Tag: wspieram to

Autor: Rafał Szłapa

Nasi superbohaterowie

Z tego wywiadu miał być podcast, ale coś się zbiesiło i zmuszony zostałem przepisać całą rozmowę. Zwykła złośliwość rzeczy martwych. Miałem przyjemność porozmawiać z Rafałem Szłapą – człowiekiem odpowiedzialnym za jednego z najciekawszych polskich superbohaterów, czyli Blera. Możecie jeszcze wesprzeć wydanie kolejnego numeru. Zbiórka na wspieram.to wciąż trwa.

Adrian Jaworek: W rozmowie chciałbym poruszyć problem polskiego superbohatera, ale nie w kontekście komiksów nowoczesnych, które powstały po przełomie związanym z komiksem autorskim. Mnie interesowałoby superbohaterstwo takie, jakim dysponuje Kapitan Ameryka. Czy Polska potrzebuje takiego superbohatera?

(cisza)

Rafał Szłapa: Aha. Czekaj… Już nagrywasz?

(śmiech)

A.J: Cały czas!

R.S: Dobra. Jeszcze raz to pytanie. Przepraszam Cię. (śmiech) To było długie pytanie. Czy potrzebujemy takiego bohatera, tak?

A.J: Tak. Jak Kapitan Ameryka.

R.S: W amerykańskim stylu?

A.J.: Tak. W amerykańskim stylu.

R.S: Dobra. Jak nagrywasz, to jedziemy. Nie potrzebujemy.

A.J: Dlaczego?

R.S: Nie potrzebujemy, zasadniczo. W ogóle u nas przez całe lata komiksu superbohaterskiego nie było, takiego polskiego. Był TM-Semic, który wydawał rzeczy Marvela i DC. I to było super, na początku lat 90. wylądował TM-Semic z tymi rzeczami. Ludzie byli zachwyceni, bo przyszła do nas ta pożądana obca kultura.

Natomiast nie zmienia to faktu, że tego typu twory są nam obce. Obce mentalnościowo.

A.J: A taki Thorgal Rosińskiego? To superbohater? Można go tak klasyfikować?

R.S: Nie. Nie, to jest postać fantasy.

A.J: Z taką klasyfikacją spotkałem się na zajęciach o polskich superbohaterach. Jeden ze studentów zaproponował, aby do superherosów zaliczyć Thorgala. Przyznam szczerze, że zamilkłem. Po pierwsze dlatego, że ginie wśród studentów kulturoznawstwa i nauk pochodnych świadomość istnienia czegoś takiego jak komiks polski, w ogóle zanika zainteresowanie komiksem. Dlatego Thorgalowi przyszywa się łatkę superbohatera. Ja spotkałem się jeszcze z Polskim Duchem. Słyszałeś o takiej postaci?

R.S: Tak, tak, tak. Śledzę.

A.J: Ta postać jest dla mnie próbą przełożenia Kapitana Ameryki na grunt polski. Jak, Twoim zadaniem, to wyszło?

R.S: To są moi kumple. Powiem tak – ja bym wiele zmienił w tym komiksie. Kibicuje mu, bo to moi koledzy. Kibicuje, żeby wyszło i szło to jak najlepiej. Mam wrażenie, że formuła komiksu internetowego publikowanego w takich odcinkach, jak jedna plansza na tydzień, jest za ciasna dla tej konkretnej idei. Sam mam doświadczenie z publikowaniem historii w odcinkach; to się wszystko rządzi specyficznymi zasadami. Nie chodzi nawet o sam komiks superbohaterski, co o przyjęcie pewnej konwencji i dostosowanie do niej fabuły. Tutaj pewnie parę rzeczy bym zmienił.

Ja mam z tą historią cały czas problem, ona się zapowiada fajnie. Jest fajny design postaci, jest fajne rozpoczęcie fabuły i mam wrażenie, że ta historia ciągle się rozpoczyna. Wciąż nie doszło do tego pierdolnięcia, które ma mnie zaintrygować i wciągnąć dalej.

Rafał Szłapa

Rafał Szłapa

A.J: Masz na myśli konflikt charakterystyczny dla komiksu superbohaterskiego?

R.S: Coś ciągle „ma” się dopiero zdarzyć, mam takie wrażenie, jeżeli mogę sobie pozwolić na małą recenzję tego, co chłopaki dotychczas robili. I na ich miejscu bym to przyspieszył. Ja wiem, że tam już biją głównego bohatera i coś rzeczywiście się dzieje. Natomiast wciąż nie wskoczyliśmy w tę historię na tyle, aby w napięciu oczekiwać na kolejne odcinki.

A.J: Absolutnie nie przeszkadza Ci to przedstawienie idei narodowościowej w konwencji superbohaterskiej?

R.S: Nawet nie wiemy, jak ona zagra, bo ta postać [Polski Duch – dopisek A.J.] się nie pojawia w tym komiksie. Ona jest w logotypach tego komiksu, ona gdzieś przemknęła ulicą obok głównego bohatera, ale jej de facto nie ma.

Nie wiemy co myśli, co ma nam do powiedzenia, jakie relacje tworzy z innymi postaciami. Na pewno jest wrogiem tych złych. Tego się domyślam! Nie znalazłem tego w opublikowanym materiale. Autorzy opowiadają o jakimś bohaterze, ale jego nie ma.

Jasne, takie eksperymenty funkcjonują. Była seria o Gotham, gdzie Batman pojawiał się czasem w tle. Te komiksy były o Gordonie, o policjantach, którzy tam pracują na tym posterunku i tak dalej. Sam takie rzeczy próbowałem robić przy drugim Blerze, gdzie postać była opowiadana przez innych. Główny bohater był na drugim planie, mówili o nim, ci, którzy się z nim zetknęli. Ale oni ją definiowali. W tamtym Batmanie chodziło o coś innego, był to spin off czegoś, co już funkcjonuje i można sobie pozwolić na takie zabawy.

Natomiast nie można zacząć opowieści o bohaterze od tego, że się go nie pokazuje przez większość czasu. Dla mnie nie jest to dobry kierunek. Może chłopaki patrzą na to inaczej, więc z ciekawością zasiadam do lektury kolejnego odcinka. Zastanawiam się, co oni z tym zrobią. Pewne rzeczy bym tutaj zmienił, ale to jest moje zdanie.

A.J: Tworząc Blera, inspirowałeś się jakimiś bohaterami?

R.S: Supermanem.

A.J: Supermenem? Takim klasycznym?

R.S: Takim TM-Semicowskim, bo takiego znam najlepiej. Postać Supermana zawsze mnie fascynowała. Może to mieć związek z tym, że Superman III był jednym z pierwszych filmów, na których byłem w kinie. Taki okropny film. Richard Lester, tak chyba nazywał się reżyser. To były takie popłuczyny po pierwszym i drugim Supermanie z Christopherem Reevem, zrobili trzeci… Jak go obejrzałem po latach, to łapałem się za głowę! Jakie to było strasznie słabe!

Mam sentyment do tej postaci. Później, kiedy Semiki wydawali Supermana, to śledziłem go na bieżąco – do pewnego momentu. Natomiast sama geneza tej postaci, to jak było to opowiadane – bo to był jakiś restart tej postaci – to wszystko było fajne i składne. Uważam, że ta postać ma ogromny potencjał, do dziś niewykorzystany. Aczkolwiek coś się z tym zaczyna dziać. Nie śledzę tego ruchu wokół Supermana, ale widzę, że szuka się jakichś rys.

Bardzo ciekawe spojrzenie, w zasadzie oczywiste, ale nigdy tak na to nie patrzyliśmy, pojawiło się w drugim Kill Billu Tarantino. Przed decydującym starciem Kill Billa z bohaterką on jej opowiada o Supermanie. On różni się od większości postaci superbohaterskich, ponieważ Batman i Spiderman muszą się przebierać. Natomiast Superman musi przebierać się za człowieka, jego kostiumem jest człowieczeństwo.

Rafał Szłapa

Rafał Szłapa

A.J: Tak! Świetne spostrzeżenie! Interesujące jest także to, że Ty, jako twórca komiksów, wskazujesz na jedną z najbardziej ikonicznych postaci. Zawsze mam wrażenie, że osoby tworzące opowieści obrazkowe raczej będą wskazywały na Franka Millera i to, co zrobił z Batmanem, na komiks autorski lub na powieści graficzne. A tu nagle okazuje się, że są tacy, którzy wolą tradycyjne podejście, czyli Supermana.

R.S: Ja nie mówię, że te zeszytówki są, aż tak fascynujące. Zbierałem te Semicowskie na początku lat 90., a później to już tak z doskoku. One są śmieszne, czasami tam są takie głupie przygody. Natomiast fascynuje mnie sam potencjał, który Superman ze sobą niesie. To człowiek, który może wszystko, ale mimo wszystko to człowieczeństwo gdzieś w nim jest. Ta postać jest coraz bardziej uczłowieczana.

Dla mnie najbardziej interesujące jest to, jak człowieczeństwo koliduje z jego nadludzkimi możliwościami.

A.J: Nie masz wrażenia, że nie wszyscy ci klasyczni superbohaterowie mają taki sam potencjał do uczłowieczania. Mam na myśli takie postacie jak Superman, Spiderman, Batman czy Iron Man… Wiem, że niepotrzebnie ich wrzucam do jednego worka, ale o nich się myśli jako o ikonach superbohaterskich.

Jest różnica pomiędzy tym, jak został uczłowieczony Batman przez Nolana i jak próbuje się uczłowieczyć Supermana lub Spidermana. Wychodzi to dramatycznie różnie.

R.S: Tak wychodzi. DC w ogóle nie ma szczęścia do adaptacji. Zdarzył im się Nolan, a wcześniej Burton, ale to wszystko dotyczy jednej postaci – Batmana, który jest fajny. Po złapaniu tej mrocznej konwencji można iść w różnych kierunkach. Bardziej groteskowym jak Burton lub realistycznym jak Nolan, ale zawsze się to trzyma kupy. Są problemy przy opowiadaniu o innych.

Ja próbowałem oglądać tego nowego Supermana…

A.J: Człowieka ze stali…

R.S: Tak, Człowieka ze stali. I kurczę, no… On miał fajne trailery i w nich było więcej o tym człowieku, który ma supermoce i jest równy bogom. Jest bogiem na Ziemi, a jednocześnie ma swoje rysy w środku, ma swoje wewnętrzne dylematy. Trailer zapowiadał właśnie takie rozegranie sytuacji, natomiast w samym filmie było więcej nawalnki. Od pewnego momentu przewijałem .

(śmiech)

Chyba nie wyszło, tak jak miało albo jak niektórzy by chcieli. Produkcja wielkiego dzieła jest zawsze sumą jakiś kompromisów. Wielkie pieniądze są na to wyłożone, więc wygrała „opcja słuchajcie, to jest Superman, on ma się napierdalać w powietrzu, a nie łazić. Co on będzie robił, snuł się?”

A.J: Ma nie rozważać kwestii egzystencji, tak jak Bruce Wayne, który się snuje po swojej posiadłości. Taki Superman by się nie sprzedał.

A jak się odnosisz do filmów takich jak Avengers?

R.S: Marvel poszedł w inną stronę, Marvel zawsze był zabawny. Mam wrażenie, że jak im wychodzi coś ambitnego, to mimochodem. Tak jak X-Men: Pierwsza klasa. Gdy seria o X-Menach była pogrążona przez tą koszmarną trójkę i wydawało się, że już nic się nie da z tym zrobić, przyszedł jakiś facet – to nie był ten Singer, który robił tamtych X-Menów, nie pamiętam nazwiska [był to Matthew Vaughn – A.J]– i zrobił świetny film. Z nowymi aktorami, oderwany od tamtych rzeczy i dało się.

Zawsze śmieszy mnie scenografia w tych filmach. Oni sobie piszą w zeszycie: miasteczko na pustyni, duże miasto i coś tam. Tła, w których toczą się te filmy – jeszcze nie widziałem najnowszych Avengers – zawsze są wysterylizowane. Jest miasto, drapacze chmur i tak dalej, samochody w dole; miasteczko na pustyni i tak dalej. Może to w jakiś sposób podkreśla komiksowość historii. Natomiast takie Gotham Nolana może istnieć i ono istnieje, zwłaszcza to z drugiego Batmana.

Scenografie Marvela są sterylne, jest w nich jakiś rodzaj sztuczności, takiej umowności. Mnie to nie razi, nie przeszkadza mi to w oglądaniu, ale wiem, że jest to historia wymyślona, nie próbuję jej odnosić do czegokolwiek. W Marvelach chodzi o zabawę.

A.J: Faktycznie, jest to wyraz takiej komiksowości. Jak sobie przypominam plansze z Supermana, to tam tło wcale nie było takie istotne. Twórcy operowali uproszczeniami bardzo mocno nawiązującymi do kultury amerykańskiej – wspomniane przez Ciebie miasteczko na pustyni lub metropolia.

R.S: Miałem taki moment, że nadrabiałem i obejrzałem parę takich filmów o superbohaterach i zauważyłem, że tła – laboratoria, miasteczka na pustyni – są bardzo sterylne i bardzo sztuczne. Mam się wrażenie, że jeżeli się odejdzie o dwie uliczki od miejsca, w którym toczy się walka, to staniemy za taką kartonową makietą, tam dalej nic nie ma.

A.J: Albo życie toczy się normalnie, ludzie siedzą w restauracjach, samochody jeżdżą…

R.S: Tak. Powołam się znowu na te stare Supermany z Christopherem Reevem. Nikt dzisiaj nie zrobiłby tak walk superbohatera z wrogiem, tak jak było to w drugim Supermanie, gdzie główny bohater walczył z przestępcami, którzy lądują na Ziemi, zresztą tam jest generał Zod wyglądający inaczej, niż w Człowieku ze stali. Oni walczą, a obok stoją ludzie i jedzą lody, i patrzą na nich. Jak Superman dmucha, to im spadają te gałki lodów na ziemię. (śmiech) Albo ktoś inny gada w budce telefonicznej, nie zwracają na nich uwagi. (śmiech) To są głupie szczegóły, ale dodają dużo życia tamtej historii.

A.J: Zastanawiasz się nad adaptacją Blera?

R.S: Jaką?

A.J: Nad filmem, animacją, sztuką teatralną…

R.S: Może gra komputerowa. Pojawiły się takie propozycje, ale jesteśmy na etapie rozmów i gdybania. Trudno tu cokolwiek mówić. Mam to szczęście, że ta historia się podoba, pewnie to w jakiejś mierze moja zasługa. (śmiech) Jest dosyć pozytywne nastawienie do mojego komiksu, więc czasem przychodzą różni ludzie z różnymi propozycjami.

A.J: Jakie pułapki czyhają na tych potencjalnych adaptatorów Blera?

(śmiech)

R.S: Jeżeli chodzi o filmowych, to nawet nie muszę mówić. Wystarczy Wiedźmina obejrzeć…

A.J: Latające pluszaki…

R.S: Powiem Ci, Adrianie, że nie do końca. Bler jest dosyć realistyczny, mało jest trzaskania piorunami z ręki, myślę, że to stosunkowo niskim kosztem zrealizować. Tam naprawdę nie ma jakiś mega fajerwków.

To jest też pewien rodzaj podejścia filmowego, które Amerykanie mają. Oni są świetnymi rzemiechami, a u nas, mam wrażenie, jest więcej artystów, niż rzemieślników. Dlatego to tak czasem wychodzi, jak wychodzi.

A.J: W Blerze jest bardzo istotna postać, jej rozwój. Wspomniałeś o grze komputerowej i zastanawiam się w jaki sposób można by uchwycić ten element.

R.S: Pewnie trzeba byłoby zaprezentować wycinek albo nie przenosić niczego bezpośrednio z tej historii. Nie chcę robić rzeczy typu „robimy platformówkę i Bler przechodzi wszystkie te przygody, skacząc po platformach” (śmiech) Nienawidzę platformówek, tak swoją drogą.

Myślę, że jeżeli jakaś gra komputerowa powstanie, to opowiemy więcej o świecie Blera, niż przełożymy jego przygody.

A.J: I to jest ciekawe. Budowanie uniwersum widzimy przy innych superbohaterach i to się sprawdza. Jak jeszcze chciałbyś rozszerzyć Blera?

R.S: Jedną z możliwości, która się nadarzyła i pojawiła… Nie mogę na razie konkretów mówić…

A.J: Rozumiem, a ja tak ciągnę, jak jakiś dziennikarzyna…

(śmiech)

R.S: Ale ja zaraz opowiem wszystko jak na spowiedzi, ale się na razie tak asekuruje. (śmiech) W każdym razie jest możliwość częstszego wydawania Blera w formie cyfrowej. To będzie nowy czytelnik, będzie to na innych zasadach działać, to być może wtedy opowiem tę historię od nowa, tylko szerzej, z trochę innej perspektywy. Wydane komiksy budowały nie tylko teraźniejszość bohatera, ale również opowiadały dużo o jego przeszłości – opadały kolejne zasłony. Teraz można to opowiedzieć, na przykład po kolei.

A.J: Nie boisz się zmiany odbiorcy? Ten cyfrowy jest zupełnie inaczej nastawiony do medium niż ten odbiorca papierowy.

R.S: Zatoczyliśmy pewne koło, bo to wiąże się z tym, co mówiłem o Polskim Duchu. Tak, jasne, obawiam się, ale nie mogę wiele mówić o przedsięwzięciu. Troszkę inaczej to będzie wyglądało i w dużo większym tempie. Jak powiem, że będzie jeden zeszyt miesięcznie… To jest sporo, dwadzieścia cztery strony co miesiąc.

A.J: Jak oceniasz zbiórkę na Blera…

R.S: Właśnie nie mogłem się z Tobą dzisiaj połączyć, bo przez tę zbiórkę ciągle coś się dzieje. Zebrałem kwotę właśnie dzisiaj [wywiad został przeprowadzony 11 września – A.J] i ciągle mi ktoś gratuluje. Nie nadążam. Nie mam tylu fanów, żebym nie mógł każdemu odpowiedzieć. Staram się każdemu coś powiedzieć, każdemu podziękować, powoli dochodzę do tego stadium, że już nie wyrabiam. (śmiech)

Autor: Rafał Szłapa

Autor: Rafał Szłapa

A.J: Crowdfunding był formą szansy dla Blera, a może jego ostatnią nadzieją?

R.S: Powiem tak – oni [portal wspieram.to – A.J] dołożyli taką rubryczkę pod tytułem ryzyko i tam zazwyczaj każdy zakładający projekt piszę, że jak nie zapłacicie, to nie wyjdzie. Albo nie zapłacicie, to wyjdzie w mniejszym nakładzie i bardzo drogie.

W moim wypadku jest tak, że i tak chciałbym to wydać. Ja przez crowdfunding widzę nie tylko możliwość zebrania pieniędzy – za co, oczywiście bardzo wszystkim dziękuję, bo to jest nieprawdopodobne – ale także możliwość wyprodukowania dodatkowych gadżetów, którymi mogę ucieszyć osoby przyczyniające się do publikacji komiksu. Jest też dla mnie narzędziem promocji komiksu i docierania do ludzi.

Zajmuję się wszystkim sam, nie jestem specem od dystrybucji, nie mam na to czasu; może od promocji jestem trochę większym specem, ale z kolei nie mam na to środków, żeby sobie wziąć i palnąć w „Nowej Fantastyce” ogłoszenie na całą stronę, że jest Bler. Do czytelników docieram tymi kanałami, które dostarcza Internet – crowdfunding jest jedną z nich.

A.J: Ja tak dotarłem do Blera, przeglądając informacje na temat różnych zbiórek. Bardzo dziękuję za rozmowę.

R.S: Bardzo mi miło. Również dziękuję.

//Wszystkie grafiki zostały wykorzystane za zgodą Autora i nie podlegają licencji CC.

Zarko Drincic / Yesterday news (CC BY ND 2.0)

Literat przegląda Internet #5

Kwerenda trzyma mocno! Dzięki niej mam więcej pomysłów na teksty, ale jednak zajmuje trochę czasu. Dlatego moja lista “przeczytam lub obejrzę później” pęka w szwach. W tym tygodniu trafiły mi się dwie ciekawe zbiórki, interesujący wywiad i kiepskie wydarzenie w Guild Wars 2. OldUpa – kolega z redakcji – powiedziałby, że nie ma co załamywać rąk, w końcu wyszła odrodzona DOTA 2.

Najpierw komiks. Rafał Szlapa zbiera na kolejnego Blera (i jest w tym nawet rym!). Obejrzyjcie jego wcześniejsze prace, zapoznajcie się z akcją na Wspieram.to i dołóżcie swoją cegiełkę. Bler to jeden z ciekawszych polskich superherosów. Na dodatek jest świetnie narysowany.

A teraz planszówka! Games Factory Publishing zbiera na wydanie Namiestnika. Rzecz wygląda bardzo interesująco, sama gra zebrała już trochę pozytywnych recenzji. Myślę, że polscy fani planszówek chętnie by się do niej przysiedli.

Coś dla Pc Master Race. Blaszak się wam znudził, a nie chcecie kupować nowej obudowy? W takim razie niech wasz ukochany komputer stanie się stolikiem!

Jeżeli wydajecie książkę, film lub komiks zastanówcie się nad tytułem, to może pomóc uniknąć kontrowersji. Tournament of Rapist dostał się w krzyżowy ogień zarzutów.

Jedną Strefę Gadania poświęciliśmy na próbę zdefiniowania gier niezależnych. Po przeczytaniu tego tekstu uważam, że powinniśmy porozmawiać o Indiepocalipsie.

//Obrazek wyróżniający: Zarko Drincic / Yesterday news (CC BY ND 2.0)

Jak żyć w dziwnych czasach?

Z wielką radością sięgnąłem po Strange Years: Autumn, powieść graficzną stworzoną przez Artura Kurasińskiego oraz Michała Śledzińskiego. Przyciągnęło mnie drugie nazwisko, ponieważ Śledzia kojarzyłem z fenomenalnego Osiedla Swoboda. Natomiast Artura Kurasińskiego znany był mi głównie z Chomiksu oraz bloga AK74. Stąd brała się moja rezerwa w stosunku do Strange Years. Nie wiedziałem czego w zasadzie spodziewać się po tekście stworzonym przez ten duet. I już na początku muszę zaznaczyć, że moje obawy były całkowicie niepotrzebne.

Strange Years pojawiło mi się na półce w cdp.pl, ale tę powieść graficzną można pobrać – całkowicie za darmo – ze strony internetowej strangeyears.com. Nie trzeba nic płacić, ale, jeżeli komuś spodobała się treść i rysunki, to może przelać odrobinę gotówki twórcom. Wystarczy zalogować się na Wspieram.to, a następnie odszukać projekt Strange Years: Autumn. Twórcy postanowili wydać wersję papierową oraz zebrać środki potrzebne do narysowania kolejnej części. Wpłata minimalna wynosi 30 złotych, za co można otrzymać: komiks w wersji papierowej (wysyłka wliczona w cenę) oraz zestaw tapet. Warto przeczytać i wesprzeć, ponieważ sam tekst jest po prostu wybitny. Ilość problemów poruszonych w pierwszym tomie oraz interesujące zastosowanie konwencji postapokaliptycznej, wskazują na to, że autorzy mają ciekawe i oryginalne pomysły. Najważniejsze jest jednak to, że potrafią je przekazać z klasą i nie robią z odbiorców idiotów. Wprost przeciwnie – zmusząją do szukania różnych śladów oraz tropów wskazujących na współczesną kulturę popularną i masową. Jednak ja chciałbym zaprezentować  interpretację tekstu, której osią będą pojęcia izolacji, samotności oraz społeczności.

Jednak zanim przejdę do właściwej analizy, wypada przybliżyć fabułę Strange Years. Akcja rozgrywa się w alternatywnej rzeczywistości – atak na WTC 11 września był tylko początkiem większej terrorystycznej akcji. W wielkich miastach wybuchały brudne bomby, a potem zniknęły pszczoły. Głód i chaos przyczyniły się do powolnego upadku wszelkich ludzkich społeczności. Bardzo dobrze wydaje się tutaj metafora kota zamkniętego w piekarniku (główni bohaterowie, w ramach zabawy, „robią” z niego obiad), który po uwolnieniu atakuje wszystkich wokół. Skażenie radioaktywne, choroby dopełniły poczucia ogólnej beznadziejności i przyczyniły się do dalszego wzrostu agresji. Świat, ten znany sprzed ataku na WTC, upadł, a na jego gruzach zaczął powstawać nowy i właśnie w tym miejscu zaczyna się akcja Strange Years.

Konflikt

Pierwszą społecznością jaką poznaje czytelnik jest miasteczko Hope. Posiada ono wyraźną hierarchię, która wypływa na podział obowiązków oraz kształtuje tożsamości poszczególnych mieszkańców. Wyraźnie zostaje zaznaczona postać przywódcy – pana Brandona. Przypomina mi on dyktatora, którego słuchają absolutnie wszyscy, a jego decyzje są niepodważalne. Taka konstrukcja społeczności ma uzasadnienie w postaci niebezpieczeństw otaczających miasteczko Hope. Trzeba pamiętać o tym, że akcja Strange Years rozgrywa się na zniszczonej przez atomowe skażenie Ziemi. Ludzie musieli odnaleźć się w świecie, w którym o pożywienie i przeżycie należy walczyć. Hope to sprawnie działający mechanizm, chroniący wszystkich mieszkańców. W momencie zagrożenia elementy takie jak demokracja oraz wolność słowa stają się niewiele ważne.

Jednak poddanie się dyktatorowi prowadzi także do formy izolacji. Hope to społeczność pozornie otwarta. Głowni bohaterowie – Elvis i Reuben – udają się na rajd, którego celem jest dotarcie do złomowiska, wysłanie szybowca i zebranie informacji. Jednak nie ma ani słowa o przyjmowaniu uchodźców. Pan Brandon, przywódca miasteczka Hope, mówi wyłącznie o nomadach, których prowadzi Prorok. Nie zostają oni przedstawieni w sposób pozytywny. Pan Brandon opisuje ich jako pasożyty, karaluchy, szkodniki, które pragną części plonów. Słabe społeczności złamały się i przyłączyły do grupy Proroka. Wskazuje to na potrzebę religijnej organizacji – społeczność Proroka to koczownicy. Są przeciwieństwem tych, którzy mieszkają w Hope i preferują osiadły tryb życia. Ale czy to oznacza, że są w jakiś sposób gorsi?

Nie sądzę, aby tak było. Zarówno grupa Proroka, jak i Hope wskazują na podobną formę organizacji – prowadzi ich jeden człowiek, który w swoich rękach i słowach skupia władzę. Różnica polega na kontekście. Hope to grupa świecka, w pierwszym tomie nie ma ani słowa o jakiejkolwiek grupie ludzi zajmujących się religią. Element te zostaje wyparty, dlatego pojawia się Prorok. Staje się on uzupełnieniem świata przedstawionego o wartości metafizyczne. W pierwszym tomie Strange Years niewiele o nim wiadomo, zostaje zaprezentowany wyłącznie za pomocą słów przywódcy miasteczka Hope. Ta aura tajemniczości powoduje, że Prorok staje się jeszcze bardziej fascynujący. Jakie prawo głosi? Jakich poświęceń wymaga od swoich wyznawców? Ten element Stragne Years jest ciekawy, ponieważ obie znane nam religie monoteistyczne rozwinęły się w społeczeństwach koczowników. A potem fanatyzm wyznawców doprowadził do zagłady. Czy tym razem będzie podobnie?

Porządek postapokaliptyczny

Wrażenie samotności wynika z pozbawienia świata wszelkiego rodzaju, znanych nam aktualnie, nowoczesnych technologii. Jednocześnie postacie są bliższe sobie. Zamiast obserwować ekran telefonu, muszą rozglądać się po, otaczającym je, pustkowiu. A ta przestrzeń pełna jest różnych osobliwości. Bohaterowie spotykają człowieka ubranego w melonik (przypominał mi on pewną postać z reklamy banku) oraz osobę siedzącą pod drzewem, na którym rośnie jabłko. Pierwszy z nich sprzedaje nikomu niepotrzebne wirtualne aktywa. Postapokaliptyczny świat w Strange Years pozbawiony jest pieniędzy oraz giełdy, dlatego działania Melonika – bo tak nazywają go główni bohaterowie – nosi znamiona bezcelowości. Jednak mówi on o jednej interesującej rzeczy – o Kodeksie.

Upadek zasad „starego” świata doprowadził do powstania reguł w „nowym” świecie. Rzeczywistość w Strange Years nie jest chaotyczna i przypadkowa – została ona całkowicie uporządkowana i zorganizowania. W ten sposób niwelowane jest poczucie osamotnienia, ale nie wypływa to na odczucie osaczenia. Szczególne, gdy zostają zaprezentowani zmutowani kanibale plądrujący pustkowia. Oni są usposobieniem śmiertelnego zagrożenia, zaraz obok radioaktywności. Z tym, że przed skutkami wybuchów „brudnych” bomb można schronić się w skafandrze i spokojnie przemierzać skażone terytoria. Kanibale są w ciągłym ruchu, polują i niweczą plany społeczności (np. przerywając rajd), ale jednocześnie są elementem porządku. Kodeks oraz inne prawa powstają pod wpływem zagrożenia. W Strange Years wyraźnie widać, że mają one chronić człowieka przed określonymi niebezpieczeństwami oraz samotnością.

Przełamanie struktury

Dlatego bohaterowie czują się zagubieni, gdy spotykają człowieka siedzącego pod drzewem. Postać ta opowiada o cyklu życia, rysuje na ziemi koło i stwierdza, że wszystko zostało już spisane. Osoba ta staje się wysłannikiem fatum, przednią strażą przeznaczenia i nie mieści się w porządku świata przedstawionego. Zostaje on rozwalony, a gest jednego z bohaterów – Elvis zrywa jabłko rosnące na drzewie – wyraźnie wskazuje na metafizyczny charakter spotkania. Potem, po ataku kanibali, trafiają na Pana Iluzję. A o tej postaci nic nie można powiedzieć, ponieważ w tym momencie kończy się historia pierwszego tomu Strange Years.

Z niecierpliwością czekam na kolejny. Czy bohaterowie dostąpią oświecenia i zostanie im zaprezentowana prawda o świecie, w którym żyją? W końcu jeden z nich zerwał jabłko, a – jak doskonale wszyscy wiemy – akt ten doprowadził do wygnania pierwszych ludzi z raju. Ale dał im też świadomość. Elvis i Reuben są na dobrej drodze do poznania podstaw ich świata. W takim razie czy zostaną wygnani z Raju, którym jest dla nich miasteczko Hope?

//Plansze zostały wykorzystane za zgodą Autorów.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén