Unikam gier RPG. Po prostu nie mam na nie czasu. Rozgrzebałem kilka tytułów, staram się je ukończyć w – mniej lub bardziej – wolnych chwilach. Drażnią mnie moje nawyki. Muszę zajrzeć do każdej skrzynki, sprawdzić każdą możliwość, przetestować wszystkie ścieżki rozwoju drużyny. Dlatego tak niemiłosiernie długo przechodzę każdego cyfrowego RPGa. Jednak w przypadku Torment: Tides of Numenera musiałem zrobić wyjątek. W końcu produkcję tę zapowiadano jako duchowego spadkobiercę Planescape: Torment, a była to jedna z wyjątkowych gier RPG.

28 lutego 2017 roku przepadłem dla świata. Pobrałem grę i cyfrowa rzeczywistość po prostu mnie wessała. Muszę przyznać, że pierwsze zderzenie z Torment: Tides of Numenera było trudne. Nowoczesne gry mocno mnie rozleniwiły, trochę przywykłem do tego, że dostaję absolutnie wszystko na tacy, a ścieżka fabularna po prostu świeci się na ekranie. Nic z tego nie znalazłem w najnowszym Tormencie. Już sam początek wyraźnie nawiązuje do starych cyfrowych RPGów, w których było sporo czytania i decydowania o losie bohatera w dialogach. Okazuje się, że już na samym starcie można zakończyć grę – wystarczy wykazać się nieostrożnością w spadaniu. Cudowny element! Doskonałe wprowadzenie do świata i jasna prezentacja mechaniki.

W Troment walka nie jest najistotniejsza. Ważne jest to, co dzieje się wokół bohatera. Każda lokacja ma swój interesujący charakter. Bebechy, Mały Rynek i Karawanseraj – przypadły mi szczególnie do gustu. Interesujące rozstawienie NPCów sprawia, że eksploracja jest samą przyjemnością, a wyławianie drobnych smaczków dodaje głębi rozgrywce. W Torment odnajdą się gracze lubiący czytać opisy, oglądać oryginalne struktury architektoniczne i prowadzić rozmowy. Tak, o tym cyfrowym świecie można najwięcej dowiedzieć się z dialogów. Każda z postaci, z jaką przyjdzie się spotkać cyfrowemu bohaterowi, ma w sobie wyjątkowy rys. Przez 9 godzin rozgrywki nawet przez moment nie czułem, że prowadzę rozmowę z jakiś ogólny układem linii dialogowych, nie czułem, że postacie są do siebie podobne. Wprost przeciwnie – każda miała odrębny charakter wynikający z osobistej historii. Dlatego każdego prosiłem, aby opowiedział coś o sobie.

W ten sposób zbierałem wiedzę na temat świata, w który zostałem wrzucony. Wspaniałe doświadczenie, bardzo mi go brakowało. Gry RPG zawsze przyciągały mnie ze względu na wielowarstwowe rzeczywistości, uwielbiałem dreszczyk emocji, gdy przeszukiwałem kolejne lokacje w Baldur’s Gate. W Torment: Tides of Numenera znowu to poczułem! Dużo przyjemności dało mi rozmawianie z NPCami, poznawanie ich stanowiska i wpływanie na ich wybory. Twórcy mocno przyłożyli się do projektowania zadań. Jest ich stosunkowo niewiele, w Torment nikomu nie grozi przydługawy dziennik z tysiącem wpisów, ale każdy quest niesie ze sobą interesującą historię. Wykonywanie zadań przypomina uzupełnianie mozaiki – z każdym rozwiązaniem gracz otrzymuje kolejną opowieść o świecie, który eksploruje. A sam sposób, w jaki zostanie zakończone dane wydarzenie, jest również ważny! Te wrażenia, interpretacje akcje, również wpływają na to, jak odbiera się świat w Torment: Tides of Numenera.

Dla mnie ta podróż jeszcze trwa, ale odczuwam ten cyfrowy świata jako smutny i mroczny, a jednocześnie pełen interesującej wiedzy, która tylko czeka na odkrycie. Uważam, że Torment: Tides of Numenera to gra wyjątkowa, jednak jej konstrukcja jest wyraźnie skierowana do graczy, którzy preferują zanurzanie się w cyfrowym świecie, a nie jego szybkie przechodzenie. To jest cyfrowa gra fabularna, wyjątkowy kąsek dla wszystkich ceniących solidną narrację. Dla tych wolących dynamiczną akcję są na rynku różnego rodzaju strzelanki. Fanów ciekawych opowiadań zachęcam do sięgnięcia po tę grę i proszę o jedno: unikajcie wszelkiego rodzaju solucji. Poznawajcie świat powoli, rozkoszujcie się nim, twórzcie własną historię, bo właśnie dla takiej podróży został stworzony najnowszy Torment.