Tag: uniwersystet

Literat przegląda Internet #24

Dzisiaj mam ostatni dyżur, na który powoli się zbieram. Jeszcze tylko zrobię przegląd, ogarnę media społecznościowe S!P, zaplanuję sobie weekend i wpiszę nowe zadania na przyszły tydzień. Muszę się zmieścić w 40 minutach. Do dzieła!

Wybieram się na Uniwersytet, dlatego warto przypomnieć, do czego ta instytucja służy. Tekst jest trochę idealistyczny i obawiam się, że tamte czasy już nie wrócą. Najbardziej martwi mnie to, że środowisko naukowe nie ma na siebie pomysłu.

Ouija, czyli taka tabliczka z literkami do wywoływania duchów. Często gości w amerykańskich horrorach, a taką rolę odegrała kulturze.

Wydarzeniem tygodnia są fale grawitacyjne. Po prostu.

Współczesna kultura choruje na startupy. Dlatego cieszę się, że znalazł się ktoś, kto postanowił przyjrzeć się porażkom wielkich pomysłów. Z upadków można nauczyć się więcej, niż z niejednego sukcesu.

Internet rzeczy powoli wchodzi nam do domu. Czy jesteśmy przygotowani na to, aby zadbać o swoje cyberbezpieczeństwo?

Literat przegląda Internet #13

Dzisiaj, w ten piękny listopadowy dzień, prawie pocałowałem klamkę. Na szczęście los oszczędził mi tej wątpliwej przyjemności i mogę spokojnie pracować. Za to jutro spróbuję ponownie! Żałuję, że załatwianie jakiejkolwiek biurokracji na Uniwersytecie to hazard – może ktoś będzie, a może drzwi będą zamknięte? Nic to! Trzeba przeglądać Internet i szukać ciekawostek.

Stereotypy – znamy je wszyscy, czasem stosujemy je świadomie, innym razem po prostu nam się wymykają. Polecam Waszej uwadze ten film, którego autorzy eksperymentują z pewnymi uproszczeniami. Interesujące, szczególnie w dobie politycznej poprawności.

Nowy rząd upodobał sobie nocną zmianę. W mediach dyskutuje się o różnych decyzjach, ale jedną sprawą nikt nie się zajmuje – szkolnictwo wyższe to sierota, która absolutnie nikogo nie interesuje. Jak będzie wyglądała polska nauka? Warto przeczytać kilka wniosków wysnutych z expose pani Premier przez doktora Emanuela Kulczyckiego. Mogą stanowić dobry fundament do dyskusji.

Hobbit, to w zasadzie rozbudowany fan art, z którym wielu fanów Władcy Pierścieni ma problem. Okazuje się, że nie tylko oni czują, że coś nie pasuje. Podobnie myśli Peter Jackson. Najwyraźniej wiele rzeczy poszło w złym kierunku.

Zdjęcie z rekwizytem okazuje się trudnym tematem. Warto zobaczyć kilka fotek i zrozumieć, jakich problemów należy unikać.

Na koniec jeszcze o edukacji. Media znowu zajmują się problemem gimnazjów, ale nikt nie widzi, że to ledwo powierzchnia. Kogo my w zasadzie chcemy kształcić? Jakie kompetencje ma posiadać młody człowiek po maturze? Dalej nie wiadomo.

uniinnsbruck / University Library (CC BY-NC 2.0)

Wiek ciemny, człowiek nikczemny

Z wielkim zainteresowaniem obserwowałem sytuację na Uniwersytecie Warszawskim. Z podziwem śledziłem kolejne informacje na temat tego małego buntu. Po stronie studentów opowiedzieli się także pracownicy naukowi, na w chwilę uniwersytet stał się ponownie wspólnotą. Dlatego nie zdziwiło mnie pojawienie się artykułu Kacpra Van Wallendaela „Czy czeka nas bunt studentów? O proteście na polskich uniwersytetach”. Ja, niestety, nie mam wątpliwości – jakikolwiek bunt nam nie grozi.

Zdaję sobie sprawę z tego, że po raz kolejny sieję defetyzm. Mój sceptycyzm wynika z obserwacji środowiska studenckiego oraz z tego, że stosunkowo niedawno przeszedłem na drugą stronę. Doktorantem jestem dopiero od 3 lat, więc doskonale pamiętam, jak wyglądała wspólnota w czasach, gdy ja sam byłem studentem. Nie będę ukrywał, że jej nie czułem. Często miałem wrażenie, że wykładowca za wszelką cenę stara się od nas odciąć, że dystans, który nas dzieli, jest niemożliwy do przekroczenia. Dzisiaj rozumiem, że problem leżał pośrodku, w nas studentach oraz w systemie, w którym trwaliśmy. To my nie chcieliśmy rozmawiać poza zajęciami, to my przychodziliśmy na dyżury tylko wtedy, gdy zostaliśmy na nie zaproszeni (np. w celu zaliczenia zajęć). Po przejściu na drugą stronę, po wielu rozmowach na ten temat z pracownikami naukowymi Uniwersytetu Śląskiego, wiem, że odbudowy wymaga to, co zawsze było fundamentem akademii – poczucie wspólnoty.

Utraciliśmy je, ponieważ uwierzyliśmy, że uniwersytet powinien być fabryką. Najbardziej drażni mnie to, że wielu młodych naukowców myśli właśnie w taki sposób. Praca na uczelni w niczym nie przypomina produkowania śrubek lub innych przedmiotów. Postępująca standaryzacja, za którą idzie patologiczna „punktoza” sprawia, że degradacji ulega poczucie wspólnoty. Pracownicy naukowi zajęci są mnożeniem publikacji, aby wykazać, że udało im się zdobyć kilka punktów. Wielu studentów cechuje obojętność, pragną tylko zdobyć papier, dostać dyplom i opuścić mury uczelni. W Polsce doszło do katastrofalnej pomyłki – powszechność edukacji, nie oznacza powszechnego dostępu do dyplomów. Coraz częściej droga wiodąca do ukończenia studiów pozbawiona jest jakichkolwiek przeszkód. Młody człowiek przychodzi, siedzi, nie rozumie, co się do niego mówi, a potem zdaje egzamin lub kolokwium. Bo zdać musi, bo utrata studenta oznacza kłopoty z przydziałami. Sytuacja ta jest patologiczna i mało kto chce ją zmienić.

Pewną formą przebudzenia był dla mnie wykład okupacyjny zorganizowany we wtorek przez Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. Czytałem relacje, oglądałem zdjęcia – i ten ruch, sam w sobie, był bardzo ciekawy. Najważniejsze jest to, że przyciągnął studentów. Znowu, na chwilę, obudziła się uniwersytecka wspólnota. Bo trzeba zaznaczyć, że protestowali także naukowcy Wojskowej Akademii Technicznej oraz Politechniki Warszawskiej, ale media ten fakt przemilczały. Nic dziwnego, ostatnio bardzo dobrze sprzedaje się pokazywanie upadku nauk humanistycznych, ich klęski oraz nieprzydatności. O tym, że są one potrzebne świadczyć może właśnie bardzo niski poziom dziennikarstwa, a także rosnący odsetek osób, które nie potrafią krytycznie odnieść się do rzeczywistości. To rozbijanie, dzielenie świata naukowego na „gorszych” (humanistów) oraz „lepszych” (ścisłowców) osłabia Polskie uniwersytety. Może to jest strategia ministerstwa? Sprawdzone „dziel i rządź” – jak pracownicy naukowi będą zajęci zdobywaniem grantów, jak się ich poróżni, to nie będą protestować i będzie można spokojnie sobie egzystować, przerzucać papierki i stawiać pieczątki. Potrzebujemy siebie nawzajem, uniwersytet to inkubator Idei, miejsce, w którym można swobodnie myśleć i tworzyć. Nigdy nie wiadomo, co człowieka zainspiruje, uczelnia jest właśnie takę przestrzenią spotkań oraz zderzeń. Te tarcia bywają inspirujące.

Martie Swart / National University of Galway, Ireland (CC BY 2.0)

Martie Swart / National University of Galway, Ireland (CC BY 2.0)

Epoka rozumu?

Coraz częściej mam wrażenie, że nie żyjemy w czasach światłowodu i cyfrowego rozumu, ale żyjemy w okresie, który ktoś, pisząc syntezę historyczną za 300 lat, nazwie Wiekiem Ciemnym. Daleki jestem od deprecjonowania wynalazków, przecież piszę na jednym z nich, z Internetu korzystam codziennie, telefon komórkowy ułatwia mi komunikację. Problemem jest dla mnie umierająca ciekawość, ginąca potrzeba sięgnięcia dalej, opisania czegoś nowego, zbadania innych szlaków. Martwi mnie postępujące chowanie w sobie własnych poglądów. Sieć przyzwyczaiła do tego, że wypowiedź może być anonimowa, że można ukryć się za pseudonimem i być bezkarnym. Widzę te przyzwyczajenia w chwilach konfrontacji, gdy zapytany student musi ustosunkować się do materiału prezentowanego w trakcie ćwiczeń. Zdycha umiejętność dyskusji, na szczęście wciąż zdarzają się wyjątki. Brak tego elementu poważnie osłabia edukację wyższą. Mamy milczeć na zajęciach? Kilka slajdów i do domu?

Warto też wspomnieć o nowych metodach dydaktycznych. Wszechobecne prezentacje i filmy nie rzadko przyczyniają się do podniesienia jakości zajęć. Prowadzący musi wiedzieć, w jakim celu stosuje te, a nie inne narzędzia. Jeżeli sięga po nie tylko po to, aby studenci nie myśleli, że jest staroświecki, to przegrywa na starcie. Z mojego doświadczenia wynika, że wielu młodych ludzi ma poważny problem ze skupieniem uwagi. Nie potrafią połączyć sensów z dwóch źródłem, co jest dziwne, ponieważ dużo mówi się o wielozadaniowości pokolenia wychowanego na grach komputerowych. Na ćwiczeniach wygląda to tak, że jedni koncentrują się wyłącznie na obrazkach, inni na moich słowach, a tylko nieliczny są w stanie połączyć sensy pochodzące z tych dwóch źródeł.

Problemem jest także to, że na co dzień posługujemy się krótkimi komunikatami. Najmocniej formatuje nas Internet – setki informacji, brak czasu na dogłębną analizę treści, wyszukiwanie tylko tej najważniejszej, a często zatrzymywanie się na samym tytule. Nie służy to rozmowie na studiach, ale nie uważam, że uniwersytety powinny robić wszystko, aby dostosować się do studentów. Zdaniem szkoły wyższej jest człowieka rozwinąć, poprzez stawianie wyzwań. Paradoksalnie czymś takim jest mówienie zdaniami wielokrotnie złożonymi. Okazuje się, że wielu studentów ma problem z ich zrozumieniem. Jeżeli komunikat jest zbyt długi i za bardzo złożony, to się wyłączają. Sformatowani przez współczesność oczekują treści przystępnej dla nich, dopasowanej do nich, bo dzisiaj wszystko ma naklejkę „specjalnie dla ciebie”. Na uczelni ma być inaczej, prowadzący powinien być osobą, która zainspiruje do poszukiwań, a nie maszyną, która będzie wbijała do głów wiedzę. W przeciwnym razie czeka nas cywilizacyjny regres, Wiek Ciemny.

//Wykład okupacyjny:

//Obrazek wyróżniający: uniinnsbruck / University Library (CC BY-NC 2.0)

Anne Francis and Robbie the Robot in Forbidden Planet (1956) / Tom Simpson (CC BY-NC-ND 2.0)

Robotyczny kres ludzkości

Świat nam się powoli robotyzuje. Najpierw komputery osobiste, potem smartfony, a teraz samojeżdzące samochody. Co tam maszyny! Algorytm ma napisać krótkiego newsa! A potem „science fiction na całego”, czyli mikroczipy zamiast dowodów, nanoroboty pomagające w leczeniu, egzoszkielety rodem z Elizjum i przenoszenie własnej świadomości do Sieci. I gdzie tu miejsce dla człowieka?

Odpowiedź tylko wydaje się prosta: ludzkość ma być beneficjentem tych przemian. Zamiast zastanawiać się nad tym za co żyć, zaczniemy myśleć wyłącznie o sensie życia. Ale w tym ultraoptymistycznym scenariuszu umyka konfrontacja człowieka z maszyną. Zakłada się, że będzie on rządził zaprogramowanym przez siebie robotem, że algorytm to poważne ograniczenie w rozwoju maszyn. Istnieje w nas pragnienie, aby komputery uczyły się i rozwijały z pomocą człowieka. W interesujący sposób ten problem podjął Stanisław Lem w opowiadaniu Ananke. Komputer pilotujący statek cierpi na osobowość anakastyczną (brak elastyczności, nadmiar dbałości o porządek) i w wyniku wykonywania zbyt dużej ilości niepotrzebnych funkcji doprowadza do katastrofy. Po przeprowadzonym śledztwie okazuje się, że komputery przejmują osobowości ludzi, którzy je szkolą. W ten sposób Stanisław Lem podkreśla odpowiedzialność człowieka za stworzone maszyny. Nie da się od niej uciec, trzeba ciągle sprawdzać w jaki sposób tworzone są algorytmy i nie wierzyć ślepo w rozbudowany system samouczący się. Najśmieszniejsze jest to, że my – współcześni – tak właśnie postępujemy.

Robot /  Bill Dickinson (CC BY-NC 2.0)

Robot / Bill Dickinson (CC BY-NC 2.0)

System rekomendacji to najbanalniejszy przykład. Spotykamy go już praktycznie wszędzie, już za moment, już za chwilę, będzie on istotnym elementem pralki (zaproponuje właściwy proszek do ubrań) oraz lodówki (będzie wyświetlała potrawy, na które możemy mieć ochotę, ponieważ kilka dni temu zjedliśmy…). Zazwyczaj nie zastanawiamy się nad tym, dlaczego dany program proponuje nam „to”, a nie „coś innego”. Być może wcale nie chcemy ciągle słuchać podobnych zespołów lub czytać książek o podobnej konstrukcji fabularnej. Ale wierzymy, że system rekomendacji w końcu się nas nauczy i będzie proponował to, co będzie dla nas dobre. Okazuje się, że nie zawsze tak jest, a to tylko wierzchołek góry lodowej. Wkrótce skomplikowane systemy będą się uczyły prowadzić samochód i będą wybierały odpowiednią terapię. Czy dalej będziemy wierzyć w ich nieomylność?

Stanisław Lem każe w nią wątpić. Zaproponowany przez niego w Ananke system treningów pokazuje, że człowiek w dalszym ciągu musi brać odpowiedzialność za maszynę, nawet jeżeli jest ona wyposażona w system pozwalający na uczenie się. Zadaniem osoby szkolącej komputer jest nie tylko jego zaprogramowanie, co wskazanie mu podstawowych rozwiązań dla określonych problemów. Przypomina to naukę odpowiadania na zadane pytania ze wskazaniem alternatyw. Założenie jest jedno: maszyna szybciej je sprawdzi i wybierze tę, która będzie najbardziej efektywna. Ale w Ananke okazuje się, że nie zawsze się to udaje. Minusem maszyn jest brak umiejętności improwizowania, ten brak elastyczności może mieć dramatyczne konsekwencje. Czy w takim razie powinniśmy czuć się bezpiecznie? Nie. Maszyny są w stanie wykonywać wiele czynności o różnym poziomie skomplikowania.

Roboty są wśród nas

Na temat postępującej robotyzacji społeczeństwa można przeczytać świetny artykuł „The Robotification of Society is Coming” Rhetta Allaina, który został opublikowany na Wired. Autor zwraca uwagę na kilka mających negatywny wydźwięk elementów związanych z robotyzacją. Przede wszystkim jest to ograniczanie dostępu do pracy, szczególnie w przypadku zawodów nie wymagających kwalifikacji, ale nie oznacza to, że pozostali też mogą czuć się bezpiecznie. Słusznie zauważa Rhett Allain – komputery potrafią liczyć, czytać i pisać. Wniosek jest jeden:  każdy może zostać zastąpiony przez maszynę.

Spostrzeżenia Rhetta Allaina są bardzo niepokojące, ale warto się z nimi zapoznać. Poza tym można także poświęcić piętnaście minut życia na obejrzenie, podlikowanego w artykule, filmu mówiącego przemianach jakie zachodzą w społeczeństwie pod wpływem automatyzacji. Być może niektóre przytoczone tam argumenty są za bardzo zabarwione emocjonalnie, jednak należy zapoznawać się także z negatywnymi wizjami rozwoju świata. Na chwilę w niej pozostańmy i zadajmy pytanie: W jaki sposób poradzić sobie z naciągającą dominacją robotów?

Rhett Allain pisze o ważnej roli uniwersytetów, którą charakteryzuje w następujący sposób:

Instead, I think the best plan is to educate in a way that is perpendicular to the direction of robotification. What does that even mean? Well, at first robots will take over simple things. So, we shouldn’t educate people to focus on simple things – robots will do those jobs. However, this also means that we shouldn’t be “job training” in education – especially in higher education. Unfortunately, this is what many administrators are pushing for. “Make the students ready for the real world.” But the real world is the future and the future is unknown. Preparing for the real world is preparing for the past. The past will be robots.

If colleges and universities stick with the “real world ready” strategy, they will be graduating students that will have to compete with robots. Guess what… robots will probably be cheaper and better than many college graduates.

As I’ve said many times, college isn’t about getting ready for a job. A university degree is about learning to be more human. This means that humans that work on a college degree should take all sorts of classes. They should learn to paint and write a poem. They should be able to explore the world with science. They should practice communicating and reflecting on our past. These are the things that make us human.

Warto przyjrzeć się tym argumentom. Nie mogę się nie zgodzić z tym, że współczesny model edukacji jest po prostu zły, ale jego problem – przynajmniej w Polsce – polega na całkowitym braku ciągłości. W zasadzie, do końca szkoły średniej, powtarza się informacje, które poznało się już wcześniej. Jest to problem systemu, który opiera się na programie, a ten – jak wiadomo! – trzeba koniecznie wykonać. Nie wiem dlaczego ktoś nie pomyśli o takim jego ustawieniu, aby program przede wszystkim rozwijał młodych ludzi, a nie pchał im do głów kolejne informacje lub opierał się na ciągłym ich powtarzaniu. Jeżeli nie odpowiemy sobie na pytanie kogo chcemy wychować, to faktycznie będziemy produkowali ludzkie roboty. Dzisiaj jeszcze potrzebne, ale już wkrótce przegrają one z mechaniczną konkurencją.

Anne Francis and Robbie the Robot in Forbidden Planet (1956) /  Tom Simpson (CC BY-NC-ND 2.0)

Anne Francis and Robbie the Robot in Forbidden Planet (1956) / Tom Simpson (CC BY-NC-ND 2.0)

Autor artykuły zwraca uwagę na to, że uniwersytet jest miejscem, w którym ćwiczy się swoje człowieczeństwo poprzez poszerzanie własnej świadomości i nastawianie na przygotowywanie studentów „do prawdziwego życia” jest szkodliwe. Mam mieszane uczucia co do tego stwierdzenia. Z jednej strony uważam uniwersytet za miejsce, w którym ścierają się Idee, gdzie ludzie rozmawiają i opisują w naukowy sposób rzeczywistość, ale z drugiej strony uważam, że nie wszystko da się wytłumaczyć za pomocą artykułu lub równania, powinniśmy wprowadzać zajęcia warsztatowe tam, gdzie jest to możliwe. I niech to będą faktycznie godziny spędzone na dyskusji ze studentami, niech będą to starcia pomysłów, ale niech wynikiem tej walki będzie nabycie praktycznych umiejętności, przez które rozumiem umiejętność wykorzystywania własnej wiedzy w praktyce. Jednocześnie uniwersytet nie może stać się szkoła zawodową lub fabryką produkującą wyłącznie specjalistów w określonej dziedzinie, ponieważ okazuje się to opłacalne. To jest zabijanie edukacji wyższej, a powinniśmy poszukiwać dróg jej rozwoju.

Świat się zmienił i uniwersytety również powinny się zmienić. Być może kiedyś, my nauczyciele, nie będziemy potrzebni i zastąpią nas roboty. Dzisiaj krzyczymy, że edukacja to także socjalizacja i nic nie zastąpi rozmowy z drugim człowiekiem, że jest ona potrzebna do tego, aby rozwijać siebie i swoje idee. Sam tak uważam i nie wyobrażam sobie świata, w którym piszę doktorat i pomaga mi w tym maszyna, a nie promotor z krwi, Idei i kości. Taka wizja budzi we mnie wstręt, ale nie mogę jej całkowicie odrzucić. Nasze współczesne zasady można stosować do świata, w którym w dalszym ciągu dominuje człowiek. Nawet jeżeli spotyka się z maszyną, to dalej ją kontroluje i nią zarządza. Jak będzie wyglądała edukacja, gdy rola komputerów w naszym życiu będzie dominująca?

Może właśnie wtedy będziemy uczyć się ze wszczepionego w głowę układu scalonego. Krótka synchronizacja i wiemy wszystko. Warto rozważyć każdy scenariusz, nawet ten, który swoją strukturą przypomina najbardziej radykale science fiction. W końcu przynajmniej kilka z tych przepowiedni się sprawdziło, więc może robotyczny kres świata nie jest wcale tak absurdalną wersją zagłady ludzkości?

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén