Tag: wiedza

jprime84 / Wisdom 051-2 (CC BY-ND 2.0)

Społeczeństwo bez wiedzy

Rozmawiając z ludźmi i czytając różne artykuły, coraz częściej trafiam na stwierdzenie, że żyjemy w społeczeństwie wiedzy lub w społeczeństwie informacyjnym. Nieczęsto autorzy tych słów próbują zdefiniować te pojęcia, co oznacza, że stały się one kolejnymi słowami-kluczami. Wystarczy tylko je rzucić i już wszystko wiadomo, nic nie trzeba tłumaczyć. Ja, jak to ja, mam wątpliwości co do słuszności takiego sposobu określania naszego nowoczesnego społeczeństwa.

Szczególnie gdy zaczyna się mówić o wiedzy. Jaką wiedzę mamy na myśli? Czy, aby przypadkiem nie faworyzujemy jednej kosztem drugiej? Modele wiedzy wielokrotnie się zmieniały i dzisiaj żyjemy w momencie, gdy docenia się nie tyle tę praktyczną, ile dającą możliwość uzyskania pieniędzy. W skrajnym przypadku liczy się tylko i wyłącznie ta wiedza, którą można z łatwością sprzedać. Takie ujęcie tego problemu prowadzi do innego traktowania naszego społeczeństwa – bliżej mu do trwającego cały dzień i noc jarmarku, na którym przekrzykują się różnego rodzaju kupcy. Oferują nam najróżniejsze rzeczy; począwszy od znalezienia tej jedynie słusznej drogi do szczęścia po garnki, których uchwyty zrobione zostały z gumy używanej do produkcji wahadłowców. Gdzie tutaj miejsce na wiedzę? Ktoś powie, że przecież docenia się wszystkich naukowców, którzy rozwiązują problemu ludzkości. Badania mają mieć zastosowanie praktyczne, w przeciwnym razie są nieprzydatne, zbędne i – co najważniejsze! – nie dają pieniędzy. Nie poszukujemy dzisiaj wiedzy, ale sposobów jej spieniężenia.

To, co stało się z uniwersytetami, jest dowodem na to, że żyjemy w społeczeństwie wiedzy. Po pierwsze doszło do inflacji dyplomów, której nie zatrzymał podział na studia licencjackie i magisterskie. Był to mocno wbity gwóźdź do trumny kształcenia akademickiego. Wykładowcy konkretnej jednostki inwestują czas i pieniądze w studenta, który może opuścić mury pierwotnej uczelni i udać się do innej. Najważniejsza jest tutaj mobilność, powiedzą osoby, które takie rozwiązanie popierają. Zaraz potem dodadzą, że skraca to czas potrzebny do uzyskania dyplomu. I to niby jest plus? Żadna mobilność! Tylko zwiększenie mocy przerobowej uczelni. Więcej studentów, więcej pieniędzy. Proste i banalne. Dyplom, który otrzymuje się po ukończeniu studiów, jest celem, ale ważniejsza powinna być tutaj droga, czyli zdobywanie wiedzy. Tak się nie dzieje. Liczy się wyłącznie papier, opuszczenie murów wydziału i uczestniczenie w internetowych dyskusjach o zbędności wykształcenia. Biorą w niej udział nie tylko studenci kierunków humanistycznych, ale także ci po ścisłych. Stosunkowo niedawno, od znajomego informatyka, usłyszałem, że na uniwersytecie uczy się o programowaniu, a na politechnice programowania. Wniosek – kształcenie akademickie ma być formą nabywania umiejętności praktycznych i najlepiej, aby przygotowywało do zawodu. Bawią mnie te koncepcje o współpracy nauki z biznes, o zamawianiu kierunków, po których specjaliści na pewno będą potrzebni. Najwyraźniej urodziło się pokolenie jasnowidzów, którzy doskonale wiedzą, jak gospodarka będzie wyglądała za pięć lat. Nawet jeżeli to potrafią, czego im bardzo zazdroszczę, chociaż obawiam się, że taki dar wykorzystałbym do bardziej prozaicznych rzeczy, to dlaczego zlikwidowaliśmy kształcenie zawodowe? Dlaczego obowiązki zawodówki zostały przerzucone na uniwersytety? Do dziś nie potrafię tego pojąć, co ciekawe tym problemem w ogóle nie zajmują się politycy. Umowy śmieciowe, górnicy, rolnicy i emerytury – to najważniejsze tematy. Polski system edukacji leży i kwiczy, a my cieszymy się, że nasi naukowcy odnoszą sukcesy za granicą.

jinterwas / Wisdom is... (CC BY 2.0)

jinterwas / Wisdom is… (CC BY 2.0)

Po drugie ośmiu na dziesięciu studentów nie jest przygotowanych do kontynuowania edukacji na poziomie akademickim. Śmiem twierdzić, że czterech z tych ośmiu nie powinno mieć matury. Zdawalność egzaminu dojrzałości – oto kolejne szaleństwo polskiego systemu edukacji. Nikomu nie wydaje się niebezpieczne to, że media pragną, aby był on jak najwyższy? Najlepiej, aby 100% uczniów zdało maturę, wtedy wszyscy byliby zadowoleni. Wynika to z iluzji, że jakość edukacji można mierzyć za pomocą słupków i statystki. Nie, nie da się tego zrobić. Menadżerowie, o których wejściu na uniwersytety mówi się coraz głośniej, będą produktami edukacji skoncentrowanej wykresach i kluczach. Będą poszukiwać maksymalizacji zysków, co będzie dla nich równoznaczne z poprawą jakości kształcenia. To jest absurd! Przypominam, że należą oni do przedstawicieli społeczeństwa wiedzy. Chociaż mam wrażenie, że ten jarmark, o którym pisałem kilka akapitów wcześniej, jest znacznie bliższy prawdzie. Uniwersytety nie potrzebują zarządzających, tylko naukowców, nauczycieli, pedagogów i studentów z prawdziwego zdarzenia. Aby polska nauka mogła podnieść się z kolan, potrzebna jest reforma systemu edukacji. Kiedyś oszukiwałem się, że znajdzie się ktoś odważny i to ruszy. Nie mam złudzeń. Nikt tego nie tknie, a jeżeli już ktoś sobie przypomni o edukacji, to będzie poszukiwał środków doraźnych. Wtedy rozwiązaniem okaże się tynkowanie ubytków, naprawianie elewacji, aby z zewnątrz wszystko wyglądało dobrze. Trzeba przyznać otwarcie – jest źle, a będzie coraz gorzej.

Polską naukę toczy punktoza, grantoza i źle przygotowanie studenci, którzy szturmują uczelnie w olbrzymich ilości. Wszystko to prowadzi do sytuacji, która opisuje Jan Keller:

Zwiększenie podaży studentów na uczelniach prowadzi do obniżenia poziomu nauczania. Nauczyciele są przeciążeni kształceniem tych, o których z góry zakładają, że ostatecznie i tak nie będą pracowali w studiowanym zawodzie, a tym bardziej nie podejmą działalności naukowej. Czas wolny, pozostały po tak beznadziejnej pracy, wykładowcy muszą przeznaczyć na pracę biurową, której przybywa z każdym kolejnym programem komputerowym mającym ją rzekomo ułatwić. Resztę czasu poświęcają na pozyskiwanie funduszy, czyli pisanie nowych projektów i wniosków o granty. Wciąż muszą więc wybierać pomiędzy tematami, którymi chcieliby się zająć w ramach własnej specjalności i które uznają za użyteczne i budujące, a tematami, które uznają za przydatne przy pozyskiwaniu niezbędnych środków finansowych.

Środowisko akademickie ulega powolnej homogenizacji. Dziwaków, szalonych naukowców i niepoprawnych marzycieli jest coraz mniej. To wcale nie jest dobrze, bo tacy ludzie są interesujący, a ich idee potrafią inspirować. Niezależność na uniwersytecie to iluzja, której utrwalanie jest szkodliwe. Powoli kształcenie akademickie zaczyna przypominać przygotowania do matury. Większe grupy powodują, że trudno jest zrealizować jakikolwiek sensowny program. Dlatego zaczyna się operować skrótami, po to, aby przekazać studentom wiedzę. Problem polega na tym, że oni jej nie chcą. Jak zauważa to Jan Keller – ani o pracy w zawodzie, ani o działalności naukowej nie myślą. Ciśnie się na usta, że to wina uniwersytetów, które stały się fabrykami bezrobotnych. W żadnym wypadku! Jest to efekt dziwnego przekonania, że wyniki badań naukowych można zestandaryzować, niczym narzędzia lub śrubki oraz – co przede wszystkim widać na gruncie polskim – wynik nieprzemyślanych reform.

Za wzór stawia się nam model anglosaski, ze szczególny uwzględnieniem opłat za studia. Problem polega na tym, że kwestia te jest dyskutowana, ponieważ studencie pożyczki nie okazały się dobrym rozwiązaniem. Szczególnie w momencie, w którym tak wiele osób decyduje się na podjęcie edukacji na uniwersytetach. A my? Toczymy dyskusję polegającą na przerzucaniu się słowami-kluczami. Najgorsze jest jednak to, że najwięcej bezmyślności widać u osób, które legitymują się wyższym wykształceniem. Mamy kryzys, ale nawet nie próbujemy z niego wyjść. W Polsce trwa oczekiwanie na spektakularny upadek systemu edukacji. Ciekaw jestem, czyja to będzie wina. Pewnie nauczycieli akademickich, bo politycy nie wezmą odpowiedzialności za nic.

//Obrazek wyróżniający: jprime84 / Wisdom 051-2 (CC BY-ND 2.0)

Iluzja wiedzy i przemoc presonalizacji

Ostatnio przeczytałem arcyciekawy tekst na temat iluzji szczęścia, która kreowana jest przez wielkie korporacje. Nie mają one na celu poprawy jakości naszego życia, ale zarobienie pieniędzy. Jest to smutna prawda, z którą trudno dyskutować. W końcu są to firmy, a te do życia potrzebują pieniędzy. Gorąco polecam „Nie-podsumowanie roku 2014” autorstwa Ewy Lalik. Rzecz jest bardzo pesymistyczna, ale skłaniająca do przemyśleń. A to już bardzo dobrze.

Autorka skupia się na iluzji szczęścia, a ja chciałbym zająć się iluzją wiedzy oraz personalizacją, którą można postrzegać jako formę przemocy. Żyjemy w czasach, w których podstawowym źródłem informacji jest wyszukiwarka Google napędzana specjalnie przygotowanym algorytmem. Ma on na celu „wypluć” nam maksymalnie doprecyzowaną listę wyników, ale wszyscy zapominamy o jednej rzeczy – będą one dostosowanie do człowieka, który wpisał zapytanie. Celowo nie piszę człowieka, który szuka, bo szuka dla nas algorytm, my tylko zadajemy pytanie. Uważam, że dotarliśmy do momentu, w którym nie powinniśmy mówić: znalazłem w Google informację. Bardziej na miejscu będzie stwierdzenie: algorytm Google’a znalazł dla mnie. I w tym miejscu chciałbym zaznaczyć jedną rzecz – dla mnie sytuacja ta jest nienaturalna. To my powinniśmy zdobywać informacje, przeglądając także rzeczy, które nas mniej interesują. W ten sposób budujemy własny światopogląd. Jeżeli wykorzystujemy do jego tworzenia wyłącznie wyszukiwarkę, to jest oparty na kiepskich fundamentach. To tak jakby w pracy naukowej napisać, że w marcu Google wyświetliło 43 tysiące wyników na dany temat, a w sierpniu 132 tysiące i na tej podstawie orzec, że badana „rzecz” stała się bardziej istotna. Google najzwyczajniej w świecie dostosował wyniki na podstawie wcześniejszej wyszukiwanych informacji. I diabli biorą taki argument.

Searching / Kevin Dooley (CC BY 2.0)

Searching / Kevin Dooley (CC BY 2.0)

Jeszcze bardziej niebezpieczne jest to, że zaczynają się tworzyć „internety”, do których nie mamy dostępu. Sprawę tę w ciekawy sposób przedstawił Eli Pariser w krótkim TEDowym wykładzie „Beware online „filter „bubbles” (tłumaczenia moje).

Jeżeli ja szukam tego „czegoś” i ty również szukasz tego „czegoś”, i robimy to w tym samym czasie oraz w ten sam sposób, to możemy otrzymać bardzo odmienne wyniki wyszukiwania. Jeden inżynier powiedział mi, że nawet jeżeli jesteś wylogowany, to Google sprawdza 57 różnych „sygnałów” – z jakiej wyszukiwarki korzystasz, z jakiego komputera, gdzie jesteś – informacje te wykorzystuje do tego, aby dostosować wyniki wyszukiwania pod ciebie. Zastanów się nad tym: nie istnieje już standardowe Google. A najśmieszniejsze jest to, że tego nie widać. Nie jesteś w stanie dostrzec tego, jak bardzo różnią się twoje wyniki, od tych, które otrzymują inni.

I to jest bardzo przerażające, ponieważ zamyka użytkowników w „bańkach światopoglądowych” (modyfikuje określenie używane przez Eli’ego Parisera, który mówi o filter bubbles). Gdy zadajemy pytanie wyszukiwarce, to ona nie „mówi” nam jaki ten świat jest. Tylko pokazuje tę indywidualną rzeczywistość, w której na co dzień żyjemy. Korzystając wyłącznie z Google’a stajemy się więźniami własnych światów i nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Iluzja wiedzy

Google to narzędzie, a nie wyrocznia. Mam wrażenie, że coraz częściej o tym zapominamy. Odpowiedzi są dostosowane do nas, do naszych potrzeb, są związane z tym, czego szukaliśmy wcześniej. I coraz trudniej będzie nam znaleźć coś, co nas nie interesuje. Zaraz, zaraz – czy my w zasadzie powinniśmy czegoś takiego szukać? Tak. Z banalnej przyczyny – bo tylko w ten sposób tworzymy swój światopogląd. Warto czasem skonfrontować się z czymś, co nas odrzuca, aby zrozumieć dlaczego tak się dzieje. Być może jest to wynik naszych uprzedzeń? A może faktycznych różnic dotyczących postrzegania świata? Wtedy nie można się obrażać, ponieważ nikt nie ma monopolu na Prawdę. A wydaje mi się, że właśnie Google chciałby go mieć.

Zanim zaczniemy wykuwać własny światopogląd, powinniśmy najpierw zrozumieć jak myślimy. A to jest niemożliwe bez konfrontacji z różnymi informacjami, niekoniecznie z takimi, których akurat potrzebujemy. Współcześnie coraz więcej się mówi o tym, że powinniśmy uczyć dzieci korzystania z przeglądarki, aby były one w stanie wyszukiwać potrzebne im informacje. W tym przekonaniu jest kilka błędów. Po pierwsze Google daje to, co sam uzna za istotne na podstawie algorytmu wyszukiwania, a to może być tylko część informacji na dany temat. Po drugie trzeba uczyć myślenia, aby ludzie byli w stanie sprawdzać rzetelność znalezionych rzeczy, aby zdawali sobie sprawę z tego, że świat jest znacznie bardzie skomplikowany, niż to co można dostrzec na podstawie pierwszych 10 odpowiedzi. W przeciwnym razie będziemy żyli w „iluzji wiedzy”.

Stanem naturalnym dla każdego człowieka jest niewiedza. Nic nowego, bo stwierdził to już Sokrates wypowiadając swoje Wiem, że nic nie wiem. Stwierdzenie to stało się frazesem, kliszą i przestaliśmy rozumieć jego ciężar. A przecież wiemy bardzo niewiele, jednocześnie wspaniałe jest to, że otacza nas nieodkryta przestrzeń. Myśląc, że już „wiemy”, szybko wpadamy w pułapkę ignorancji. Bo zawsze jest „coś”, co nam umknęło. Zamiast bezmyślnie wklepywać kolejne zapytania, powinniśmy nauczyć się dwóch rzeczy – selekcji i umiejętności powstrzymywania siebie. Zewsząd zalewają nas informacje, więc musimy jakoś na nie reagować. Kiedyś robili to za nas – na przykład – krytycy, ale wyrugowaliśmy tę instytucję ze współczesnej kultury. Wydaje nam się, że zostaliśmy sami, ale tak nie jest – obok nas dzielnie stoi algorytm Google’a, który dopasowuje wyniki. Problem polega na tym, że jest to selekcja nieświadoma, ponieważ nie wiemy, co zostało odrzucone. A może właśnie w tych wykluczonych wynikach jest to „coś”, czego szukam? Selekcja prowadzona przez nas samych polega na rozumieniu dlaczego jedne informacje wykluczam, a innych nie. Jednocześnie mam świadomość tego, że istnieje „coś” więcej, niż „to” czego poszukiwałem. Google nie daje takiej wiedzy.

Search Technology Redux / brewbooks (CC BY-SA 2.0)

Search Technology Redux / brewbooks (CC BY-SA 2.0)

Ważna jest też umiejętność powstrzymywania siebie, szczególnie w pracy naukowej. Związana jest ona z rozumieniem, że jest się otoczonym przez różnego rodzaju ograniczenia. Myślę tutaj nie tylko o czasie, ale często o modelu świata, który tworzy każdy z nas. Jedne rzeczy tam włączamy, a inne wyrzucamy i nie ma w tym nic złego, tak długo jak mamy świadomość istnienia tych odrzuconych elementów. Musimy powstrzymywać siebie przed nieustannych wchodzeniem w głąb, przed ciągłym poznawaniem nowych ścieżek. Google daje nam „iluzję wiedzy”, która jest związana z potrzebą odkrywania kolejnych warstw informacji. Jednak algorytm nie mówi o jednej bardzo ważnej rzeczy – rozumieć, to nie znaczny posiadać informacje, ale je wykorzystywać. Google’owa „iluzja wiedzy” polega na tym, że dostajemy (pozorny) dostępy do wszystkich wyprodukowanych na świecie informacji, ale nigdzie nie jest powiedziane, co możemy z nimi zrobić. To już leży w gestii użytkownika, który prędzej zapyta wyszukiwarkę o to, jak przetworzyć informację, niż zrobi to sam.

Otrzymaliśmy genialne narzędzie, ale się nie zachłysnęliśmy. Zawsze uważałem, że wyszukiwarki można używać do odnalezienia źródeł danej informacji, jeżeli trafiliśmy na jej przetworzoną wersję. Moje myślenie okazało się bardzo idealistycznie – nie wszyscy poprawnie linkują do pierwotnej wersji, a okazuje się, że opieranie się na wynikach Google’a również może okazać się złudne.

Personalizacja to przemoc

Wszystko ostatnio dostosowujemy pod siebie. Opętała nas mania „indywidualności”. Myślę, że dopóki dotyczy, to takich rzeczy jak pulpit telefonu lub komputera, to nie ma w tym nic złego. Tam mamy mieć te programy, z których korzystamy i kropka. Niebezpiecznie zaczyna się robić, gdy wpadamy w bańkę filtrów („filter bubble”), o której mówi Eli Pariser:

Myślę, że jeżeli zbierzemy wszystkie te filtry, wszystkie te algorytmy, to otrzymamy bańkę filtrów. I każdy z nas siedzi w takiej bańce – jest on osobistym światem informacji, w którym żyjemy w sieci. Bańki oparte są na tym kim jesteśmy i co robimy. Problem polega na tym, że nie decydujemy o tym, co dostaje się do wewnątrz i – co najważniejsze – nie widzimy tego, co zostało odrzucone.

To jest właśnie przemoc personalizacji. Zostają nam wciśnięte różne rzeczy na podstawie rekomendacji układanych przez filtr. Oparte są one wyłącznie na tym, co widzieliśmy/przeczytaliśmy i co nam się podobało. Zamykamy się w tych sztucznie wykreowanych światach, skupiamy się na JA i przestajemy dostrzegać, że istnieje coś poza tym, co zostało nam zaserwowane przez algorytm.

Dlatego ginie umiejętność dyskusji. Umiera rozmowa. Za bardzo jesteśmy skupieni na JA. Agresywnie reagujemy na treści, które nam się nie podobają, ponieważ nie pojawiły się na liście rekomendacji. Żaden algorytm nie nauczył nas w jaki sposób zareagować na coś odmiennego, innego. Być może właśnie stąd bierze się się złość w komentarzach i inne formy agresji w Internecie. Traktować to jako nieświadome odreagowanie presonalizacyjnego ucisku? Nie wiem. Przyznam szczerze, że taka interpretacja wydaje mi się kusząca, ale mam zbyt mało danych, aby jednoznacznie stwierdzić, że faktycznie tak może być. Na pewno jest to ścieżka, którą warto rozważyć.

Przede wszystkim musimy pogodzić się z tym, że nie żyjemy w spersonalizowanym świecie. Otacza nas kultura pełna różnych instytucji narzucających nam granice i formy postrzegania. Nikt z nas nie jest jednostką, której należy się wszystko. Personalizacja uczy nas czegoś innego – oczekiwania, że otrzymamy tylko to, co nam się podoba. To błędne i niebezpieczne założenie, ponieważ tracimy w ten sposób tysiące innych elementów, które składają się na otaczającą nas rzeczywistości.

Jak wyjść z „bańki filtrów”, „więzienia personalizacji” oraz „iluzji wiedzy”? Myślę, że przez rzetelne i wielowątkowe poznawanie świata. Na pewno nie przez zadawanie pytań wyszukiwarce.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén