Czy w Internecie potrzebujemy autorytetów? O ich upadku pisze Ewa Lalik i mam wrażenie, że w kilku miejscach autorce poplątały się pojęcia. Czy autorytet automatycznie jest równy legendzie? Kim w ogóle współcześnie jest autorytet? To pojęcie zmienia się wraz z czasem, w którym o nie pytamy. W świecie płynnych kategorii, w rzeczywistości postmodernistycznej, w kulturze demontażu poszczególnych instytucji pojęcie autorytetu staje się coraz mniej wyraźne.

Określenie Internetu jako przestrzeni przesiąkniętej informacjami jest słuszne, trudno z tym dyskutować. Problem selekcji treści jest poważny i konieczne będzie rozwijanie tych umiejętności w toku edukacji. Jednak muszę nie zgodzić się z następującym stwierdzeniami:

„Jednocześnie po raz pierwszy mamy możliwość nawiązywania bliższego, codziennego kontaktu z ludźmi, których wcześniej mogliśmy obserwować tylko okazjonalnie – w książkach, prasie, w radiu czy telewizji. Osoby, które stały na piedestale i niemal całkowicie kontrolowały swój przekaz, dziś wychodzą z siebie, by trafić bezpośrednio do fanów.”

Nie rozumiem, dlaczego Ewa Lalik zakłada, że rozmowa na Facebooku jest bliższym kontaktem z osobą sławną. Skąd w ogóle gwarancja, że odpisuje nam człowiek, a nie agencja zajmująca się kreowaniem wizerunku? Komunikacja w mediach społecznościowych to tylko pozór bezpośredniości, jej symulacja, jakby to określił Jean Baudrillard, a nie prawdziwe dotknięcie człowieka w jego codziennym życiu. Istotne jest tutaj dostrzeżenie tego, że w przypadku ludzi sławnych mamy do czynienia z kreacją swojego życia, a więc elementem nadbudowanym na codzienności. Bliższy kontakt uzyskujemy jedynie z pewną strukturą wynikającą często z artystycznego lub marketingowego konstruktu. Zakładamy, że pewne urywki świata osoby sławnej, do którego mamy dostęp są autentyczne, a mam wrażenie, że zapominamy o prostej sprawie: dostajemy to, co mamy zobaczyć. W świecie, w którym każdy jest marką, bo tak mówią różne – mniej lub bardziej – mądre książki, niezwykle ważnym elementem staje się kreacja, tworzenie siebie, wymyślanie siebie i właśnie to otrzymują obserwujący sławną osobę fani. Kolejną sprawą jest kontrolowanie przekazu. Osoby na piedestale są poddawane ciągłej obserwacji, sława często staje się złotą klatką, luksusowym więzieniem, z którego trudno się wydostać. Pełne sprawowanie władzy nad tym, co piszą o sławnym człowieku, jest współcześnie niemożliwe, jednocześnie trudno wskazać epokę, kiedy było to wykonalne. Brukowce nie są wynalazkiem współczesności lub Internetu, jakby to wielu chciało myśleć. Zapraszam do zapoznania się z czasopiśmiennictwem dwudziestolecia międzywojennego, a w szczególności z „Ilustrowanym Kuryerem Codziennym”, który już wtedy operował skandalami i uważnie obserwował tych najsłynniejszych. Sensacja jest popularna od wieków, Internet jej nie wymyślił.

Kolejnym problemem jest wyciąganie osób z innej epoki historycznej i wrzucanie do naszej. Dlatego pytanie, które stało się śródtytułem: „Czy Mark Twain na Twitterze po pijaku sabotowałby własną karierę?”; uważam za całkowicie bezsensowne. Porównywanie struktur komunikacji z przełomu XIX i XX wieku z tymi współczesnymi nie prowadzi do żadnych godnych uwagi wniosków. Należy pamiętać o tym, że jak na swoje czasy Mark Twain był postacią kontrowersyjną wzbudzającą zarówno podziw, jak i niechęć, dlatego dziwi mnie założenie pojawiające się w pytaniu,. Być może już wtedy jego zachowanie było przeszkodą, dlaczego Ewa Lalik tego nie sprawdziła? Nie rozumiem tej niebezpiecznej mody na pomijanie kontekstu historycznego! Kultura nie stoi w miejscu, cały czas się zmienia, a wraz z nią modyfikacjom ulegają struktury, w których żyjemy.

Zabrakło mi w tym artykule dostrzeżenia tego, że mamy legendy białe oraz czarne. Poza tym autorytety dalej istnieją, na Internecie świat się nie kończy. Pytanie należy postawić inaczej. Znacznie bardziej cenna byłaby analiza zmian w rozumieniu autorytetu jako jednej z instytucji kultury.