Tag: życie

Ogon bestii / Kolega Literat (CC)

Projekt Żółty Pies

Dzisiaj coś dla właścicieli psów. Moja bestia jest już po spacerze, więc mogę spokojnie pisać. W trakcie naszych wędrówek mijamy różnych ludzi oraz zwierzaki. Fibi – bo tak ma na imię bestia – jest skundlonym jamnikiem, przygarnęliśmy ją ze schroniska i od pierwszych dni była dziwna. Nie mam na myśli problemów behawioralnych, bo – jak każdy porzucony pies – takie miała, ale udało nam się je zwalczyć. Pozostał jej specyficzny charakter.

Nie jest psem lubiącym innych, jest – delikatnie mówiąc – ostrożna w nawiązywaniu kontaktu. Chociaż czasem mam wrażenie, że stwierdzenie „jest aspołeczna” byłoby bliższe prawdy. Problemem są ludzie, którzy za wszelką cenę chcą nad nią potuitiać, osoby, które pokazują ją dzieciom i chcą pogłaskać, nieostrożni właściciele psów, który nie prowadzą swoich zwierzaków na smyczy. Żonę już raz wilczur pogonił, niestety, zanim weszła na czwarte piętro i opowiedziała, co się stało, to właściciel i pies zdążyli się ulotnić. Na jakiś spotkaniu autorskim, w trackie rozmowy z twórcą, Żona dowiedziała się o akcji „The Yellow Dog Project”. Myślę, że to zainteresuje posiadaczy specyficznych piesków.

Celem jest zapewnienie większej przestrzeni dla spacerującej bestii. Nie wszystkie pieski lubią, gdy głaszcze je ktoś obcy. Znakiem rozpoznawczym takich zwierzaków ma być żółta wstążka przyczepiona do smyczy lub obroży. Dlatego, jeżeli zobaczycie, że pies jest tak przyozdobiony, nie podchodźcie, nie tiutajcie – dajcie żyć. Po prostu zapewnijmy więcej przestrzeni dla piesiawek. Tyle się mówi o zdrowym jedzeniu, o unikaniu glutenu, o bieganiu, o dogtrekingu, a w tym medialnym szale zapominamy o najważniejszym – o dobrym samopoczuciu. Nie tylko naszym, ale także naszych psów.

Odpuścicie. Nie musicie głaskać każdego psa. Dajcie zwierzakowi i właścicielowi spokojnie spacerować. Pamiętajcie też o tym, aby swoje bestie prowadzać na smyczy i puszczać wolno, tylko wtedy, gdy nie będą nikomu zagrażać. Jakoś umknęło na to, że psy to zwierzęta. Co prawda udomowione, ale instynkt mają w dalszym ciągu silny.

Moja piesiawka szaleje na spacerze i pozdrawia czytelników!

Bestia w szale / Kolega Literat (CC)

Niezdrowa fascynacja

Karl Ove Knausgard / Moja walka. Tom 2 / Wydawnictwo Literackie

Karl Ove Knausgard / Moja walka. Tom 2 / Wydawnictwo Literackie

Lektura książek Knausgårda, to czerpanie przyjemności z cierpienia. Pierwszy tom Mojej walki zrobił na mnie potężne wrażenie. Uderzyło mnie to, że autor tylko pozornie pisze o życiu, znacznie ważniejsza jest dla niego Literatura Czy którykolwiek z tomów Mojej walki nadaje się na wakacje? Pisząc krótką recenzencką wypowiedź dla Wywroty, przekornie odpowiedziałem, że tak. Wczoraj skończyłem drugi tom Mojej walki muszę powiedzieć, że lepiej wybrać coś innego. Chyba że ktoś ma ochotę na coś ciężkiego i przytłaczającego, wtedy powieść Knausgårda będzie jak znalazł.

Nie będę ukrywał, że ten autor mnie fascynuje, ale zupełnie inaczej, niż Houellebecq. W przypadku twórczości francuskiego prowokatora wpadałem w jego język, powtarzałem niektóre stwierdzenia, a jego frazy wręcz wkręcały mi się w głowę. Podobnie mam z Jerzym Pilchem. Ale Knausgård tego ze mną nie robi, jego słowa oraz zbudowane w książce sensy pozostają obok, co pozwala mi na rozkoszowanie się nimi. Lektura drugiego tomu Mojej walki była dla mnie podróżą po morzu codziennego cierpienia artysty. Tego, że nie może się on uwolnić od klątwy obserwacji, że automatycznie dostrzega różnice oraz tego, że Życie przeszkadza mu w pisaniu. Knaugard postanowił oszukać rzeczywistość. Skoro była dla niego przeszkodą, to postanowił, że stanie się tematem. Tak można streścić pomysł na napisanie Moje walki, który został ujawniony w drugim tomie.

Knausgård postępuje jak szalony chirurg, który z ciała Życia wycina poszczególne elementy, rzuca odbiorcy przed nos i każe się nimi zachwycać. Po pokonaniu wstrętu można wziąć każdy fragment do ręki i dokładnie mu się przyjrzeć, ponieważ dopiero z bliska widać połączenia oraz precyzją, z jaką autor wypreparował dany kawałek. I tu rodzi się pytanie: skoro tak obrzydliwe jest oglądanie ochłapów cudzego życia, to może ja – odbiorca, czytelnik – również czuję awersję do swojego? Knausgård doskonale gra poczuciem niechęci – ono wręcz wylewa się z jego akapitów, widać, że autor jest zmęczony swoim życiem, że ciągle go przytłacza, ale trwa. Trwa, ponieważ wie, że jest w stanie dużo znieść. W tej wytrzymałości nie ma nic monumentalnego, trudno mówić o budowaniu sobie pomnika. Postawa Knausgårda bliższa jest kamieniowi, na który działają efekty atmosferyczne – prędzej, czy później rozpadanie się on na małe kawałki, a potem pozostanie z niego tylko piasek.

W drugim tomie Mojej walki widać chęć przyspieszenia tego procesu. Czytelnik obserwuje rozdrabnianie Życia i to, że nieprzyjemnie strzela ono w zębach. Tak, bo Knausgård karmi swojego odbiorcę tymi ochłapami. Wpycha mu je do gardła, dusi nimi i czeka, aż zaczną one smakować. Dlatego uważam, że moja fascynacja tym autorem jest niezdrowa. To samobójca, który sam niszczy swoją psychikę i na dodatek robi to na oczach odbiorców, ale inspiruje do przemyśleń, co sprawia, że twórczość Knausgårda zaliczam do wyjątkowych. Nie każdy pisarz jest w stanie zainspirować mnie do napisania czegoś więcej, niż tylko recenzji.

Heretyk opowiada

Spowiedź heretyka

Spowiedź heretyka

Unikam wszelkiego rodzaju biografii. Jedynym wyjątkiem są wszelkiego rodzaje historie zespołów oraz ich liderów. Dlatego sięgnąłem po Spowiedź heretyka. Wywiad-rzekę z Adamem Darskim, bardziej znanym jako Nergal – twórca, wokalista i gitarzysta zespołu Behemoth. Osoby poszukujące tanich sensacji albo pikantnych historyjek dotyczących związku z Dodą powinny skupić swoją uwagą na Pudelku oraz innych tabloidach. Spowiedzi heretyka lepiej niech nie ruszają. Rozczarują się boleśnie.

Dla kogo jest ta książką? Przede wszystkim dla fanów death metalu i Behemotha. Dla takich osób jest to pozycja obowiązkowa. Rozmowa z Nergalem to świetne podsumowanie historii tego gatunku oraz jego początków na polskiej ziemi. Trudności ze zdobywaniem sprzętu, potem pierwsze koncerty, a potem anegdoty z długich tras koncertowych. O wszystkim tym Nergal opowiada w bardzo interesujący sposób, przypominając o tym, że życie muzyka to ciężki kawałek chleba. Ale o tym to już – mam nadzieję – wszyscy wiemy. Ta książka powinna zostać przeczytana przez jeszcze jedną grupę ludzi.

Do Spowiedzi heretyka powinny zajrzeć te osoby, które opinie na temat Nergala i Behemotha budują sobie na podstawie „bezstronnych” mediów. Palenie Biblii, związek z Dodą, a potem sprzedanie się i bycie jurorem w The Voice of Poland – oto zestaw stereotypów, które zostają całkowicie rozmontowane w trakcie lektury książki. Nergal daje się poznać jako osoba świadomie działająca w rzeczywistości, artysta planujący kolejne występy, a przede wszystkim postać, która ma wyraźnie określone poglądy. I właśnie tutaj pojawia się pole do dyskusji, która niekoniecznie musi być prowadzona przez pryzmat deathmetalowej konwencji oraz występów. Media sprowadzają Nergala do człowieka, który czynnie zajmuje się satanizm i deprawuje młodzież. Ze Spowiedzi heretyka nic takiego nie wynika.

Odbiorca ma raczej do czynienia z człowiekiem otwartym na inne postrzeganie świata, ale jednocześnie wyraźnie wskazującym ograniczenia innych oraz własne. Nergal to postać samoświadoma – ma to coś, czego brakuje innym sławnym osobom. Postrzega świat w jasnych kategoriach, wie czego oczekuje od innych i potrafi rozmawiać o rzeczach, które go denerwują i – co najważniejsze! – w interesujący sposób opowiada o swoim życiu. Nie robi z siebie ofiary mediów ani celebryty. Opowiada o sobie szczerze – czasem jest śmiesznie, a czasem smutno. Wszystko w granicach normy i dobrego smaku. W Spowiedzi heretyka jest wszystko to, czego brakuje współczesnym polskim mediom.

Ich obraz również wyłania się z opowieści Nergala. Szczególnie w momencie, gdy opisuje on swój związek z Dodą. Potwierdza się to, co wszyscy czują – media maszyna do robienia pieniędzy, a niektórzy celebryci z radością biorą udział w tych igrzyskach próżności. Na pewno nie dostrzegam pozytywnego obrazu Polski w Spowiedzi heretyka. Przyjemniej tej oficjalnej. Polacy to naród skomplikowany i pełny sprzeczności, a za tych z otwartymi umysłami mówią przysłowiowe „zakute pały”.

Warto przeczytać Spowiedź heretyka i zastanowić się nad tym, dlaczego w Polsce odwołuje się koncert zespołu, który w 2009 roku otrzymał Fryderyka za album roku. Najwyraźniej dużo się zmieniło przez te pięć lat. Może rację mają ci, którzy mówią, że obyczaje nam upadają i czeka nas nieuchronna zagłada inteligencji?

Opowiadać jak Billy Crystal

W jaki sposób ludzie radzą sobie z życiem – i wpisanym w nie – umieraniem? Na ten temat powstało już sporo książek historycznym oraz mnóstwo antropologicznych tomiszczy, które są nieprzyzwoicie grube. Ale zawsze ciekawe będzie to, w jaki sposób konfrontują się z tym artyści różnych sztuk. Dzisiaj swój wzrok zwróciłem w kierunku Billy’ego Crystala, za sprawą jego monodramu 700 niedziel.

Gdzie ten człowiek występował, kim w zasadzie jest? Widzieliśmy go w komedii Depresja gangstera (a potem w jej nawrocie), a także z westernów Sułtani westernu oraz Złoto dla naiwnych: z powrotem w siodle. To tylko niewielka część produkcji, gdzie na liście płac pojawia się Billy Crystal. Pozwala ona jednak zauważyć pewną dominantę w twórczości tego aktora i scenarzysty – komediowość. Bo Billy Crystal to także, a kto wie czy nie przede wszystkim, komik.

700 niedziel to monodram, a nie stand up i będę tego uparcie bronił. Daleki jestem od ujmowania godności jakimkolwiek standuperom. ale dzieła Billy’ego Crystala w żaden sposób nie można postawić obok kościotrupa życzącego wszystkim śmierci oraz zwariowanej Mariolki. 700 niedziel to teatralna autobiografia, wielowarstwowy spektakl i – co najważniejsze! – narracja silnie naładowana różnymi emocjami. Zrealizowany zostaje truizm mówiący o tym, że życie składa się zarówno z chwil radosnych, jak i smutnych, że  doświadcza się zarówno odrzucania. jak i miłości.

Billy’emu Crystalowi udało się uniknąć kiczowatości. 700 niedziel można zaklasyfikować jako tragikomedię, bo widz śmieje się równie często jak wzrusza. I na tym chciałbym skończyć recenzję tego spektaklu. Bo w 700 niedzielach zainteresował mnie sposób w jaki prezentuje swoje życie Billy Crystal.

Spajanie

W literaturze wysokiej dominuje negatywne obrazowanie ludzkiego losu. Bohaterowie muszą nieustannie zmagać się z naciskającach na nich rzeczywistością. Najważniejsza jest miałkość egzystencji, jej ściśnięcie przez współczesność, brak tożsamości i korzeni oraz wszechobecny nomadyzm (albo voyeryzm, albo jedno i drugie; zależy kto i o czym pisze). Przyznam, że takie miażdzące książki bardzo lubię czytać, ale człowiek nie zawsze ma ochotę na spacer po egzystencjalnych ruchomych piaskach. Wtedy warto poszukać czegoś innego i właśnie tym czymś może być monodram 700 niedziel.

W tej autobiograficznej narracji dominuje lekkość. Opis rodziny, jej przeszłości, charakterystyki poszczególnych osób oraz konfrontacje z życiem. Wszystko to, Billy Crystal, robi z wdziękiem i dowcipem. Zaprasza odbiorców do swojego domu, a potem zabiera ich na szaloną autobiograficzną wycieczkę. W niesamowity sposób buduje on napięcie. Obok komicznych komentarzy pojawiają się opisy zmagań z trudnymi przeżyciami. Istotnym momentem jest tutaj śmierć ojca. Konfrontacje z ostatecznością, z końcem ludzkiego życia, są bardzo wzruszające. Mam wrażenie, że Billy Crystal konstruując tę historię, nie tyle opowiada ją dla widzów, co dla siebie. 700 niedziel, dla samego autora, ma wymiar terapeutyczny. Taka narracja, poza budowaniem i odtwarzaniem tożsamości, pozwala zrozumieć swoje miejsce, dotrzeć do korzeni i pogodzić się z własnym losem. Ze smutkiem stwierdzam, że są to rzeczy niemodne w postmodernizmie.

700 niedziel należy do ginącego gatunku sztuki, który nie dekonstruuje, ale spaja. Wszystkie słowa, która padają na scenie, wszystkie efekty wizualne i dźwiękowe oraz wszystkie przeżycia – mają swoje miejsce, są po „coś”. Forma bardzo szybko staje się przeźroczysta i człowiek ma wrażenie, że tej narracji wysłuchuje siedząc na rodzinnym zjeździe albo w trakcie spaceru ze znajomym. Ta historia po prostu wciąga, chociaż wiele osób mogłoby powiedzieć, że nie ma w niej nic ciekawego. Ot, człowiek opowiada swoje życie, odkrywa przed innymi swoją tożsamość, przecież to już było. Jeszcze bardziej zawzięci krytycy zakrzykną: Brak eksperymetnów formalanych klasyfikuje tę sztukę jako popularny wytwór dla mas i nie może być rozpatrywana w kategoriach dzieła istotnego dla współczesnego rozwoju myśli i kutury. Mniej więcej tak właśnie krzyczyą krytycy, ślepo zakochani, w postmodernizmie. Problem polega na tym, że 700 niedziel nie ma być żadnym eksperymentem, ma być – tylko i aż – opowieścią.

Sinusioda

Pierwszym elementem charakteryzującym tę narrację o życiu jest dystans. Do siebie, do świata i do stereoptypów. Najśmieszniej jest, gdy Billy Crystal podejmuje grę z różnymi utrwalonymi w społeczeństwie – oraz w nim – poglądami. Trzeba przyznać, że właśnie wtedy przerysowuje konkretne charakterystyki. Ale to bawi, a potem człowiek może zastanowić się nad tym, jak często ona postrzega świat w takim uproszczony sposób. Pewnych stereotypizacji nie widzimy, dopóki nie zostaną nam one zaprezentowane. Billy Crystal zaprasza do takiej konfronatacji, do poszukania w swoim życiu uproszczeń, przerysowania ich i – ewentualnie – wyśmiania.

Drugim, równie ważnym, wątkiem jest zmienność losu. Jak to mawiał mój kolega ze studiów: jak jest dobrze, to jest dobrze. A jak jest źle, to jest źle. W tej prostej maksymie zawiera się fundament narracji Billy’ego Crystala. Jednak on dodaje do tego wszystkiego jeszcze nadzieję, że coś się zmieni. 700 niedziel to opowieść, nie tyle o walce, co o niepoddawaniu się i poszukiwaniu. Billy Crystal, na swoim własnym przykładzie, pokazuje, że trzeba ciągle próbować i pod żadnym pozorem nie składać broni. Odtrącenie i porażka to elementy ludzkiego życia i nie da się ich pominąć. To trzeba przeżyć, tego trzeba doświadczyć, a potem należy znaleźć właściwy dystanst do własnych przeżyć.

Co to znaczy być człowiekiem? Myślę, że w 700 niedzielach możemy znaleźć następującą odpowiedź:

Być człowiekiem to opowiadać i przeżywać.

Po prostu.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén