Tag: święta 2018

Tekst napisany na wsi

Grudzień. Jak co roku siedzę na wsi. Bo tak, bo mam dość miasta, bo nuży mnie odgłos przejeżdżających pociągów, bo nie chcę już oddychać smogiem. Dlatego wyjeżdżam. W każde święta i sylwestra, często na urlop. Jeździmy razem. Ja, moja Żona i pies. Cała nasza trójka chce wtedy odpocząć od miasta, od zaduchu, od czwartego piętra. Każde miejsce ma swoje wady i zalety. Wieś też potrafi być piękna do czasu, do jednego momentu, w którym ma się jej dość.

Mieszkaliśmy na wsi. Dokładnie pół roku, w bardziej niespokojnym okresie naszego życia. Przyjechaliśmy latem, zostaliśmy na jesień i zimę. Widzieliśmy, jak na drzewach liście zmieniają kolory. Grabiliśmy je w naszym ogrodzie. A potem obserwowaliśmy zasypujący wszystko śnieg. Powoli, centymetr po centymetrze, kawałek po kawałku. Na wsi człowiek szybko traci cierpliwość do tej białej kołderki. Po odśnieżeniu placu oraz drogi, po ciągłym zastawianiu się, czy tym razem uda się wyjechać, piękno zimy szybko blaknie. Pozostaje jedynie ciągły, nieustanny wkurw. Bo znowu napadało, bo znowu trzeba biegać z szuflą, bo znowu nie wiadomo, czy uda się wyjechać. Po każdej nocy trzeba się zmierzyć z niepokojem. Tak bywa, tak jest ułożona ta rzeczywistość.

A w mieście? Odśnieżona droga, ale parking po blokiem już nie. Rozjeżdżony przez inne samochody, ślisko, ślizgawka na jezdni. Znowu niepokój, zastanawianie się. Tylko tym razem dotyczy on innych spraw. Rozważa się, czy tym razem człowiek wyjedzie spokojnie, czy nie zahaczy innego auta. Na wsi to człowiek jeszcze popiół z pieca weźmie. A w mieście? Piasek trzeba trzymać w piwnicy? A może trzeba lać pod koła wrzątek, żeby wyjechać? W mieście podstawym plusem jest mnogość środków transportu. Jak nie samochód, to pociąg. Jak nie pociąg, to autobus. Od wielkiego dzwona można nawet udać się na tramwaj. Do pracy, na zakupy, zawsze się dojedzie. Codzienność daje więcej możliwości. Coś za coś. Wymienia, barter ewentualności, handel rozwiązaniami. Każdy z tego wybiera, to co najbardziej mu odpowiada.

Dlatego zmieniamy otoczenie. Kilka razy do roku. Żeby odpocząć, złapać inny kontekst. Funkcjonować w innym kontekście. Po to mamy szklarnię, huśtawkę na świeżym powietrzu. Dla innych wrażeń, spokoju, odpoczynku. Wieś daje nam inne tempo, którego często brakuje nam w codziennym życiu. Warto mieć taki azyl. Bywa on pełen niespodzianek. Zawalona szklarnia, rozwalony garaż, podziurawiony gradem dach. Nieprzewidywalność potrafi być odczuwalna. Ale jednak wracamy. Dla tych wrażeń, tak zgoła odmiennych od naszej miejskiej codzienności.

Są święta, poranki są zimne. Trzeba palić w piecu. Pies spędza całe dnie na dworze, przychodzi do domu o 19:00 i zasypia. Leży na swoim posłaniu do samego rana, a potem znowu opuszcza dom. Tak wyglądają nasze święta na wsi. Spokój. Cisza. Nieprzewidywalność. Mroźne poranki.

Da się.

Sklepowe taranowanie

Wigilia już wkrótce, więc powoli będę kończył z cyklem przedświątecznych irytacji. Została do omówienia jedna rzecz, która wydarzyła się w sobotę. Ja i moja Żona popełniliśmy poważny błąd. Pewną sprawę zostawiliśmy na ostatnią chwilę. Na swoje usprawiedliwienie mamy jedynie to, że pomyśleliśmy o tym dopiero na kilka dni przed Wigilią. Pewnie myślicie, że zapomnieliśmy kupić prezentów. Nie. Strzelajcie dalej. Choinka? Skąd, grzecznie rozłożona. To pewnie karp, krzykniecie chórem! Już kupiony. Rozczarowani? Przykro mi.

Nasz pies boi się wystrzałów. Nie należymy do ludzi wypisujących w Internecie głupoty w stylu „zwierzęta są niżej w łańcuchu pokarmowym, więc mają się dostawać”, do grona skończonych kretynów wstawiających memy z owczarkiem niemieckim i yorkiem oraz niezwykle zabawnym podpisem o wojnie, huku karabinów oraz petard, też się nie zaliczamy. Nie przepraszam za ostre słowa. Zmęczyły mnie popisy głupoty w Sieci, nie podważam niczyjego prawda do własnego zdania. Po prostu trzeba liczyć się z tym, że po jego wypowiedzeniu można otrzymać łatkę skończonego idioty, który kompletnie nie rozumie, o co chodzi z rezygnacją z pokazów fajerwerków w miastach. Na (nie)szczęście stoi u progu wymierania gatunku ludzkie, bo może i jesteśmy dominującym zwierzęciem, ale to nie oznacza, że nie imają się nas reguły dotyczące życia i śmierci. Dobra, dość o tym. Miało być o jednej sprawie, a przyplątała się kolejna. Od Wigilii zmniejszam konsumpcję treści w mediach społecznościowych. Ludzie nieustannie mnie rozczarowują, najczęściej za sprawą godnych zapisania popisów głupoty.

Koniec ten przydługiej, nieco agresywnej, dygresji. Nasza bestia boi się wystrzałów, ale w tym roku postanowiliśmy zasięgnąć pomocy weterynarza. To jest ta sprawa, którą zostawiliśmy na ostatnią chwilę. Pojechaliśmy, załatwiliśmy, a potem stwierdziliśmy, że wyskoczymy na szybkie sobotnie zakupy. To był błąd. Szaleństwo przedświąteczne już trwało. Opętani tą przypadłością już szturmowali sklep, ale prawda jest taka, że po parkingach ich poznacie. Samochody zajmujące dwa miasta, groźne spojrzenia innych kierowców, podjeżdżanie pod samo wejście sklepu. A w środku? Gorzej. Gwałtowne rzucanie się na półki. Rozjeżdżanie innych wózkami, tak jakby to była jakaś konkurencja. Pewnie klienci czekali na wyniki. Rozlega się dźwięk zapowiadający informację w sklepie i podają słowa: „Gratulujemy panu z w niebieskiej kurtce! W ciągu ostatnich 10 minut uderzył pan wózkiem 12 osób. Piękny wynik! Na drugim miejscu jest pani, która przesunęła wózek innego klienta na środek przejścia tylko po to, aby wziąć mleko! Zapraszamy po odbiór cyfrowego zapisu tego spektakularność popisu chamstwa przy kasie. Będzie czym pochwalić się przy świątecznym stole!”. Tak to sobie wyobrażam.

W tym roku ostatnie dni przez świętami jakoś szczególnie dały mi w kość. Może z wiekiem robię się mniej cierpliwy, a może mam po prostu dość ludzkiej głupoty, która ostatnio przekracza ustanowione wcześniej granice. To jest efekt kiepskiej edukacji społeczeństwa. Nauczyciele są zapracowaniu, zajęci wypełnianiem tabelek, w domach królują tablety i nawyki ściągnięte z YouTube’a. Jak mam być normalnie w świecie poukładanym przez wirtualne przestrzenie pozbawione jakichkolwiek reguł?

Korki. Nie od wina

Dzisiaj spędziłem w samochodzie 96 minut. Podróż do i z pracy zajmuje mi zazwyczaj 40 minut dziennie. A dzisiaj – nagle! – czas ten wzrósł o kolejne 56! Najgorsze jest to, że poranna podróż tego nie zapowiadała. Nawet się cieszyłem, że szybko udało mi się przejechać przez światła, nie stałe zbyt długo w centrum, a na drodze szybkiego ruchu nie było korka. Sytuacja zmieniła się diametralnie po godzinie 14:00.

Korki to pół biedy. Człowiek postoi, posłucha muzyki, trochę podenerwuje się na bezpowrotnie stracony czas. Najgorsze jest to, że przedświąteczny okres wyzwala w ludziach wszystko, co najgorsze. Wczoraj obserwowałem stłuczkę powstała w wyniku pośpiechu i bezmyślności. Rondo, brak uwagi, przekonanie, że na pewno się zdąży. Kraksa. Niewielka, lekko odrapany zderzak. Nawet laweta nie była potrzebna, kierowcy mogli się spokojnie dogadać. Jednak postanowili, że zrobią inaczej. Lepiej zatrzymać ruch na jednym pasie, drzeć na siebie mordy, urządzić spektakl dla postronnych. Zapewniam, że wszyscy kierowcy byli zachwyceni. Nic tak nie poprawia nastroju jak korek powstały w wyniku niewielkiej stłuczki.

Nie cierpię jeździć samochodem. Nigdy tego nie lubiłem. Gdy mogę, to wybieram komunikację miejską. Niestety, w przypadku dojazdu do mojej pracy, pojawia się problem: czas. Przystanek autobusowy mam blisko, zdarzało mi się korzystać z tej formy transportu, gdy zepsuł mi się samochód. Jeździłem przez kilka tygodni i nie przypominam sobie, żeby chociaż nie spędził w autobusie przynajmniej 40 minut. Wielu kierowców ignoruje pojazdy komunikacji miejskiej. Traktują je jako przeszkodę w dotarciu do celu. Wymuszają pierwszeństwo, przyspieszają, za wszelką cenę próbują wyprzedzić autobus. Tak jakby zapominali, że w środku też jeżdżą ludzie. Efekt każdy poznał na własnej skórze. Spóźnienia, długie stanie na przystankach, na rondzie, często zwykłe chamstwo innych uczestników ruchu.

Dlatego drogę do pracy przemierzam własnym autem. W ciągu tygodnia naoglądam się brawurowych popisów bezmyślności. Od ignorowania znaków, przez wyprzedzanie na ostrym zakręcie, po gwałtowne hamowanie przed przejściem dla pieszych. Tak jakby samochód odbierał umiejętność logicznego myślenie. Po zamknięciu drzwi, odpalenia silnika i włączeniu się do ruchu, zaczynam postępować w zgodzie z zasadą ograniczonego zaufania. Każdy kierowca stanowi dla mnie źródło potencjalnego niebezpieczeństwo i jestem cały czas czujny. Przed świętami szczególnie muszę uważać na innych, bo ludzi ogarnia gorączka zakupów. Dlatego tłoczą się na parkingach przed supermarketami, pędzą w terenie zabudowanym tak, jakby od ich przyjazdu zależało życie innego człowieka. A udali się wyłącznie na zakupy. Po rzeczy, po prezenty.

Na drogach widać, że za kierownice zaczyna siadać pokolenie wychowane w myśl zasady „kup więcej”. Kieruje nimi pragnienie konsumpcji, które odbiera zdrowy rozsądek.

Okres przedświąteczny w oczach cynicznego buca

Zaczęło się. Za tydzień Wigilia, a w sercach rodaków pojawia się niepokojące drżenie. Z każdym upływającym dniem, będzie przeradzało się w psychiczny dyskomfort. A później, pewnie w piątek, w ostatni nieświąteczny weekend, stanie się krzykiem pełnym rozpaczy. Rodacy będą wrzeszczeć na kurierów! Pisać groźne komentarze pod postami wielkich marek! Kląć na czym świat stoi, bo oni zamówili prezent w środę, a jest już piątek i jak to nie będzie go pod choinką?!

Już w ten weekend sklepy przeżyły niezłe oblężenie. W sobotę, z rosnącym zdumieniem, obserwowaliśmy, jak na światłach tworzy się korek. Pora obiadowa, nie spodziewaliśmy się takiego ruchu. Wszystkie samochody kierowały się w stronę najbliższego supermarketu. Na pizzę, na hamburgera, obejrzeć prezenty, sprawdzić ceny, a potem narzekać, że jest drożej, niż było. Jest, to prawda, ale taka sytuacja ma miejsce co roku. Wystarczy zamówić rzeczy odpowiednio wcześniej, schować i niech czekają na swój czas. Tylko że to nie byłoby nowoczesne. Współczesność się przeżywa, w złości, w braku cierpliwości, we wzajemnym obrzucaniu się błotem. Zero zrozumienia. Wcześniejszy zakup prezentów? Po co? W jakim celu? Sklepy i tak będą otwarte. A potem to dziwne zaskoczenie, że więcej osób pomyślało podobnie, w markecie nieludzki tłok. Szaleństwo!

Rozumiem, że wciąż są na świecie ludzie, dla których Święta Bożego Narodzenia, to moment spotkania. Pojednania. Wspólnej wódki i kłótni przy stole oraz sałatce warzywnej. Jak komuś z tym wygodnie, jak ktoś potrzebuje takiego rytmu, to niech ma. Nie ma co się czepiać i krytykować, dopóki nie krzywdzimy siebie, zwierząt lub planety, nie ma o co się rzucać. Tylko że nasz postnowoczesny świat oparty o drapieżny kapitalizm, z trudem znosi takie podejście. Przy stole będziesz siedzieć? Człowieku! Kup sobie nowy telefon! NIE! Bierz telewizor! Idealny moment, koniec roku, tańsze nie będzie. Tak wrzeszczą do nas reklamy, wdzierają się do głów kilka dni po Wszystkich Świętych. Jeszcze dobrze nie zgasły znicze na grobach najbliższych, a już trzeba wziąć udział w festiwalu konsumpcji.

Czymś się trzeba pochwalić w mediach społecznościowych! Niech widzą, że się powodzi, a nie takie klepanie biedy, jak u nich! Szlachta się bawi, a plebs wali najtańszą wódę i zagryza ją sernikiem z rodzynkami. W mediach społecznościowych tylko puszyste serniczki, wino z najwyższej półki z winnicy Lidla, a pod choinką zestaw nowoczesnych gadżetów, tak niezbędnych w postmodernistycznym świecie. Grudzień to szalony czas. Najpierw ludzie oznajmiają, że spadł śnieg. W sumie, w epoce globalnego ocieplenia i rychłej zagłady, jest to jakiś powrót do normalności. Zimą jest zimno i biało, co wcale nie jest takie oczywiste, bo ten opis jest mocno związany z klimatem. Może kiedyś, jeżeli jakiś cudem nie wyginiemy, te zdjęcia będą dowodem na to, że w Polsce padał śnieg? Kto wie…

Jak już nawali na chodniki, a na ulicach pojawi się cudowna breja składająca się z wody, soli oraz piasku, to na Instagrama wjeżdżają choinki. Lampki. Bombki. Cicha licytacja na najpiękniejsze drzewko i najdłuższy łańcuch. Wszystko musi być firmowe, markowe, po oczach mają walić rozpoznawalne logotypy. Gdzieś te wspaniałe prezenty muszą leżeć, tak?! Pod jakimś wypłoszem z lasu? Nigdy! Honor tego wymaga! Mają ludzie widzieć, że pudła nie walają się jak na jakimś dworcu. Ułożone są. Posortowane. Od największego do najmniejszego prezentu lub do najdroższego do najtańszego. Co dom, to obyczaj.

Zanim mnie oplujecie, stwierdzicie, że jestem cynicznym, aroganckim bucem (bo jestem, a to ci niespodzianka!) zastanówcie się, po co w ogóle obchodzicie te święta? Dla rodziny? Dla najbliższych? A może po to, żeby napstrykać zdjęć i wpaść w szał zakupów? Warto poszukać odpowiedzi w swoim własnym serduszku.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén