Tag: wiadomości literackie

Luis Reina / CRISIS? (CC BY-NC-ND 2.0)

Kryzys żyje!

Żyjemy w radosnych czasach wszelakich kryzysów. Na pewno wszyscy kojarzymy ten finansowy, ponieważ nie schodzi on z telewizyjnej ramówki. Studentom humanistyki mówi się o kryzysie wielkich opowieści, o kryzysie autora, a nawet o kryzysie tożsamości. Wkrótce, bo zbliżają się wybory, na pewno usłyszymy o kryzysie polskości, tej jedynej i prawdziwej. Oczywiście każda ze strony będzie miała jej własny projekt i stanie się to, co widzieliśmy w Dniu świra. Obrazek wyrwania sobie polskiej flagi i krzyki o najmojszej racji, zawsze nachodzą mnie, gdy kampania się coraz bardziej rozkręca. W tym roku, obok racjowania, będzie sobie trwało kryzysowanie.

Co jest dość dziwne. Pamiętam, że na zajęciach z literatury, które w całości były poświęcone kryzysowi autora, sięgnęliśmy po definicję tego pojęcia. Oglądając mądre głowy w telewizji, postanowiłem, że odszukam te notatki i skonfrontuję to, czego mnie nauczano, z tym, co obserwuję. Wnioski są zastanawiające. Przede wszystkim na zajęciach wielokrotnie podkreślano, że kryzys to sytuacja przejściowa, moment przesilenia, chwila decyzji, czas na przemyślenie, a być może i zmianę kierunku rozwoju. Mówiliśmy o tym, że kryzys to sytuacja dynamiczna, wręcz potężne stracie jednostki ze zjawiskiem, ale najważniejsze było odnalezienie nowego rozwiązania dla sytuacji. Od tamtych zajęć minęło jakieś siedem lat, ale do dziś trwamy w kryzysie autora. Ta dynamiczna sytuacja, o której wtedy rozmawialiśmy, okazała się nad wyraz statyczna. Stała się niczym mur, zbudowany z ultranowoczesnego i bardzo trwałego materiału. Nie do przebicia. Dokładnie to samo stało się z innymi kryzysami. Jesteśmy w nich, okopujemy się, ale nic z nimi nie robimy. To bardzo niebezpieczne.

W trakcie robienia kwerendy (bardzo często o niej piszę, najwyraźniej ten trud boleśnie odbił się na mojej psychice) trafiłem na artykuł Kosmiczne zmartwienia Karola Irzykowskiego. Ten wybitny krytyk ciekawe sportretował problem z kryzysem:

„Kryzys stał się dziś taką samą kategorją myślenia jak czas i przestrzeń. Ale to jest instrument optyczny a nie trąba jerychońska” [K. Irzykowski, Kosmiczne zmartwienia, “Wiadomości Literackie” nr 45/1931]

Uwaga, jak na czasy dwudziestolecia międzywojennego, bardzo trafna i – co warto podkreślić – w dalszym ciągu aktualna. Całkowicie zapomnieliśmy o tym, że pojęcie kryzysu to tylko narzędzie, sposób opisu rzeczywistości, który powinien dokądś prowadzić. U nas dominuje traktowanie kryzysu jako najpoważniejszego wykładnika, to, że mamy kryzys wszystkiego stało się fundamentem wiary oświeconego postmodernisty. Zewsząd słyszymy trąby jerychońskie zwiastujące niechybną zagładę. Dlatego nic nie robimy, czujemy, że nie unikniemy swojego losu, poddajemy się i patrzymy, jak walą się mury świata. Nadużywamy pojęcia kryzysu, aby ukryć to, że wiele wartości oraz elementów rzeczywistości zostało zniszczonych. Na ich miejscu pozostała pustka, niczym nie zostało zapełnione. Struktury stały się niemodne, a może nawet niechciane. Znacznie łatwiejsze było postmodernistyczne rozmemłanie.

Chciałbym poczytać teksty ludzi, którzy oferują jakieś rozwiązania, poszukują wyjść z kryzysu i obcy jest im strach przed strukturami. Drażnią mnie te frazesy powtarzane w telewizji, o młodych ludziach jak nie z tych czasów, o przedsiębiorcach budujących swoje majątki z niczego. Z drugiej strony są historie, o biedzie, o trudnym losie, o wielkiej walce, która teraz już się skończyła! Bo zauważyły ją media i gotowe są pomóc uciśnionym, dać im te przysłowiowe pięć minut, a potem przemielić i wypluć. Tak właśnie wygląda ponowoczesna recepta na kryzys – dać się przetrawić. Tyle, to wszystko. Zabrakło nam umiejętności odpowiadania na bezsensowne propozycje naprawy. One nie budują trwałych struktur, to zwykłe, pośpieszne łatanie taśmą. W naszych polskich duszach pokutuje twierdzenie, że prowizorka trzyma najdłużej, ale mam wrażenie, że trudno stosować ten mechanizm do jakichkolwiek elementów związanych z kulturą i społeczeństwem.

Niby chcemy, aby każdy z obserwowanych przez nas kryzysów się skończył. W takim razie dlaczego z taką wielką przyjemnością się nimi otaczamy? Dopadła nas bezsilność? Wątpię. Raczej cierpimy na nieumiejętność podejmowania walki. Od najmłodszych lat wmawia się nam, że kryzys to rzecz normalna, a przecież nigdy nią nie był. Doszło do przewartościowania, którego nigdy nie zrozumiem.

János Pálinkás / merry crisis and a happy new fear (CC BY 2.0)

János Pálinkás / merry crisis and a happy new fear (CC BY 2.0)

// Obrazek wyróżniający: Luis Reina / CRISIS? (CC BY-NC-ND 2.0)

Bright Vibes / You have the talent (CC BY NC ND 2.0)

Talentyzm. Ponownie.

Jesień to nie tylko czas spadających liści, ale także nowej ramówki. Zaczynają się wszelkiego rodzaju targowiska talentów, znane jako talent show. Obok najbardziej rozpoznawalnego Mam talent są także Top Chef, Masterchef, Aplauz oraz inne Must be the Talent. Przesyt wyjątkowych ludzi, którzy atakują telewidzów. Powtarzalność, bo większość śpiewa, czasem ktoś zatańczy lub zagra. Kuchenny atak w szefach i jury o pokerowych twarzach. Trudno pominąć granie na emocjach, które jest trochę tanie, naiwne i niesmaczne. Szczególnie gdy wszechwiedzący zaczynają komentować. Tacy młodzi, a już genialni.

Polska w telewizji, sprecyzujmy, że w programach rozrywkowych typu talent show, jest rezerwuarem geniuszy. Okazjonalnie prezentuje się jakiegoś kosmitę, ale tylko po to, aby poprawić notowania pozostałych wspaniałych uczestników. Jury siedzi, obserwuje i ocenia. Rozróżniają prawdziwą Sztukę i Rozrywkę, od zwykłych wygłupów. Dlatego, gdy ktoś pięknie zatańczy, to przechodzi dalej, ale już wymiotowanie wodą nie zachwyca. Chociaż reakcje publiczności były zgoła inne, jednak mam nadzieję, że była to wyłącznie przekora, żadna fascynacją czymś tak niesmacznym i głupim. Jeżeli było inaczej, to spuśćmy na to zasłonę milczenia. Pierwszymi krytykami młodego talentu są specjaliści z dziedzin różnych, którzy bacznie obserwują poczynania uczestnika. Potem przychodzi czas na telewidzów i głosowanie. Wygrywa nawet nie tyle najlepszy, co ten, który najbardziej się podobał.

Drogi tych zwycięzców są różne. Okazuje się, że dotarcie do samego finału daje więcej, niż samo zwycięstwo. Jest splendor, są miliony monet z reklam, jakieś piosnek lub bycie twarzą bankietu – przepraszam! – iwentu. Szołbiznes jak się patrzy! A pamiętacie jeszcze Gienka Loskę i to, że miał być nadzieją bluesa, ale potem wypadł płytę, której jedyną wartością była cena na okładce? Podejrzewam, że nie, w końcu wśród prawdziwych talentów nie ma miejsca dla zapomnianych. Jest jeszcze coś! Taki przyjemny frazes mówiący, o którym pisał Karol Irzykowski. Nie zaszkodzi mała wycieczka w przeszłość, do dwudziestolecia międzywojennego, które również musiało się zmierzyć z problemem talentyzmu. Na temat wspomnianego i przemilczanego przeze mnie frazesu, Karol Irzykowski pisze:

Jest to jedna z tych przewieln prawd w estetyce, które są prawdą, ale które są zupełnie obojętne i bezpłodne. “Prawdziwy talent zawsze znajdzie sobie drogę, – talent zawsze się na wierzch wybije” i t. d. Oczywiście-ale po ilu błądzeniach znajdzie tę drogą i ile razy tymczasem po łbie dostanie.

Słowa te zostały opublikowane w „Wiadomościach Literackich” w 1924 roku, czyli 91 (słownie: dziewięćdziesiąt jeden) lat temu. W dalszym ciągu są aktualne. Jakoś nie lubimy słuchać o godzinach treningów, setkach porażek, które sprawiały, że człowiek w siebie wątpił, o doskonaleniu siebie przez pracę nad swoimi umiejętnościami. Wolimy rzewne historie, w których podkreśla się wyjątkowość talentu, to że pojawił się w takim, a nie innym miejscu i że było ciężko, ale teraz – TERAZ! – dzięki programowi będzie już tylko lepiej. A ci próbujący zaprezentować swoje umiejętności, ale nie występujący w programach? Kogo oni obchodzą! Niech sobie zrobią zbiórkę, to może ktoś się nimi zainteresuje. Mam wrażenie, że zaczęliśmy podziwiać wyłącznie te talenty, które są w pewien sposób telewizyjne. Weźmy skrajny przykład – Poetę! Gdzie wierszokleta do Mam talent! Co tam przeczyta? Frazą spróbuje zainteresować? Nie, to bez sensu, zresztą w jury nie siedzą ludzie od literatury, na innych dziedzinach artystycznej aktywności się znają. Poeci i pisarze nich sobie biorą udział w konkursach literackich, bloga niech piszą! Tam ich miejsce.

Chyba że wydadzą jakąś świetną książkę. Wtedy, być może, bo wcale to nie jest takie oczywiste, zainteresuje się człowiekiem i jego twórczością telewizja śniadaniowa.

Angela Vincent / My Hidden Talent (CC BY NC ND 2.0)

Angela Vincent / My Hidden Talent (CC BY NC ND 2.0)

Odwieczny konflikt

Na naszym polskim podwórku spierają się prawdziwi artyści i rzemieślnicy. Pierwsi roszczą sobie wyłączne prawa do uprawiania sztuki, a drudzy czują się urażeni brakiem szacunku – i słusznie. Dlatego nie dziwię się, że tak chętnie szturmują programy telewizyjne. Chcą się pokazać, utrzeć nosa tym wielkim artystom i nie należy ich za to winić. Poza tym całe ten konflikt nie ma najmniejszego sensu, uważam, że w wyniku tej opozycji nasza kultura bardzo dużo traci. Problem ten, w ciekawy sposób, opisał Karol Irzykowski:

Mówi się, np., że pewien dramaturg nie ma talentu, a jest tylko dobrym rzemieślnikiem. Pardon, w takim razie ma talent do rzemiosła, a to jest talent również istotnie twórczy, bo aby wypełnić pewne formy, trzeba mieć żywą ich wizję.[…] Niema człowieka, któryby był pozbawiony talentu, – jak niema człowieka bez śledziony, bez nerek. Ale u nas przypuszcza się, że talent jest udziałem tylko pewnych wybrańców, nazywa się to naiwnie i sentymentalnie “iskrą bożą”.

Miał rację. Wykształcenie w sobie pewnej umiejętności wymaga pracy i sporych nakładów czasu. Dlaczego mamy tego rzemieślnika traktować jako gorszego, jako kogoś, kto nie tworzy sztuki? W naszej kulturze widać wyraźne lekceważenie takich osób, które przejawia się jakąś dziwną niechęcią do kultury popularnej. W wyniku tego mało który polski prawdziwy artysta potrafi opowiadać. Tworzą rzeczy konceptualne, dostępne wyłącznie dla wybranych umiejących odczytywać zawarte w sztuce kody. To nie wzbogaca, dzięki takiej postawie tylko biedniejemy. Na szczęście mamy autorów, którym niestraszna jest narracja! Widać to w fantastyce naukowej, w fantasty oraz w powieściach kryminalnych. Mamy dostęp do ciekawych historii, które są bogate w różną problematykę. Wielu autorów nie zdobywa tytuły prawdziwego artysty, ale trudno im odmówić osiągnięcia mistrzostwa w posługiwaniu się słowem i danym gatunkiem. Czy aż tak potrzebujemy artyzmu, w tej najgorszej, bo ekskluzywnej wersji? Nie sądzę.

Iskra boża to zupełnie inny problem. Niby mamy XXI wiek, smartfony w kieszeniach i konta na Fejbuniu, ale ślepo wierzymy w różne ideały, które aktualne były w dobie romantyzmu. Trzeba je zrewidować, co zresztą próbuje się robić, jednak wtedy podnoszą się głosy mówiące, że atakuje się nasze dziedzictwo narodowe, naszą tożsamość! Składa się na nią tylko i wyłącznie romantyzm? Dwudziestolecie już nie? Okres okupacji też wypada, komunizm podobnie? Bardzo to smutne, że pomimo naszej ponowoczesności (a nawet, tfu, tfu, postmodernizmu) pielęgnujemy takie zaśniedziałe artefakty jak „iskra boża”. Myślę, że najlepiej odstawić ją, tę iskrę, do muzeum i od czasu do czasu podziwiać. Nad talentem trzeba pracować, rozwijać go. Na nic natchnienie, spływające na artystę światło, jeżeli nie opanował podstaw swojego rzemiosła. Chcesz być pisarzem? Siadaj i pisz! Zeszyt w kratkę (lub w linie), ołówek, pióro, długopis i zasuwasz. Fabuły, poezje, recenzje, krytyki – wszystko! Szukaj tego, w czym czujesz się najlepiej. Rozmawiaj o swojej twórczości, nie wstydź się jej. Początku zawsze bywają trudne. Podobnie jest z innymi rodzajami sztuki. Nad swoim talentem trzeba pracować, bardzo żałuję, że rzadko się o tym mówi.

Spełniło się to, co napisał Karol Irzykowski:

Stwarza się najgorszy ze wszystkich izmów: talentyzm. Na pozór jest on przecież czemś jednynem, co się rozumie samo przez się. Ale z talentu samego i Salomon nie naleje, i Norwid słusznie powiedział, że “talent to zasługa”.

Ten talentyzm nas otacza. Sprawę pogarsza przekonanie, że każdy może tańczyć, pisać, malować lub śpiewać. Bo widzimy takich mniej uzdolnionych w telewizji i to sprawia, że pragniemy sławy. Czy dla artysty sława to faktycznie wszystko? Być może rację mają tutaj rzemieślnicy, którzy lubią podziwiać swój majstersztyk, czyli koncentrują się na dziele. Chciałbym wierzyć, że talentyzm uda nam się pokonać, ale jest on karmiony przez telewizję i podsycany przez wybiórcze traktowanie romantyzmu. Nie pozostaje nic innego, jak tylko zostać hipsterem.

//Bibliografia:

  • K. Irzykowski, Talent jako fetysz, “Wiadomości Literackie” nr 24, Warszawa 1924.

//Obrazek wyróżniający: Bright Vibes / You have the talent (CC BY NC ND 2.0)

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén