkole średniej.

W zasadzie spod władzy klucza wydostałem się na czwartym roku. Przepraszam. Nie ten system. Na pierwszym roku studiów magisterskich uzupełniających. Po napisaniu pracy licencjackiej o Katedrze Jacka Dukaja zrozumiałem, że interpretacja nie polega na odpowiedzeniu na pytanie: „co autor miał na myśli”, ale jest skomplikowanym procesem, który polega na opisywaniu tekstu za pomocą określonej metodologii. Nie przez przypadek często mówię o sztuce interpretacji, bo to trzeba umieć robić, trzeba zręcznie przechodzić między sensami, zaczepiać je i z nich tworzyć stabilną konstrukcję. Wtedy to nie jest ani kluczowanie, ani wstrętna hochsztaplerka, tylko interpretowanie tekstu kultury.

Gdybym wciąż tkwił we władzy kluczy, to nigdy nie napisałbym pracy magisterskiej na temat powieści graficznej. Wymagało to ode mnie zbadania różnych kontekstów (literackiego i komiksowego), a następnie połączenie ich oraz scharakteryzowanie gatunku multimedialnego. W jakim kluczu się to mieści? W żadnym. Była to praca badawcza, mająca pierwsze znamiona pracy naukowej. W trakcie pisania zrozumiałem kilka kolejnych rzeczy.

Klucz jest bezpieczny. Zarówno dla ucznia, jak i dla nauczyciela. Pierwszy wie czego ma się nauczyć i jak odpowiadać, a drugi wie jak oceniać. Wystarczy przystawić tabelkę i sprawdzić, czy się wszystko zgadza.

Klucz krzywdzi uczniów. Nie pozwala im rozwinąć skrzydłem, sprowadza wszystkich do ustalonej średniej, a tych wystających ponad nią – bezlitośnie ścina. Skoro w ten sposób edukuje się młodzież, to jak polska nauka ma być innowacyjna?

Klucz to przyjemne zniewolenie, ponieważ zwalnia od odpowiedzialności. Odpowiedź może być dobra lub zła, więc trzeba strzelać. Kiedyś człowiek trafi, tylko szkoda, że dzieje się to za sprawą bezmyślnej strzelaniny, a nie myślenia.

Poza kluczem jest przyjemnie, ale niebezpiecznie. Trzeba brać odpowiedzialność za napisane i wypowiedziane słowa. Każdy mój artykuł, post, esej lub tekst krytycznoliteracki musi w pewien sposób łączyć się z innymi.

Dopiero wyzwolenie się od klucza pozwoliło mi na budowanie własnego światopoglądu. Rzecz trudna i bardzo niemodna, ale – moim zdaniem – obowiązkowa dla kogoś, kto zdobył wyższe wykształcenie.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén