Tom Perrotta Pozostawieni

Tom Perrotta “Pozostawieni”

Najpierw zacząłem oglądać serial, a dopiero potem sięgnąłem po książkę. Nie, nie mam na myśli Gry o Tron, tym razem przyszedł czas na Pozostawionych. Zdania na temat serialu są różne: jedni są zachwyceni, inny zasnęli w połowie drugiego odcinka i nie mieli ochoty przedłużać sobie snu. Pewnie znaleźli sobie lepsze rzeczy do roboty. Książka to zupełnie inna para kaloszy. Tych ubrudzonych błotem banalności.

Serial mi się podobał. Interesujące napięcie pomiędzy postaciami, ciekawi bohaterowie, którzy na nowo próbują odnaleźć się w dziwnym świecie. Psychodeliczna sekta Winnych Pozostawionych, której celem jest przypominanie i chaos. Książka jest zupełnie inna. Serial przypomina przerobioną i poprawioną fabułę, wzmocnienie charakterów postaci i bardziej przemyślany rozwój wydarzeń. Po papierową wersję Pozostawionych nie warto sięgać. To zwykła strata czasu, ale ja, z uwagi na recenzencki obowiązek i naiwną wiarę, że coś się rozkręci, przebrnąłem przez te pokłady nudy. Dzięki temu wiem, co mnie tak odrzuciło.

Banalność historii

Tekst Toma Perrotty nie jest niczym genialnym. Sam w sobie stanowi średnio udaną konstrukcję fabularną. Tylko założenia są interesujące. Autor przedstawia losy osób mieszkających w jednym mieście, które próbują się odnaleźć w świecie zmienionym przez dziwne wydarzenie – zniknęło 2% ludności. Niektórzy mogliby wzruszyć ramionami, w końcu to nie tak dużo, można sobie poradzić. I właśnie na tym aspekcie koncentruje się Tom Perrotta. Okazuje się, że strata jest tylko statystycznie nieistotna, jeżeli weźmiemy poszczególnych ludzi, to zniknięcia są bardzo dotkliwe. W takim razie książkę powinno czytać się jednym tchem, obserwując zmagania bohaterów, ich walkę o przyszłość i próbę zachowania zdrowia psychicznego. Tak nie jest.

Bohaterowie są nijacy. Postacie w książkach można podzielić na dwie kategorie: charaktery i papierowe wydmuszki. Wszystkie osoby pojawiające się w powieście należą do drugiej kategorii. W pewnym momencie zlewają się w jednolitą, nijaką pulpę. Odniosłem wrażenie, że autor nie próbuje pogłębić warstwy psychologicznej bohaterów, przez co stają się oni całkowicie jednowymiarowi. Brakuje prób odniesień do przeszłości, są one tylko zarysowane i nie wpływają mocno na poszczególne charaktery. To sprawia, że postaci nie tyle się miotają, ile przypominają chomiki zamknięte w plastikowych kulach. Pędzą w różne strony, bez jakiegokolwiek uzasadnienia i – od czasu do czasu – uderzają w meble. Z tych zderzeń nie wychodzą oszołomieni, zmieniają kierunek i próbują znowu.

Jeżeli Pozostawionych zalicza się do powieści psychologicznych, to warstwa ta powinna być bardzo rozwinięta. Nie jest tak, mam wrażenie, że jest ona wyłącznie zarysowana. Tom Perrotta stworzył powieść będą zlepkiem różnych historii, zabrakło chęci do ich rozwinięcia. Konstrukcja ta sprawdza się w serialu, ale tam wszystkie emocje zostały znacznie bardziej podkręcone. Książka to jednowymiarowe, szare bagno.

Chciał jak nigdy, a wyszło jak zawsze

Tom Perrotta jest jedną z osób, która pracuje przy serialu. Być może napisanie scenariusza pozwoliło mu na poprawienie błędów. Postacie są ciekawsze, historie mocniejsze, a fabuła spójniejsza. Tego wszystkiego brakuje w książce. Jej rozwarstwiająca się struktura odrzuca czytelnika, zamiast go wciągać. Problem polega na układzie i relacjach pomiędzy bohaterami – są one zbyt przypadkowe i brakuje ich rozwinięcia.

Temat odejścia 2% ludności trwa sobie w tle. Czytelnik obserwuje poczynania poszczególnych bohaterów, którzy próbują się odnaleźć w tym świecie. To dalej są założenia, tylko i wyłącznie, pozbawione jakiegokolwiek rozwinięcia. Pozostawieni, w takiej formie w jakiej zostali wydrukowani, przypominają poprawioną pierwszą wersję, którą ponownie przeszła redakcję, ale ktoś przez przypadek usunął komentarze i pozwolił na jej wydanie. W wyniku czego ciągle wpadałem w jakieś niedociągnięcia, braki, sztuczne zszycia i sklejenia fabuły.

Nie dostrzegam w tej książce żadnej wartości, może poza pomysłem. Na szczęście został on wykorzystany w serialu, w przeciwnym razie by się zmarnował. Bo tekst Toma Perrotty nadaje się wyłącznie na śmietnik historii.