Tag: top chef

Bright Vibes / You have the talent (CC BY NC ND 2.0)

Talentyzm. Ponownie.

Jesień to nie tylko czas spadających liści, ale także nowej ramówki. Zaczynają się wszelkiego rodzaju targowiska talentów, znane jako talent show. Obok najbardziej rozpoznawalnego Mam talent są także Top Chef, Masterchef, Aplauz oraz inne Must be the Talent. Przesyt wyjątkowych ludzi, którzy atakują telewidzów. Powtarzalność, bo większość śpiewa, czasem ktoś zatańczy lub zagra. Kuchenny atak w szefach i jury o pokerowych twarzach. Trudno pominąć granie na emocjach, które jest trochę tanie, naiwne i niesmaczne. Szczególnie gdy wszechwiedzący zaczynają komentować. Tacy młodzi, a już genialni.

Polska w telewizji, sprecyzujmy, że w programach rozrywkowych typu talent show, jest rezerwuarem geniuszy. Okazjonalnie prezentuje się jakiegoś kosmitę, ale tylko po to, aby poprawić notowania pozostałych wspaniałych uczestników. Jury siedzi, obserwuje i ocenia. Rozróżniają prawdziwą Sztukę i Rozrywkę, od zwykłych wygłupów. Dlatego, gdy ktoś pięknie zatańczy, to przechodzi dalej, ale już wymiotowanie wodą nie zachwyca. Chociaż reakcje publiczności były zgoła inne, jednak mam nadzieję, że była to wyłącznie przekora, żadna fascynacją czymś tak niesmacznym i głupim. Jeżeli było inaczej, to spuśćmy na to zasłonę milczenia. Pierwszymi krytykami młodego talentu są specjaliści z dziedzin różnych, którzy bacznie obserwują poczynania uczestnika. Potem przychodzi czas na telewidzów i głosowanie. Wygrywa nawet nie tyle najlepszy, co ten, który najbardziej się podobał.

Drogi tych zwycięzców są różne. Okazuje się, że dotarcie do samego finału daje więcej, niż samo zwycięstwo. Jest splendor, są miliony monet z reklam, jakieś piosnek lub bycie twarzą bankietu – przepraszam! – iwentu. Szołbiznes jak się patrzy! A pamiętacie jeszcze Gienka Loskę i to, że miał być nadzieją bluesa, ale potem wypadł płytę, której jedyną wartością była cena na okładce? Podejrzewam, że nie, w końcu wśród prawdziwych talentów nie ma miejsca dla zapomnianych. Jest jeszcze coś! Taki przyjemny frazes mówiący, o którym pisał Karol Irzykowski. Nie zaszkodzi mała wycieczka w przeszłość, do dwudziestolecia międzywojennego, które również musiało się zmierzyć z problemem talentyzmu. Na temat wspomnianego i przemilczanego przeze mnie frazesu, Karol Irzykowski pisze:

Jest to jedna z tych przewieln prawd w estetyce, które są prawdą, ale które są zupełnie obojętne i bezpłodne. “Prawdziwy talent zawsze znajdzie sobie drogę, – talent zawsze się na wierzch wybije” i t. d. Oczywiście-ale po ilu błądzeniach znajdzie tę drogą i ile razy tymczasem po łbie dostanie.

Słowa te zostały opublikowane w „Wiadomościach Literackich” w 1924 roku, czyli 91 (słownie: dziewięćdziesiąt jeden) lat temu. W dalszym ciągu są aktualne. Jakoś nie lubimy słuchać o godzinach treningów, setkach porażek, które sprawiały, że człowiek w siebie wątpił, o doskonaleniu siebie przez pracę nad swoimi umiejętnościami. Wolimy rzewne historie, w których podkreśla się wyjątkowość talentu, to że pojawił się w takim, a nie innym miejscu i że było ciężko, ale teraz – TERAZ! – dzięki programowi będzie już tylko lepiej. A ci próbujący zaprezentować swoje umiejętności, ale nie występujący w programach? Kogo oni obchodzą! Niech sobie zrobią zbiórkę, to może ktoś się nimi zainteresuje. Mam wrażenie, że zaczęliśmy podziwiać wyłącznie te talenty, które są w pewien sposób telewizyjne. Weźmy skrajny przykład – Poetę! Gdzie wierszokleta do Mam talent! Co tam przeczyta? Frazą spróbuje zainteresować? Nie, to bez sensu, zresztą w jury nie siedzą ludzie od literatury, na innych dziedzinach artystycznej aktywności się znają. Poeci i pisarze nich sobie biorą udział w konkursach literackich, bloga niech piszą! Tam ich miejsce.

Chyba że wydadzą jakąś świetną książkę. Wtedy, być może, bo wcale to nie jest takie oczywiste, zainteresuje się człowiekiem i jego twórczością telewizja śniadaniowa.

Angela Vincent / My Hidden Talent (CC BY NC ND 2.0)

Angela Vincent / My Hidden Talent (CC BY NC ND 2.0)

Odwieczny konflikt

Na naszym polskim podwórku spierają się prawdziwi artyści i rzemieślnicy. Pierwsi roszczą sobie wyłączne prawa do uprawiania sztuki, a drudzy czują się urażeni brakiem szacunku – i słusznie. Dlatego nie dziwię się, że tak chętnie szturmują programy telewizyjne. Chcą się pokazać, utrzeć nosa tym wielkim artystom i nie należy ich za to winić. Poza tym całe ten konflikt nie ma najmniejszego sensu, uważam, że w wyniku tej opozycji nasza kultura bardzo dużo traci. Problem ten, w ciekawy sposób, opisał Karol Irzykowski:

Mówi się, np., że pewien dramaturg nie ma talentu, a jest tylko dobrym rzemieślnikiem. Pardon, w takim razie ma talent do rzemiosła, a to jest talent również istotnie twórczy, bo aby wypełnić pewne formy, trzeba mieć żywą ich wizję.[…] Niema człowieka, któryby był pozbawiony talentu, – jak niema człowieka bez śledziony, bez nerek. Ale u nas przypuszcza się, że talent jest udziałem tylko pewnych wybrańców, nazywa się to naiwnie i sentymentalnie “iskrą bożą”.

Miał rację. Wykształcenie w sobie pewnej umiejętności wymaga pracy i sporych nakładów czasu. Dlaczego mamy tego rzemieślnika traktować jako gorszego, jako kogoś, kto nie tworzy sztuki? W naszej kulturze widać wyraźne lekceważenie takich osób, które przejawia się jakąś dziwną niechęcią do kultury popularnej. W wyniku tego mało który polski prawdziwy artysta potrafi opowiadać. Tworzą rzeczy konceptualne, dostępne wyłącznie dla wybranych umiejących odczytywać zawarte w sztuce kody. To nie wzbogaca, dzięki takiej postawie tylko biedniejemy. Na szczęście mamy autorów, którym niestraszna jest narracja! Widać to w fantastyce naukowej, w fantasty oraz w powieściach kryminalnych. Mamy dostęp do ciekawych historii, które są bogate w różną problematykę. Wielu autorów nie zdobywa tytuły prawdziwego artysty, ale trudno im odmówić osiągnięcia mistrzostwa w posługiwaniu się słowem i danym gatunkiem. Czy aż tak potrzebujemy artyzmu, w tej najgorszej, bo ekskluzywnej wersji? Nie sądzę.

Iskra boża to zupełnie inny problem. Niby mamy XXI wiek, smartfony w kieszeniach i konta na Fejbuniu, ale ślepo wierzymy w różne ideały, które aktualne były w dobie romantyzmu. Trzeba je zrewidować, co zresztą próbuje się robić, jednak wtedy podnoszą się głosy mówiące, że atakuje się nasze dziedzictwo narodowe, naszą tożsamość! Składa się na nią tylko i wyłącznie romantyzm? Dwudziestolecie już nie? Okres okupacji też wypada, komunizm podobnie? Bardzo to smutne, że pomimo naszej ponowoczesności (a nawet, tfu, tfu, postmodernizmu) pielęgnujemy takie zaśniedziałe artefakty jak „iskra boża”. Myślę, że najlepiej odstawić ją, tę iskrę, do muzeum i od czasu do czasu podziwiać. Nad talentem trzeba pracować, rozwijać go. Na nic natchnienie, spływające na artystę światło, jeżeli nie opanował podstaw swojego rzemiosła. Chcesz być pisarzem? Siadaj i pisz! Zeszyt w kratkę (lub w linie), ołówek, pióro, długopis i zasuwasz. Fabuły, poezje, recenzje, krytyki – wszystko! Szukaj tego, w czym czujesz się najlepiej. Rozmawiaj o swojej twórczości, nie wstydź się jej. Początku zawsze bywają trudne. Podobnie jest z innymi rodzajami sztuki. Nad swoim talentem trzeba pracować, bardzo żałuję, że rzadko się o tym mówi.

Spełniło się to, co napisał Karol Irzykowski:

Stwarza się najgorszy ze wszystkich izmów: talentyzm. Na pozór jest on przecież czemś jednynem, co się rozumie samo przez się. Ale z talentu samego i Salomon nie naleje, i Norwid słusznie powiedział, że “talent to zasługa”.

Ten talentyzm nas otacza. Sprawę pogarsza przekonanie, że każdy może tańczyć, pisać, malować lub śpiewać. Bo widzimy takich mniej uzdolnionych w telewizji i to sprawia, że pragniemy sławy. Czy dla artysty sława to faktycznie wszystko? Być może rację mają tutaj rzemieślnicy, którzy lubią podziwiać swój majstersztyk, czyli koncentrują się na dziele. Chciałbym wierzyć, że talentyzm uda nam się pokonać, ale jest on karmiony przez telewizję i podsycany przez wybiórcze traktowanie romantyzmu. Nie pozostaje nic innego, jak tylko zostać hipsterem.

//Bibliografia:

  • K. Irzykowski, Talent jako fetysz, “Wiadomości Literackie” nr 24, Warszawa 1924.

//Obrazek wyróżniający: Bright Vibes / You have the talent (CC BY NC ND 2.0)

Straszna homogenizacja

Lubię wszelkiego rodzaju dyskusje na temat kultury. Szczególnie, gdy dotyczą one kultury współczesnej, całkowicie opanowanej przez cyfrowe nośniki oraz media. Swoją cegiełkę postanowił dorzucić Maciej Nowak – krytyk kulinarny i teatralny, odbiorcom bardziej znany z “Top Chefa”, niż z tekstów. Dyskusja miała miejsce pod koniec października i zapoczątkował ją felieton Transmisji spektaklu w kinie mówię “nie” autorstwa Macieja Nowaka. I na człowieka posypały się gromy – a to, że nie cierpi masowego dostępu do kultury, a to, że snob, a tak w ogóle to ebooki nie pachną i cyfrowa dystrybucja nie ma sensu. Minął miesiąc i postanowiłem, że przyjrzę się tej sprawie z perspektywy czasu.

Znamienny dla myślenia o kulturze, które praktykuje Maciej Nowak jest następujący fragment felietonu:

Daliśmy sobie wmówić, że galerie nie służą prezentacji dzieł sztuki, lecz – sprzedaży gaci i szmat. Kina zamieniliśmy na blaszaki wypełnione smrodem popcornu. Przystaliśmy, że książki sprzedaje się w supermarketach, wysypywane do pojemników niczym buraki i cebule. Oddaliśmy gazety reklamodawcom i mediaplanerom, a telewizje – w ręce właścicieli sprawdzonych formatów. Przyjęliśmy dyktat praw autorskich, które są wyrazem korporacyjnej chciwości. Zgodziliśmy się na wiele rozwiązań, których jedynym celem jest nabijanie kabzy facetom, z którymi nie chciałbym razem nawet oddawać moczu w tym samym śmierdzącym pisuarze. Teraz pojawia się krok następny w optymalizacji kosztów i uelastycznianiu warunków prezentacji: przeistoczenie spektaklu teatralnego w transmisję w wielosalowej kinowej budzie. I to mnie już przestaje interesować. Przestaje bawić i zobowiązywać do przestrzegania zasad grzeczności. No fucking way! No pasaran! I jeszcze stalinowskie: Niet!

Czytałem komentarze i artykuły polemiczne. I za nic w świecie nie widzę tutaj krytyki współczesnej kultury i nieelitarnego dostępu do niej. Autor felietonu, kilka akapitów wcześniej, chwali osiągnięcia Tarantino i stwierdza, że dużo emocji dostarcza mu oglądanie kolejnych ruchów noża Hannibala Lectera. Przecież obaj – ten prawdziwy Tarantino oraz fikcyjny ludojad – stanowią symbole współczesnej kultury masowej i popularnej. Pierwszy naśmiewa się z jej schematów (wystarczy wspomnieć o kultowym Pulp Fiction), a drugi we wspaniały sposób personifikuje współczesny strach przed byciem pożartym (zresztą podobnie jak zombie, ale jednak Lecter ma więcej klasy). Dlatego apeluję o spokój, który pewnie dawno już nastąpił, bo dynamizm współczesnej kultury nie pozwala na zajmowanie się jej aspektami dłużej, niż przez kilka dni. I myślę, że właśnie brak skupienia i perspektywy miał na myśli Maciej Nowak.

Cinema /  m4tik (CC BY-NC 2.0)

Cinema / m4tik (CC BY-NC 2.0)

Krytykujmy kulturę!

Temat dotyczący krytyki kultury masowej i popularnej jest bardzo szeroki. Ważne jest tam pojęcie arystokratycznej krytyki kultury masowej, które oznacza deprecjonowanie treści za ich nie przynależność do kultury wysokiej. Czegoś takiego nigdy nie powinno się robić, bo to prowadzi do wstrętnego wartościowania tekstów. A – moim zdaniem – podział na kulturę wysoką i niska albo wysoką, popularną i masową ma wymiar porządkujący i akademicki. Pozwala nam na bezpieczne poruszanie się po oceanie tekstów, ponieważ w pewien sposób konstytuuje nasze oczekiwania wobec określonego dzieła. Badaczom pozwala na segregowanie dzieł i pokazywanie w jaki sposób poszczególne tropy wędrują w kulturze. Wystarczy spojrzeć na wampira, którego postrzeganie, od czasów powieści Brama Stokera, bardzo się zmieniło. Maciej Nowak myśli i pisze z perspektywy osoby, która inaczej postrzega kulturę. Bardziej pragnie powrotu do jej rytualizacji, niż elitarności.

Współczesność wyprała nas z rytuałów. Pojawiają się głosy mówiące o tym, że właśnie to jest przyczyną kryzysu tożsamości, ale kwestia ta jest dyskusyjna. Maciej Nowak, nie chcąc uczestniczyć w transmisji spektaklu, oburza się nie na medium, ale na sposób odbioru. Zamiana miejsca – z teatru na kino – wymusza inny sposób wchłaniania sensów. Wyprawa do przybytku Melpomeny wymaga odpowiedniego ubioru oraz znajomości zasad postępowania. Można nawet pokusić się o pewną kontestację – przyjść na premierę w swetrze i sportowym obuwiu zamiast w garniturze. Na pewno zostanie to zauważone i skomentowane w kuluarach. Nawet samo wyjście z trwającego spektaklu jest inaczej postrzegane, niż opuszczenie sali kinowej. W teatrze osoba przebywa pod stałą obserwacją widzów oraz kultury. Spektakl jest formą rytuału, w którym udział biorą jednostka, aktorzy oraz publiczność. Obserwowanie gry, niemożność jej komentowania (zdarzają się przełamania tego elementu i wywołują reakcję widowni) w trakcie trwania spektaklu, a potem powrót z teatru – to uczestnictwo w zbiorowym rytualne. Wątpię, aby coś takiego można było osiągnąć w trakcie transmisji spektaklu. Zmienia się zarówno forma całego przedstawienia, jak i miejsce, a co za tym idzie pojawia się inny model zachowania. Poza tym to jak ogląda się daną sztukę ma znaczenie. “Ekranizacja” Korzeńca nie dostarcza nawet połowy tych emocji, których można było doświadczyć w trakcie oglądania spektaklu zrealizowanego przez Remigiusza Brzyka i wystawionego w Teatrze Zagłębia. Wszystkich oburzających się muszę zmartwić – podobnie jak Maciej Nowak wybieram deski, a rezygnuję z ekranu.

Jednocześnie nie mam nic przeciwko sprzedawaniu książek w wielkich koszach w supermarketach. Sam trafiłem w ten sposób na kilka interesujących okazji. O naszych kompetencjach kulturowych świadczy przede wszystkim to, co robimy z tekstem, a nie gdzie go nabywamy. Cyfrowa książka/film/muzyka dają mi dokładnie tyle samo emocji, co ich wersje bardziej „analogowe”. Treści tam zawarte ciągle mnie inspirują, ale mam swoje nawyki dotyczące odbioru – zapewne jak wiele innych osób. Film miło jest obejrzeć w kinie, są płyty, których świetnie słucha się na spacerze z psem, ale są też takie, które wymagają głośników i siedzenia metr od źródła dźwięku. Podobnie z książkami. Cześć można czytać w pociągu, ale niektóre pozycje lepiej rozłożyć na stole i dopiero wtedy oddać się lekturze. Akceptuję przemysł kulturalny. Pozawala nam on cieszyć się mnóstwem treści i daje olbrzymie możliwości wyboru.

Na przytoczony na początku cytat należy spojrzeć pod kątem rytualizacji oraz nawyków odbioru. W takim ujęciu felieton staje się tekstem krytykującym – przede wszystkim! – sposoby zarządzania treścią, jakie istnieją we współczesnym przemyśle kulturowym. Maciej Nowak, wspominając o marketerach, mówi, że to przemysł rządzi odbiorcami, a nie na odwrót. Przyznam szczerze, że trudno mi zająć jednoznacznie stanowisko. Jeszcze kilka miesięcy temu powiedziałbym, że to odbiorcy mają władzę i swoimi wyborami są w stanie wpłynąć na zmiany w przemyśle kulturowym. Kilka dyskusji z moim studentami pokazało mi, że moja postawa była bardzo idealistyczna i wymaga przepracowania. Na chwilę obecną nie wiem jak jest. Muszę to przemyśleć. A na to będę potrzebował trochę czasu.

Dyskusja, która pojawiła się wokół tekstu Macieja Nowaka obfitowała w różne teksty. Wiele z nich było pisane w sposób bardzo emocjonalny i często niepotrzebnie zarzucano autorowi elitarności. Moim zdaniem najciekawszy był felieton Joanny Tracewicz w sPlay. Autorka wskazała tam na pewien bardzo ważny element dla współczesnej kultury.

Życie z serkiem homogenizowanym

Mam na myśli zjawisko homogenizacji, o którym Joanna Tracewicz pisze:

Homogenizacja kultury cały czas się dzieje i wciąż postępuje. I choć prowadzi ona do wyrównania poziomu, który odpowiadał będzie w konsekwencji szarej, niczym nie wyróżniającej się masie, mającej zbieżny gust, jest w niej też coś dobrego. Homogenizacja sprawia, że kultura staje się dostępna dla każdego i żeby chodzić do teatru nie trzeba być snobem. Można chodzić do teatru, do kina. I to też jest dobre, bo nowy wymiar kultury to rozrywka.

W tym krótkim cytacie pojawiają się dwa elementy, którymi chciałbym się zająć. Zacznijmy od tego, że autorka postrzega zjawisko homogenizacji dokładnie w takim sam sposób jak robi to Antonia Kłoskowska w książce Kultura masowa, ale redaktor prowadząca sPlay koncentruje się tylko na jednym wymiarze tego zjawiska. Stefan Żółkiewski, w artykule Ukryte założenia i jawne interpretacje kultury masowej, pisze, za Antoniną Kłoskowską, o trzech rodzajach homogenizacji: upraszczającej, immanentnej i następującej przez zestawienie. Przytacza ich definicje:

W pierwszym wypadku elementy wyższego typu kultury są poddawane przeróbkom, które mają je uprzystępnić; w drugim wypadku włączamy do dzieła kultury wysokiej elementy zdolne przyciągnąć masowego odbiorcę. W trzecim wypadku nienaruszone elementy kultury wysokiej przenosimy do środków masowej komunikacji.

Maciej Nowak skupił się przede wszystkim na trzecim rodzaju, ponieważ teatr został wtłoczony w medium masowe, jakim jest kino. Ale w takim razie co z Teatrem Telewizji? Tutaj trzeba pamiętać, że spektakle są specjalnie interpretowane pod medium, w którym mają się pojawić, więc sposób ich prezentacji, a co za tym idzie odbiór, będzie odmienny od tego, którego odbiorca doświadczy obserwując aktorów na scenie. Wybór jest kwestią indywidualną. Tutaj też zachodzi homogenizacja, ale drugiego typu. Dzieło kultury wysokiej jest tak przetwarzana, aby przyciągnąć jak największą ilość odbiorców. Nie prowadzi to jednak do tematycznego uproszczenia. Czechowa zaprezentowany w Teatrze Telewizji i w Teatrze Śląskim będzie poruszał dokładnie te same egzystencjalne problemy. Zmianie ulega wyłącznie konstrukcja przedstawienia.

Drugim elementem, który mnie zainteresował w tekście Joanny Tracewicz jest stwierdzenie o rozrywce jako nowym wymiarze kultury. Nie zgadzam się z tym. Element ten istniał zawsze. Wystarczy pomyśleć o różnych grach, które były sposobem na interesujące spędzenie czasu. Tym nowym wymiarem jest wszechobecna przyjemność. Konsumując tekst mamy czuć się dobrze. Moim zdaniem jest to największe zagrożenie współczesnej kultury. Życie w ciągłym stanie euforii staje się bardzo monotonne. Myślę, że warto czasem oddać się melancholii i porozmyślać nad sensem świata, a nie tylko bawić się i bawić.

Refleksja też jest fajna. A dyskusja, którą zainicjował tekst Macieja Nowaka udowodniła mi, że nie tylko ja tak myślę.

//Teksty, z których korzystałem w trakcie pisania artykułu

Kuchenne koszmarki

Nie będzie o Kuchennych koszmarach Gordona Ramsay’a, ale o tym, co zaserwowały widzom dwie polskie stacje: Polsat oraz TVN. Sam, odznaczony gwiazdkami, szef kuchni pojawi się w polskiej edycji Masterchefa. To będzie drugi odcinek, który obejrzę, chociaż Gordon Ramsay pewnie nie będzie nawet w połowie tak wymagający, jaki jest w edycji amerykańskiej. Po prostu dostosuje się do tego, co zobaczy, bo poziom… Cóż… Wszyscy widzimy jaki jest.

Nowy sezon, nowa ramówka, a problemy stare. Magda Gessler, TVNozwańcza specjalistka od gastronomii, nie grzeszy kulturą. Traktuje właścicieli jak śmieci, którzy mają jej słuchać, bo przecież przyjechała, a dobra rewolucja potrzebuje krwi. Zresztą musi być show, bez tego program się nie sprzeda. Już prawie wyparłem ze świadomości Ugotowanych. Podtytuł powinien brzmieć: Studium polskich uprzedzeń, stereotypów, cebulactwa i buractwa. Podstawowym problemem tego programu są uczestnicy, wybierani na podstawie – konia z rzędem temu, kto odkryje jakie się kryteria! – castingów. Co trzeba było zrobić, aby się tam dostać? Rzecz strasząca z telewizora cztery raz w tygodniu! CZTERY! Ci z TVNu nie mają litości.

A co tam w Polsacie? Trochę lepiej. Nie ma Ugotowanych, ani Kuchennych rewolucji, za to kulinarną ramówką rządzi (nie)podzielnie Wojciech Modest Amaro. Pojawia się zarówno w Piekielnej kuchni, jak i w Top Chefie. W pierwszym przypadku łapałem się za głowę średnio, co 10 minut, a w przerwach na reklamy zastanawiałem się, co właściwie oglądam. Znowu uczestnicy – nie wiem jak są dobierani, wspólny mianownik dla nich ciągle mi umyka. Przerażeni, zaskoczeni, że się od nich czegokolwiek wymaga. Litości! Widzieli poprzedni sezon, mogli obejrzeć wydanie prowadzone przez Gordona Ramsaya i mogli wymyślić sobie mniej sztuczne komentarze. Po ilu cięciach powiedzieli coś śmiesznego? Reżyser bawi się w Kubricka programów o gotowaniu? 46 cięć i zgoda? Bo tak to wygląda.

Można oglądać Top Chefa. Mało historii, trochę więcej histerii, a na dodatek arogancja przepleciona z pokorą. Wszystko zależy od kucharza i jego podejścia do swojego fachu. Myślę, że taki program jest w stanie bardziej zmienić myślenie Polaków o gastronomii, niż jakikolwiek wymienny przeze mnie wcześniej. Wobec profesjonalistów postawiono wyższe wymagania, co nie dziwni, gdyż karmią oni nie tylko swoją rodzinę, ale także obcych im ludzi. Najważniejsze jest jednak to, że szanowne jury nie dostaje rozdwojenia jaźni i wszystkich traktuje w takim sam sposób. Coś czego nie można uświadczyć, w trakcie oglądania Masterchefa. Tamten może dodać to, co zostało mu na patelni, ale kolejna osoba już nie. Wszyscy zdani na łaskę Kulinarnej Trójcy. Tego nie ma w Top Chefie – albo potrafią, albo nie umieją, żadnych zbędnych dyskusji.

Nie dziwię się, że wiele osób załamuje ręce nad kondycją różnych polskich programów, Masterchef, Ugotowani, Kuchenne rewolucje oraz Piekielna kuchnia zdają się potwierdzać ten trend. Ale Top Chef odstaje. To dobrze, przynajmniej jest co oglądać.

PS. Gordon Ramsay nie kręci kolejnych odcinków Kuchennych koszmarów. Zaprzestał po 12 sezonach. Czekam na podobny ruch ze strony Magdy Gessler. Tylko – proszę! – wcześniej.

//Felieton został opublikowany na stronie rebelya.pl.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén