Tag: superbohater

Autor: Rafał Szłapa

Nasi superbohaterowie

Z tego wywiadu miał być podcast, ale coś się zbiesiło i zmuszony zostałem przepisać całą rozmowę. Zwykła złośliwość rzeczy martwych. Miałem przyjemność porozmawiać z Rafałem Szłapą – człowiekiem odpowiedzialnym za jednego z najciekawszych polskich superbohaterów, czyli Blera. Możecie jeszcze wesprzeć wydanie kolejnego numeru. Zbiórka na wspieram.to wciąż trwa.

Adrian Jaworek: W rozmowie chciałbym poruszyć problem polskiego superbohatera, ale nie w kontekście komiksów nowoczesnych, które powstały po przełomie związanym z komiksem autorskim. Mnie interesowałoby superbohaterstwo takie, jakim dysponuje Kapitan Ameryka. Czy Polska potrzebuje takiego superbohatera?

(cisza)

Rafał Szłapa: Aha. Czekaj… Już nagrywasz?

(śmiech)

A.J: Cały czas!

R.S: Dobra. Jeszcze raz to pytanie. Przepraszam Cię. (śmiech) To było długie pytanie. Czy potrzebujemy takiego bohatera, tak?

A.J: Tak. Jak Kapitan Ameryka.

R.S: W amerykańskim stylu?

A.J.: Tak. W amerykańskim stylu.

R.S: Dobra. Jak nagrywasz, to jedziemy. Nie potrzebujemy.

A.J: Dlaczego?

R.S: Nie potrzebujemy, zasadniczo. W ogóle u nas przez całe lata komiksu superbohaterskiego nie było, takiego polskiego. Był TM-Semic, który wydawał rzeczy Marvela i DC. I to było super, na początku lat 90. wylądował TM-Semic z tymi rzeczami. Ludzie byli zachwyceni, bo przyszła do nas ta pożądana obca kultura.

Natomiast nie zmienia to faktu, że tego typu twory są nam obce. Obce mentalnościowo.

A.J: A taki Thorgal Rosińskiego? To superbohater? Można go tak klasyfikować?

R.S: Nie. Nie, to jest postać fantasy.

A.J: Z taką klasyfikacją spotkałem się na zajęciach o polskich superbohaterach. Jeden ze studentów zaproponował, aby do superherosów zaliczyć Thorgala. Przyznam szczerze, że zamilkłem. Po pierwsze dlatego, że ginie wśród studentów kulturoznawstwa i nauk pochodnych świadomość istnienia czegoś takiego jak komiks polski, w ogóle zanika zainteresowanie komiksem. Dlatego Thorgalowi przyszywa się łatkę superbohatera. Ja spotkałem się jeszcze z Polskim Duchem. Słyszałeś o takiej postaci?

R.S: Tak, tak, tak. Śledzę.

A.J: Ta postać jest dla mnie próbą przełożenia Kapitana Ameryki na grunt polski. Jak, Twoim zadaniem, to wyszło?

R.S: To są moi kumple. Powiem tak – ja bym wiele zmienił w tym komiksie. Kibicuje mu, bo to moi koledzy. Kibicuje, żeby wyszło i szło to jak najlepiej. Mam wrażenie, że formuła komiksu internetowego publikowanego w takich odcinkach, jak jedna plansza na tydzień, jest za ciasna dla tej konkretnej idei. Sam mam doświadczenie z publikowaniem historii w odcinkach; to się wszystko rządzi specyficznymi zasadami. Nie chodzi nawet o sam komiks superbohaterski, co o przyjęcie pewnej konwencji i dostosowanie do niej fabuły. Tutaj pewnie parę rzeczy bym zmienił.

Ja mam z tą historią cały czas problem, ona się zapowiada fajnie. Jest fajny design postaci, jest fajne rozpoczęcie fabuły i mam wrażenie, że ta historia ciągle się rozpoczyna. Wciąż nie doszło do tego pierdolnięcia, które ma mnie zaintrygować i wciągnąć dalej.

Rafał Szłapa

Rafał Szłapa

A.J: Masz na myśli konflikt charakterystyczny dla komiksu superbohaterskiego?

R.S: Coś ciągle „ma” się dopiero zdarzyć, mam takie wrażenie, jeżeli mogę sobie pozwolić na małą recenzję tego, co chłopaki dotychczas robili. I na ich miejscu bym to przyspieszył. Ja wiem, że tam już biją głównego bohatera i coś rzeczywiście się dzieje. Natomiast wciąż nie wskoczyliśmy w tę historię na tyle, aby w napięciu oczekiwać na kolejne odcinki.

A.J: Absolutnie nie przeszkadza Ci to przedstawienie idei narodowościowej w konwencji superbohaterskiej?

R.S: Nawet nie wiemy, jak ona zagra, bo ta postać [Polski Duch – dopisek A.J.] się nie pojawia w tym komiksie. Ona jest w logotypach tego komiksu, ona gdzieś przemknęła ulicą obok głównego bohatera, ale jej de facto nie ma.

Nie wiemy co myśli, co ma nam do powiedzenia, jakie relacje tworzy z innymi postaciami. Na pewno jest wrogiem tych złych. Tego się domyślam! Nie znalazłem tego w opublikowanym materiale. Autorzy opowiadają o jakimś bohaterze, ale jego nie ma.

Jasne, takie eksperymenty funkcjonują. Była seria o Gotham, gdzie Batman pojawiał się czasem w tle. Te komiksy były o Gordonie, o policjantach, którzy tam pracują na tym posterunku i tak dalej. Sam takie rzeczy próbowałem robić przy drugim Blerze, gdzie postać była opowiadana przez innych. Główny bohater był na drugim planie, mówili o nim, ci, którzy się z nim zetknęli. Ale oni ją definiowali. W tamtym Batmanie chodziło o coś innego, był to spin off czegoś, co już funkcjonuje i można sobie pozwolić na takie zabawy.

Natomiast nie można zacząć opowieści o bohaterze od tego, że się go nie pokazuje przez większość czasu. Dla mnie nie jest to dobry kierunek. Może chłopaki patrzą na to inaczej, więc z ciekawością zasiadam do lektury kolejnego odcinka. Zastanawiam się, co oni z tym zrobią. Pewne rzeczy bym tutaj zmienił, ale to jest moje zdanie.

A.J: Tworząc Blera, inspirowałeś się jakimiś bohaterami?

R.S: Supermanem.

A.J: Supermenem? Takim klasycznym?

R.S: Takim TM-Semicowskim, bo takiego znam najlepiej. Postać Supermana zawsze mnie fascynowała. Może to mieć związek z tym, że Superman III był jednym z pierwszych filmów, na których byłem w kinie. Taki okropny film. Richard Lester, tak chyba nazywał się reżyser. To były takie popłuczyny po pierwszym i drugim Supermanie z Christopherem Reevem, zrobili trzeci… Jak go obejrzałem po latach, to łapałem się za głowę! Jakie to było strasznie słabe!

Mam sentyment do tej postaci. Później, kiedy Semiki wydawali Supermana, to śledziłem go na bieżąco – do pewnego momentu. Natomiast sama geneza tej postaci, to jak było to opowiadane – bo to był jakiś restart tej postaci – to wszystko było fajne i składne. Uważam, że ta postać ma ogromny potencjał, do dziś niewykorzystany. Aczkolwiek coś się z tym zaczyna dziać. Nie śledzę tego ruchu wokół Supermana, ale widzę, że szuka się jakichś rys.

Bardzo ciekawe spojrzenie, w zasadzie oczywiste, ale nigdy tak na to nie patrzyliśmy, pojawiło się w drugim Kill Billu Tarantino. Przed decydującym starciem Kill Billa z bohaterką on jej opowiada o Supermanie. On różni się od większości postaci superbohaterskich, ponieważ Batman i Spiderman muszą się przebierać. Natomiast Superman musi przebierać się za człowieka, jego kostiumem jest człowieczeństwo.

Rafał Szłapa

Rafał Szłapa

A.J: Tak! Świetne spostrzeżenie! Interesujące jest także to, że Ty, jako twórca komiksów, wskazujesz na jedną z najbardziej ikonicznych postaci. Zawsze mam wrażenie, że osoby tworzące opowieści obrazkowe raczej będą wskazywały na Franka Millera i to, co zrobił z Batmanem, na komiks autorski lub na powieści graficzne. A tu nagle okazuje się, że są tacy, którzy wolą tradycyjne podejście, czyli Supermana.

R.S: Ja nie mówię, że te zeszytówki są, aż tak fascynujące. Zbierałem te Semicowskie na początku lat 90., a później to już tak z doskoku. One są śmieszne, czasami tam są takie głupie przygody. Natomiast fascynuje mnie sam potencjał, który Superman ze sobą niesie. To człowiek, który może wszystko, ale mimo wszystko to człowieczeństwo gdzieś w nim jest. Ta postać jest coraz bardziej uczłowieczana.

Dla mnie najbardziej interesujące jest to, jak człowieczeństwo koliduje z jego nadludzkimi możliwościami.

A.J: Nie masz wrażenia, że nie wszyscy ci klasyczni superbohaterowie mają taki sam potencjał do uczłowieczania. Mam na myśli takie postacie jak Superman, Spiderman, Batman czy Iron Man… Wiem, że niepotrzebnie ich wrzucam do jednego worka, ale o nich się myśli jako o ikonach superbohaterskich.

Jest różnica pomiędzy tym, jak został uczłowieczony Batman przez Nolana i jak próbuje się uczłowieczyć Supermana lub Spidermana. Wychodzi to dramatycznie różnie.

R.S: Tak wychodzi. DC w ogóle nie ma szczęścia do adaptacji. Zdarzył im się Nolan, a wcześniej Burton, ale to wszystko dotyczy jednej postaci – Batmana, który jest fajny. Po złapaniu tej mrocznej konwencji można iść w różnych kierunkach. Bardziej groteskowym jak Burton lub realistycznym jak Nolan, ale zawsze się to trzyma kupy. Są problemy przy opowiadaniu o innych.

Ja próbowałem oglądać tego nowego Supermana…

A.J: Człowieka ze stali…

R.S: Tak, Człowieka ze stali. I kurczę, no… On miał fajne trailery i w nich było więcej o tym człowieku, który ma supermoce i jest równy bogom. Jest bogiem na Ziemi, a jednocześnie ma swoje rysy w środku, ma swoje wewnętrzne dylematy. Trailer zapowiadał właśnie takie rozegranie sytuacji, natomiast w samym filmie było więcej nawalnki. Od pewnego momentu przewijałem .

(śmiech)

Chyba nie wyszło, tak jak miało albo jak niektórzy by chcieli. Produkcja wielkiego dzieła jest zawsze sumą jakiś kompromisów. Wielkie pieniądze są na to wyłożone, więc wygrała „opcja słuchajcie, to jest Superman, on ma się napierdalać w powietrzu, a nie łazić. Co on będzie robił, snuł się?”

A.J: Ma nie rozważać kwestii egzystencji, tak jak Bruce Wayne, który się snuje po swojej posiadłości. Taki Superman by się nie sprzedał.

A jak się odnosisz do filmów takich jak Avengers?

R.S: Marvel poszedł w inną stronę, Marvel zawsze był zabawny. Mam wrażenie, że jak im wychodzi coś ambitnego, to mimochodem. Tak jak X-Men: Pierwsza klasa. Gdy seria o X-Menach była pogrążona przez tą koszmarną trójkę i wydawało się, że już nic się nie da z tym zrobić, przyszedł jakiś facet – to nie był ten Singer, który robił tamtych X-Menów, nie pamiętam nazwiska [był to Matthew Vaughn – A.J]– i zrobił świetny film. Z nowymi aktorami, oderwany od tamtych rzeczy i dało się.

Zawsze śmieszy mnie scenografia w tych filmach. Oni sobie piszą w zeszycie: miasteczko na pustyni, duże miasto i coś tam. Tła, w których toczą się te filmy – jeszcze nie widziałem najnowszych Avengers – zawsze są wysterylizowane. Jest miasto, drapacze chmur i tak dalej, samochody w dole; miasteczko na pustyni i tak dalej. Może to w jakiś sposób podkreśla komiksowość historii. Natomiast takie Gotham Nolana może istnieć i ono istnieje, zwłaszcza to z drugiego Batmana.

Scenografie Marvela są sterylne, jest w nich jakiś rodzaj sztuczności, takiej umowności. Mnie to nie razi, nie przeszkadza mi to w oglądaniu, ale wiem, że jest to historia wymyślona, nie próbuję jej odnosić do czegokolwiek. W Marvelach chodzi o zabawę.

A.J: Faktycznie, jest to wyraz takiej komiksowości. Jak sobie przypominam plansze z Supermana, to tam tło wcale nie było takie istotne. Twórcy operowali uproszczeniami bardzo mocno nawiązującymi do kultury amerykańskiej – wspomniane przez Ciebie miasteczko na pustyni lub metropolia.

R.S: Miałem taki moment, że nadrabiałem i obejrzałem parę takich filmów o superbohaterach i zauważyłem, że tła – laboratoria, miasteczka na pustyni – są bardzo sterylne i bardzo sztuczne. Mam się wrażenie, że jeżeli się odejdzie o dwie uliczki od miejsca, w którym toczy się walka, to staniemy za taką kartonową makietą, tam dalej nic nie ma.

A.J: Albo życie toczy się normalnie, ludzie siedzą w restauracjach, samochody jeżdżą…

R.S: Tak. Powołam się znowu na te stare Supermany z Christopherem Reevem. Nikt dzisiaj nie zrobiłby tak walk superbohatera z wrogiem, tak jak było to w drugim Supermanie, gdzie główny bohater walczył z przestępcami, którzy lądują na Ziemi, zresztą tam jest generał Zod wyglądający inaczej, niż w Człowieku ze stali. Oni walczą, a obok stoją ludzie i jedzą lody, i patrzą na nich. Jak Superman dmucha, to im spadają te gałki lodów na ziemię. (śmiech) Albo ktoś inny gada w budce telefonicznej, nie zwracają na nich uwagi. (śmiech) To są głupie szczegóły, ale dodają dużo życia tamtej historii.

A.J: Zastanawiasz się nad adaptacją Blera?

R.S: Jaką?

A.J: Nad filmem, animacją, sztuką teatralną…

R.S: Może gra komputerowa. Pojawiły się takie propozycje, ale jesteśmy na etapie rozmów i gdybania. Trudno tu cokolwiek mówić. Mam to szczęście, że ta historia się podoba, pewnie to w jakiejś mierze moja zasługa. (śmiech) Jest dosyć pozytywne nastawienie do mojego komiksu, więc czasem przychodzą różni ludzie z różnymi propozycjami.

A.J: Jakie pułapki czyhają na tych potencjalnych adaptatorów Blera?

(śmiech)

R.S: Jeżeli chodzi o filmowych, to nawet nie muszę mówić. Wystarczy Wiedźmina obejrzeć…

A.J: Latające pluszaki…

R.S: Powiem Ci, Adrianie, że nie do końca. Bler jest dosyć realistyczny, mało jest trzaskania piorunami z ręki, myślę, że to stosunkowo niskim kosztem zrealizować. Tam naprawdę nie ma jakiś mega fajerwków.

To jest też pewien rodzaj podejścia filmowego, które Amerykanie mają. Oni są świetnymi rzemiechami, a u nas, mam wrażenie, jest więcej artystów, niż rzemieślników. Dlatego to tak czasem wychodzi, jak wychodzi.

A.J: W Blerze jest bardzo istotna postać, jej rozwój. Wspomniałeś o grze komputerowej i zastanawiam się w jaki sposób można by uchwycić ten element.

R.S: Pewnie trzeba byłoby zaprezentować wycinek albo nie przenosić niczego bezpośrednio z tej historii. Nie chcę robić rzeczy typu „robimy platformówkę i Bler przechodzi wszystkie te przygody, skacząc po platformach” (śmiech) Nienawidzę platformówek, tak swoją drogą.

Myślę, że jeżeli jakaś gra komputerowa powstanie, to opowiemy więcej o świecie Blera, niż przełożymy jego przygody.

A.J: I to jest ciekawe. Budowanie uniwersum widzimy przy innych superbohaterach i to się sprawdza. Jak jeszcze chciałbyś rozszerzyć Blera?

R.S: Jedną z możliwości, która się nadarzyła i pojawiła… Nie mogę na razie konkretów mówić…

A.J: Rozumiem, a ja tak ciągnę, jak jakiś dziennikarzyna…

(śmiech)

R.S: Ale ja zaraz opowiem wszystko jak na spowiedzi, ale się na razie tak asekuruje. (śmiech) W każdym razie jest możliwość częstszego wydawania Blera w formie cyfrowej. To będzie nowy czytelnik, będzie to na innych zasadach działać, to być może wtedy opowiem tę historię od nowa, tylko szerzej, z trochę innej perspektywy. Wydane komiksy budowały nie tylko teraźniejszość bohatera, ale również opowiadały dużo o jego przeszłości – opadały kolejne zasłony. Teraz można to opowiedzieć, na przykład po kolei.

A.J: Nie boisz się zmiany odbiorcy? Ten cyfrowy jest zupełnie inaczej nastawiony do medium niż ten odbiorca papierowy.

R.S: Zatoczyliśmy pewne koło, bo to wiąże się z tym, co mówiłem o Polskim Duchu. Tak, jasne, obawiam się, ale nie mogę wiele mówić o przedsięwzięciu. Troszkę inaczej to będzie wyglądało i w dużo większym tempie. Jak powiem, że będzie jeden zeszyt miesięcznie… To jest sporo, dwadzieścia cztery strony co miesiąc.

A.J: Jak oceniasz zbiórkę na Blera…

R.S: Właśnie nie mogłem się z Tobą dzisiaj połączyć, bo przez tę zbiórkę ciągle coś się dzieje. Zebrałem kwotę właśnie dzisiaj [wywiad został przeprowadzony 11 września – A.J] i ciągle mi ktoś gratuluje. Nie nadążam. Nie mam tylu fanów, żebym nie mógł każdemu odpowiedzieć. Staram się każdemu coś powiedzieć, każdemu podziękować, powoli dochodzę do tego stadium, że już nie wyrabiam. (śmiech)

Autor: Rafał Szłapa

Autor: Rafał Szłapa

A.J: Crowdfunding był formą szansy dla Blera, a może jego ostatnią nadzieją?

R.S: Powiem tak – oni [portal wspieram.to – A.J] dołożyli taką rubryczkę pod tytułem ryzyko i tam zazwyczaj każdy zakładający projekt piszę, że jak nie zapłacicie, to nie wyjdzie. Albo nie zapłacicie, to wyjdzie w mniejszym nakładzie i bardzo drogie.

W moim wypadku jest tak, że i tak chciałbym to wydać. Ja przez crowdfunding widzę nie tylko możliwość zebrania pieniędzy – za co, oczywiście bardzo wszystkim dziękuję, bo to jest nieprawdopodobne – ale także możliwość wyprodukowania dodatkowych gadżetów, którymi mogę ucieszyć osoby przyczyniające się do publikacji komiksu. Jest też dla mnie narzędziem promocji komiksu i docierania do ludzi.

Zajmuję się wszystkim sam, nie jestem specem od dystrybucji, nie mam na to czasu; może od promocji jestem trochę większym specem, ale z kolei nie mam na to środków, żeby sobie wziąć i palnąć w „Nowej Fantastyce” ogłoszenie na całą stronę, że jest Bler. Do czytelników docieram tymi kanałami, które dostarcza Internet – crowdfunding jest jedną z nich.

A.J: Ja tak dotarłem do Blera, przeglądając informacje na temat różnych zbiórek. Bardzo dziękuję za rozmowę.

R.S: Bardzo mi miło. Również dziękuję.

//Wszystkie grafiki zostały wykorzystane za zgodą Autora i nie podlegają licencji CC.

francois schnell / Podcasts anywhere anytime (CC BY 2.0)

NaSłuch #4 – Mój problem z Daredevilem

//Muzyka: Grzegorz Pikuliński.

//Obrazek wyróżniający: francois schnell / Podcasts anywhere anytime (CC BY 2.0)

//Podcast można odsłuchać na Soundcloud lub pobrać.

Esparta Palma / It's not easy to be a superhero (CC BY 2.0)

Nasi superherosi

Superherosi dzisiaj mają lekko. Od kilku lat, przynajmniej dwa razy w roku, mamy okazję oglądać ich w akcji. Jedni zachwycają się przygodami współczesnych herosów w kinie, a inni na ekranach telewizorów lub laptopów. Nie zmienia to faktu, że superbohaterowie znowu przebili się do świadomości odbiorców popkultury. A już mówiło się o ich kryzysie, o tym, że zostaną na długi czas bez zajęcia. Wszystko zmieniło się, gdy na ekrany kin zawitała pierwsza część Avengers.

Co uważniejsi fani komiksowych superherosów zauważą, że wcześniej pojawiła się pierwsza część trylogii o Mrocznym Rycerzu w reżyserii Christophera Nolana. Dla mnie, cała ta seria, nie jest przykładem na to, że superbohaterowie triumfalnie wrócili na szczyt popkultury, raczej stanowi potwierdzenie kryzysu tych postaci. Batman zostaje uczłowieczony. Christopher Nolan zmierza w kierunku koncepcji Mrocznego Rycerza, która znana jest z komiksów Franka Millera. Istotne stają się problemy moralne, z którymi musi poradzić sobie Bruce Wayne. Najważniejsze jest jednak to, że Batman zostaje pokazany, jako bohater trudny do zaakceptowania i działający na granicy prawa. Czy w takim co odróżnia go od Jokera, Bane’a lub Crane’a? Okazuje się, że bardzo niewiele, ponieważ Christopher Nolan w genialny sposób rozmył granicę między dobrem i złem. Wprowadziło to szarości do świata przedstawionego superherosów, ale nie wszyscy byli w stanie wytrzymać taką zmianę. Batman pod tym względem był wyjątkowy. Dodanie skomplikowanej moralności, która nie jest oparta na archetypowym konflikcie Dobra ze Złem, ale wymaga ciągłego balansowania na krawędzi, sprawiło, że Bruce Wayne ponownie stał się bohaterem popkultury.

Na prawdziwy powrót motywu superbohatera trzeba było poczekać, aż do pojawienia się pierwszej części Avengers. Oczywiście grunt pod ten powrót został odpowiednio użyźniony. Były, moim zdaniem, trochę nieudolne próby przeniesienia na ekrany Hulka. Adaptacje te są średnie, łatwiej przypiąć im łatkę kryzysowych, niż faktycznie superbohaterskich. Ale to wahanie najbardziej widać na przykładzie Człowieka Pająka, X-Menów oraz Fantastycznej Czwórki. We wszystkich tych przypadkach autorzy nie do końca wiedzieli jak ugryźć problem superbohatera. Dlatego wychodziło im to w sposób kiczowaty. Sięgali po konwencję, która sprawdzała się w Złotej Epoce Komiksu, gdy Superman ratował ludzkość i nikt nie próbował kwestionować jego nadprzyrodzonych umiejętności. Po drodze pojawiły się komiksy autorskie, które, w bardzo ostry sposób, zrywały z konwencją superbohaterską, byli także antybohaterowie i tu za przykład może posłużyć brutalny Lobo. Nie było miejsca na trykoty i patos. Podświadomie wyczuwano, że superherosi się zużyli, że wymagają jakiegoś odświeżenia. I tak się stało.

Zapowiedzią powrotu byli Iron Man oraz Kapitan Ameryka, ten ostatni w szczególności. W Thorze tego nie widać, ale wynika to z konstrukcji tego bohatera. Jest on podwójnie mityczny, osadzony w dwóch mitologiach – historycznej, czyli nordyckiej oraz współczesnej, czyli popkulturowej. Inaczej jest w przypadku Iron Mana oraz Kapitana Ameryki. Trudno jednoznacznie wskazać, który z nich stał się Supermanem naszych czasów. Tony Stark na pewno stanowi uosobienie współczesnych pragnień – geniusz, arogancki bogacz, playboy, na dodatek otoczony nowoczesną technologią. Brakuje mu funkcji integrującej, która jest kluczowa dla Kapitana Ameryki. A ten stanowi relikt przeszłości, nowoczesność wydaje mu się dziwna, dlatego w Avengers pojawia się mały konflikt między nim, a Iron Manem. Kapitan Ameryka staje się spoiwem łączących superbohaterów ze zwykłymi śmiertelnikami i to wyzwala w Tonym Starku potrzebę pomocy oraz umiejętność poświęcenia siebie dla innych.

Te dwa elementy były bardzo ważne dla tradycyjnej koncepcji superbohatera. Miał on – przede wszystkim – walczyć ze Złem, które było bardzo precyzyjnie określone, najczęściej dochodzi do jego personifikacji. W Avengers tak się dzieje, z tym, że uosobienie Zła jest podwójne – mamy Lokiego oraz najeźdźców z kosmosu. Intencje są oczywiste, zagrożenie dla Ziemian również, co prowadzi do pojawienia się superbohaterów oraz uratowania sytuacji i przywrócenia porządku. Ten ostatni element jest bardzo wyraźny, ponieważ świat staje się ponownie bezpieczny oraz zyskuje obrońców. Co prawda w zakończeniu filmu pojawiają się słowa krytyki skierowane do działającej grupy superbohaterów, ale nie mają one na celu ich zdyskwalifikowania! Zadaniem wyrażonych obaw jest podkreślenie, jak wielkie znaczenie miała ta interwencja. Zestawia się zniszczenia dokonane w Nowym Jorku z ogólnoświatowym zagrożeniem. Kilka budynków i ulic można poświęcić, ważne, że Ziemia jest bezpieczna i ma swoich zdeklarowanych obrońców.

Nowa superbohaterskość?

Film Avengers odbudowuje funkcje superbohatera we współczesnej popkulturze. Mało istotne stają się wady poszczególnych postaci, nikt nie próbuje ich na siłę uczłowieczać. Są zestawem cnót: wybaczają, kierują się wyłącznie istotnymi wartościami, są w stanie poświęcić się dla ich i – co najważniejsze! – w obliczy kryzysu zapominają o tym, co ich dzieli i się jednoczą. Avengers to tekst kultury opowiadający o pracy w grupie, której celem jest wyrwanie świata z chaosu. W dalszym ciągu jest to realizacja superbohaterskiej konwencji, ale zostaje ona dostosowana do potrzeb współczesnego widza. Ważne jest unikanie patosu, a jest to coś, co łatwo wychwycić w starych komiksach. W Avengers podniosłe kwestie pojawiają się rzadko, autorzy umiejętnie grają dowcipem i jednocześnie dają do zrozumienia odbiorcy, że zagrożenie wcale nie jest zabawne i tylko współpraca może ocalić Ziemię. Znamienne jest, że nośnikiem patetycznych treści jest Kapitan Ameryka.

Tylko ta postać jest pozbawiona znamion nowoczesności. Stanowi reprezentację tradycyjnych i pozytywnych wartości. Jego przywrócenie do życia można zinterpretować jako powrót do zapominanych przez współczesne społeczeństwa elementów. Avengers ma opowiadać o budowaniu bezpieczeństwa poprzez współpracę pomiędzy superbohaterami, mają oni nieść pomoc innym i całkowicie zapomnieć o wszystkich animozjach. Kapitan Ameryka, być może chwilami bardzo staroświecki, występuje jako postać ułatwiająca to zjednoczenie. W ten sposób autorzy nawiązują do jego komiksowego rodowodu – przecież to on, z kolorowych plansz, pokonał nazistów, a potem bezlitośnie tłukł komunistów. Liczyło się dla niego bezpieczeństwo narodu, jednocześnie nigdy nie zapomniał o swoim najlepszym przyjacielu. Zahartowany został w ogniu wojny i jako jedyny był w stanie dostrzec, że nowoczesne społeczeństwo nie przetrwa jako grupa indywidualistów. Z takimi osobami przyszło mu współpracować. W Avengers superbohaterowie, na początku, kierują się tylko i wyłącznie własnymi interesami, co najmocniej widać na przykładzie Iron Mana. Dopiero działania oraz słowa Kapitana Ameryki zaczynają budować zręby współpracy. Ktoś musi jednoczyć i rola ta przypadła tej postaci.

Zastanawiam się jak długo potrwa ten renesans superbohaterów i czy jest zapowiedzią poważniejszych zmian w popkulturze. Kto jeszcze zostanie odświeżony? A może powstaną nowi superherosi? Na pewno kolejne filmy wykorzystujące naszych ulubieńców będą nawiązywały do modelu, który pojawił się w Avengers. Ile czasu zajmie popkulturze przetrawienie nowej superbohaterskości?

// Obrazek wyróżniający: Esparta Palma / It’s not easy to be a superhero (CC BY 2.0)

//Skany kary: Mark Anderson.

Spider-Man: Noir / Marvel

Pająk w czasach prohibicji

Superbohaterowie w klimatach noir? Pozbawieni technologicznej przewagi nad swoimi przeciwnikami, angażujący się w walkę z przestępcami z czasów prohibicji, poruszający się po nieprzyjaznej przestrzeni miast. Kuszące, prawda? I obowiązkowe dostosowanie umiejętności do kontekstu historycznego! Prawdziwe wyzwanie, bo jak niby ma pojawić się taki Człowiek Pająk bez obecności napromieniowanego insekta?

Ten problem da się rozwiązać. Wystarczy sięgnąć po pewien, teraz odrobinę zapominany, podgatunek fantastyki. Myślę o tak zwanym weird fiction będącym wypadkową powieści grozy oraz powieści fantastycznej. Fabuły opowieści zaliczanych do tego podgatunku składały z wielu różnych elementów. Pełne były nadprzyrodzonych zjawisk mających mityczne korzenie, a – żeby nie było nudno – zdarzało się, że autorzy dodawali wątki naukowe. Z tego nietypowego połączenia narodziło się weird fiction, w Polsce znane jako opowieść niesamowita. Pomieszanie wielu elementów sprawiło, że trudno wskazać jednoznaczne wyróżniki dla tego podgatunku. Zaliczają się do niego utwory Edgara Alla Poe, Lovecrafa oraz Stefana Grabińskiego. Wszystkich tych autorów łączyło oryginalne ujęcie tematu fantastyki i niecodzienne postrzeganie świata.

Wróćmy do Człowieka Pająka. W 2008 roku, nakładem wydawnictwa Marvel, ukazał się komiks Spider-Man: Noir. Akcja została osadzona w Nowym Jorku, na przełomie roku 1931 i 1932. Miasto to jest przerażające. Autorzy w interesujący sposób sportretowali trudny okres Wielkiego Kryzysu oraz rozwój przestępczości spowodowany trwającą prohibicją. Odbiorca obserwuje miasto z perspektywy doświadczonego reportera Bena Uricha, któremu towarzyszy – dopiero obrastający w piórka – Peter Parker. Kadry pokazujące nędzę mieszkańców wielkiego miasta zostały narysowane w sposób sugestywny, a ich przerobienie na zdjęcia przygotowane do umieszczenia w gazecie sprawia, że nabierają one dodatkowej głębi. Stają się historiami utrwalonymi na papierze służącymi podniesieniu sprzedaży dziennika The Daily Bugle. Mają wyciskać łzy, być główną atrakcją, specjalnym dodatkiem do słów wypełniających strony. Nędza zostają skonfrontowana z rozpustą ludzi posiadających pieniądze i władzę. Tych zobaczyć można, gdy Peter Parker i Ben Urich odwiedzają klub Black Cat, w którym w najlepsze zabawiają się ludzie ze świecznika. Spider-Man: Noir nie jest tylko interpretacją komiksowych losów Człowieka Pająka. Jest to także interesująca opowieść o strukturze społecznej lat 30 w Stanach Zjednoczonych.

Fragment komiksu SpiderMan: Nori / Marvel

Fragment komiksu Spider-Man: Noir / Marvel

Ciotka Petera Parkera – May Parker – zostaje zaprezentowana jako kobieta namawiając robotników do walki o swoje prawa. Wypowiedzi tej postaci mają dwa wymiary: polityczny oraz moralny. Pierwszy zostaje wprowadzony, gdy mówi ona o wyzysku mas pracujących przez polików. Nie ma znaczenia, czy są to demokraci lub republikanie: wszyscy pragną jedynie pieniędzy. Ta dyskusja z kapitalizmem zostaje bardzo szybko zamknięta. Pojawiają się zarzuty o komunistyczne skłonności ciotki Petera Parkera, a to automatycznie spowodowało zdyskredytowanie mówcy. Postać ta została pokazana jako osoba pragnąca poprawy losu robotników, w jej słowach nie ma jednoznacznej krytyki kapitalizmu. Warstwa moralna pojawia się, gdy May krytykuje Spider-Mana za zabicie nieuzbrojonego człowieka. Co prawda Człowiek Pająk uratował jej w ten sposób życie, ale to nie miało znacznie – May Parker to postać, która jest idealistką i stara się nie dostrzegać, otaczającego ją, brutalnego świata.

Ktoś tym złem musi być, taka już zasada komiksu superbohaterskiego. Tym razem padło na Goblina. I właśnie w przypadku postaci złoczyńców doszło do najsilniejszego zwrotu w kierunku weird fiction. Goblinowi towarzyszą: człowiek-kanibal (stylizowany na postać Drakuli), treser zwierząt, kameleon potrafiący przybrać dowolną twarz oraz nadzwyczajnie silny mężczyzna. Wszyscy oni poznali się w cyrku, byli dziwadłami, na które ludzie lubili patrzeć, ale niekoniecznie chcieli się z nimi przyjaźnić. Ta niechęć popchnęła ich w kierunku przestępczości – stali się grupa gangsterów terroryzujących Nowy Jork. Ich odmienność ma być przerażająca, aby pokazać, że nie wszyscy „inni” są źli. Tym dobrym jest Człowiek Pająk, który swoją siłę zawdzięcza ukąszeniu pająka. Do tego momentu jest tak, jak mówi popkultura, ale robal nie był radioaktywny! Był PRZEKĘTY! Stanowił uosobienie mitycznej siły, która zabijała tych złych, a dobrych dotykała klątwą siły. Za sprawą tego wydarzenia Peter Parker uzyskuje umiejętności znane z tradycyjnych odsłon Człowieka Pająka – łazi po ścianach, ma nadludzki refleks i strzela pajęczą siecią. Jak widać autorzy komiksu wykorzystali to pomieszanie będące fundamentem weird fiction i nie jest to kiczowate. Sprawia, że cały komiks staje się przyjemny w odbiorze i nabiera innego charakteru.

W ten sposób odświeżono Człowieka Pająka. Dla Petera Parkera filtr z werid fiction okazał się być sukcesem. Wątki społeczno-historyczne sprawiają, że SpiderMan: Noir zmierza w kierunku komiksu autorskiego, poprzez wyzbycie się superbohaterskiej naiwności.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén