W piątek, siadając do kolejnego tekstu, stwierdziłem, że sporo rzecz nazbierało się na te Święta Wielkanocne. Sobota minęła mi na nagrywaniu materiałów. Wpadłem w jakiś szał! Ciąłem wideo i dogrywałem audio! Byłem jak burza! Oczywiście wcześniej posprzątałem wraz z Żoną mieszkanie. Dlatego, aby odpocząć, postanowiliśmy uciec na wieś, na dwa dni. Ja siedzę i nawalam w klawisze, Żona zbiera siły na prace w ogródku, a pies śpi. Tegoroczne Święta Wielkanocne będą nam się kojarzyły z odpoczynkiem.

Nigdy nie rozumiałem tej potrzeby urządzania wielkich rodzinnych imprez. Zastawiania stołu jedzeniem, wymuszonymi rozmowami i męczącym sprzątaniem. Jeżeli ktoś to lubi, jest szczerze oddany tradycji i ma wokół siebie ludzi podzielających jego poglądy, to nie widzę problemu. Najgorsze jest zmuszanie siebie i otoczenia do hucznej Wielkanocy. Bo tak trzeba, bo tak wypada, bo co ludzie powiedzą… Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że gdybyśmy częściej odpuszczali, przy różnych sprawach, gdybyśmy potrafili zdobyć się na dystans, to ten nasz niewielki świat byłby lepszy. Dwa razy do roku widzę, jak ludzie przypominają sobie o tradycji i zaczynają szaleć.

Szkoda, bo święta, w wymiarze tradycyjnym, nie polegają na udawaniu zainteresowania sprawami religijnymi i grzecznym staniu z koszyczkiem lub na pasterce. Dwa razy do roku powinnyśmy spotkać się w połowie drogi, aby umocnić wspólnotę. To ostatnie słowo od dawna w Polsce jest marginalizowane. Żyjemy w rzeczywistości, w której zwalczają się różne obozy, nie potrafimy ze sobą rozmawiać, a w dziennikach informacyjnych oraz w wypowiedziach polityków słyszę wyłącznie nawoływanie do walki. Dziwi mnie jak chętnie uczestniczymy w tych starciach, jak dajemy się porwać emocjom, zamiast spróbować porozmawiać. Kultura dyskusji upadła, zastąpił ją dyskurs konfliktu. W takich warunkach nie ma miejsca na wspólnotę, tylko na zwalczające się nawzajem grupy społeczne.

Gdy uciekam na wieś, to zawsze nachodzą mnie takie smutne refleksje.