Tag: uniwersytet śląski (Page 1 of 2)

Widmo choroby

Tydzień w łóżku. Nic podniecającego, zwykłe zapalenie oskrzeli. Kaszel, niewielka przytomność umysłu, walka o utrzymanie chociaż godzinnego oddechu bez wypluwania płuc. Niby nic, niby same drobiazgi, ale w ogólnym rozrachunku okazuje się, że jednak trzeba się wysilić. Jeszcze leki. Lekarz pierwszego kontaktu, po zbadaniu mojego stanu oskrzeli, płuc i gardła, stwierdził, że dobrym wyborem będzie mocny antybiotyk. Jak powiedział, tak przepisał i zaczęło się pływanie.

Na pewno pomogło. Jednak mój ostatni tydzień dosłownie przepłynął mi przed oczami. Co osiem godzin aplikowałem sobie tabletkę, która sprawiała, że od razu szedłem spać. Pobudka o szóstej, kanapka, bo jak tak brać leki na pusty żołądek, tabletka i wskakuję w objęcia Morfeusza. Osiem godzin później jest podobnie, drzemka polekowa i pozbieranie dopiero wtedy, gdy moja Żona wracała z pracy. Budziło mnie szczekanie psa i dźwięk domofonu. Kolejne kilka godzin względnego funkcjonowania z kaszlem, kolacja, o 22:00 tabletka i już spokojnie śpię. Tak wyglądały moje dni od poniedziałku do dzisiaj. Po raz pierwszy nie musiałem brać leków i nagle okazuje się, że nie muszę spać co osiem godzin, myśli stają się trochę bardziej przejrzyste i nawet mogę pójść na spacer z psem! Zrobić zakupy, które będą czymś więcej, niż syropem na kaszel, pudełkiem wypchanym antybiotykiem i witaminą C.

Znam osoby, które w trakcie choroby nadrabiają zaległości książkowe, serialowe i gierkowe. Mnie zawsze dobija lekko zaćmiony umysł, a w czytaniu nie pomagają krótkie okresy względnej aktywności. Seriale również trudno oglądać, szczególnie, gdy w pokoju wciąż brak telewizora. Tak to bywa, gdy wpadnie się w pułapkę przeprowadzki. Dlatego ostatnie dni spędziłem, pracując z domu, nadrabiając zaległości z niektórymi taskami, porządkując dane do analiz i spokojnie odpisując na maile. Nawet w chorobie trzeba pracować, szczególnie gdy można to spokojnie robić z domu, z łóżka, z przytulonym psem. Idealnie! Ponowoczesny pracoholizm? Gdyby nie to, że mogę pracować z domu, we własnym rytmie, to przy każdej chorobie chyba bym oszalał.

Pamiętam, gdy coś mnie rozkładało, gdy pracowałem na Uniwersytecie Śląskim. Jeden weekend znalazł sobie szczególne miejsce w moich wspomnieniach. Jelitówka, dwa dni ze studiami zaocznymi, brak sił na cokolwiek. A tu już goniły mnie terminy! Tekst do napisania, abstrakt na konferencję, przełożenie zajęć… Nawet spokojnie pochorować się nie dało! Dla studentów nie był to większy problem, dla mnie, jako prowadzącego, kolejna runda walki z upływającym czasem. Czytać nie mogłem, pisać również było trudno, po prostu zdychałem tak długo, aż nie poczułem się lepiej. Dlatego ten ostatni tydzień był znacznie lepszy! Popracowałem, nie czułem, że tylko tracę kolejne minuty i godziny, leżąc w łóżku! Zalety pracy z domu!

Jutro wracam. Za swoje biurko, do swojego kąta, do kubka sprezentowanego przez moją Żonę na święta. Osiem godzin w hałasie, w przekrzykiwaniu się, w załatwianiu i dopinaniu kolejny spraw. Trochę przeklikiwania bazy danych, bo dzień bez porządnego wymęczenia myszki jest dniem straconym! Raport i do domu. Oglądać seriale, czytać, funkcjonować. Aż do następnej choroby.

Smutne rozważania dydaktyka

Koniec semestru to czas sesji. Przynajmniej dla studentów. Dla dydaktyka najbliższe dni oznaczają wyczekiwanie na kolejne prace oraz nudne siedzenie na dyżurach. Pozostaje mieć nadzieję, że jednak ktoś się pojawi, przyjdzie, chociaż po wpis, co przyspieszy upływ czasu. Ostatnie dni spędziłem także na podsumowywaniu zimowego semestru. Miałem czas, bo na dyżur przyszło tylko kilka osób.

W tym semestrze prowadziłem kilka grup na studiach dziennych, zarówno na licencjackich, jak i dziennych. Pracowało mi się dobrze, chwilami nawet bardzo dobrze. Jedni budzili się wcześniej, drudzy później, a inni w ogóle – jak to na studiach. Nie mogę zaliczyć tego semestru do szczególnie nieudanego, ale dobry też nie był, ponieważ miewałem lepsze. Wszystko zależy od studentów. W każdym roku akademickim dostrzega inne, rozpraszające ich, elementy. Ostatnie miesiące pozwoliły mi zauważyć, co bardzo mnie zaniepokoiło i sprawiło, że moje rozważania nabrały smutnego wydźwięku.

Młodych ludzi męczy indywidualizm, ale ten w wersji hiper. Stają się ślepi na normy kulturowe, coraz trudniej im przywołać kontekst. Każdą próbę wyjścia w tym kierunku, kwitują słowami: Ale znajdzie się ktoś, kto zrobi inaczej, więc trudno jednoznacznie stwierdzić. Tak nie jest. Zawsze istniały jednostki, które przekraczały normy, te charakterystyczne granice w każdej kulturze. Ostatnie lata całkowicie rozmyły pojęcie zasad, więc studenci automatycznie stracili punkt odniesienia. Paradoksalnie, tych młodych ludzi, trzeba nauczyć poruszania się w obrębie pewnego zbioru reguł, należy im przypominać, że są jednostkami zatopionymi w określonym społeczeństwie oraz kulturze. Nie widzą tego, ponieważ wtłacza się im do głów różnego rodzaju frazesy takie jak „jeśli bardzo chcesz, to na pewno ci się uda”, „każdy jest kowalem własnego losu”, „najważniejsza jest autoprezentacja”. Co ciekawe stoi to w sprzeczności z wnioskami, które wyniosłem z zajęć z dydaktyki. Tam uczono nas, doktoratów, że powinniśmy w studentach rozwijać umiejętność pracy w grupie, że na to mamy stawiać. Jednak jest to zupełnie niemożliwe! Skoro są przekonani o własnej nadzwyczajnej wyjątkowości oraz wierzą w zbędność zasad, to jak podporządkują się regułom panującym w danej grupie?

Zrobiłem taki eksperyment na jednych zajęciach. Studenci musieli podzielić się na małe redakcji i prowadzić swoje blogi. Byli rozliczani z konsekwencji w publikacji oraz z wyboru tematów. W trakcie wpisywania zaliczeń sami przyznali, że najtrudniejszym elementem była dla nich praca w grupie – musieli się dotrzeć oraz szukać kompromisów, dyskutować ze sobą i słuchać się nawzajem. Próżno szukać tych elementów w polskich mediach, która korzystają z narracji walki, bezwzględnego konfliktu i posługują się kategoriami zwycięzców oraz przegranych. Trudno oczekiwać od studentów, że będą inni. Tym bardziej przerażające jest to, że nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo ich zachowania kontroluje kultura, w której żyją.

Największą klęską polskiej edukacji nie jest powołanie do życia gimnazjów lub podział studiów na dwa stopnie. Druzgocącą porażką, jest brak umiejętności nauczania o kontekście kulturowym, o zbiorowości, w której się żyje. Bez tego jesteśmy skazani na ludzi przerzucających się wyzwiskami i poruszających się wyłącznie po powierzchni problemu, czyli na to, co aktualnie widzimy w mediach.

Projekt plakatu: Daria Swędzioł

Fantastyczne piątki (6) – Degradacja mitu

Projekt plakatu: Daria Swędzioł

Projekt plakatu: Daria Swędzioł

Projekt plakatu: Daria Swędzioł

Fantastyczne piątki (5) – Ojciec: wzór, model, archetyp

Projekt plakatu: Daria Swędzioł

Projekt plakatu: Daria Swędzioł

Riot Contol / Steve Crane (BY-NC-SA 2.0)

Bunt doktorantów

Zaczęło się. Najpierw byliśmy świadkami niewinnego marszu ulicami Katowic, potem protestu przez rektoratem. Żadna z wcześniejszych manifestacji nic nie dała, dlatego doktoranci postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Zablokowali główne arterie miasta, rozdają przechodniom ulotki i okupują wydziały. Sytuacja staje się coraz bardziej napięta.

Krążą plotki o bijatykach z policją, o obrzucaniu przypadkowych samochodów kamieniami zawiniętymi w postulaty grupy. Na płotach rozwieszono transparenty z napisem „Młodzi naukowcy też chcą żyć!”. Na niektórych budynkach, ze szkodą dla nowych elewacji oraz wiekowej modernistycznej architektury, pojawiło się graffiti obrażające aktualny rząd i kolejne decyzje związane z reformą studiów wyższych. Kolejne tury rozmów spełzły na niczym. Negocjatorzy załamują ręce – nie są w stanie wypracować kompromisu pomiędzy Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a delegacją doktorantów. Grupy doktorantów skupione wokół rektoratu stają się coraz głośniejsze i coraz śmielsze.

Odnotowano próby wtargnięcia do Centrum Informacji Naukowej i Biblioteki Akademickiej (potocznie zwanej Cinibą). Zdesperowani młodzi naukowcy próbowali wynieść część księgozbioru i zostali zatrzymani przez policję. Tłumaczyli, że wybrane przez nich pozycje są im potrzebne w badaniach, a były dostępne wyłącznie w czytelni, co utrudniało im pracę. Najbardziej ucierpiała biblioteka na Wydziale Filologicznych w Katowicach. Przeżyła prawdziwy szturm zorganizowanej grupy, w której skład wchodzili kulturoznawcy, filolodzy oraz bibliotekoznawcy – księgozbiór została doszczętnie rozkradziony, sprawców nie udało się ująć. A to tylko nieliczne przykłady działań zbuntowanych doktorantów.

Najbardziej ucierpieli studenci, ponieważ odwołano im zajęcia. Co prawda większość wolnego czasu spędzają na Mariackiej, ale pytani przez dziennikarzy wielokrotnie podkreślali, że brakuje im ćwiczeń, rozmów oraz laborek z doktorantami, którzy doskonale krzewią wiedzę i są bardzo ważnym elementem w strukturze Uniwersytetu. Pomiędzy stolikami krążą osoby rozdające postulaty różny grup reprezentujących interesy młodych naukowców. Studenci ulotki te czytają ze zrozumieniem, zaznaczając, że gdy tylko uporają się ze swoimi sprawami natychmiast dołączą do protestu.

Zajęcia zawieszone zostały dwa tygodnie temu. Od 10 dni Katowice są sparaliżowane. Końca sporu nie widać, negocjacje niebezpiecznie się przedłużają – czy faktycznie jesteśmy gotowi na bunt doktorantów? Czy to wyjście na ulice elity intelektualnej nie doprowadzi do dalszych rozruchów? Na Facebooku oraz Instagramie pojawiły się zdjęcia osób niosących stare opony. Zapewne doktoranci przygotowują się do następnego starcia. Już wkrótce Katowice spowije czarny dym.

Riot Contol /  Steve Crane (BY-NC-SA 2.0)

Riot Contol / Steve Crane (BY-NC-SA 2.0)

//Mała fikcja sprowokowana felietonem Marcina Mellera „Książki jak kastety” (Newsweek 8/2015).

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén