Z wielkim zainteresowaniem obserwowałem sytuację na Uniwersytecie Warszawskim. Z podziwem śledziłem kolejne informacje na temat tego małego buntu. Po stronie studentów opowiedzieli się także pracownicy naukowi, na w chwilę uniwersytet stał się ponownie wspólnotą. Dlatego nie zdziwiło mnie pojawienie się artykułu Kacpra Van Wallendaela „Czy czeka nas bunt studentów? O proteście na polskich uniwersytetach”. Ja, niestety, nie mam wątpliwości – jakikolwiek bunt nam nie grozi.

Zdaję sobie sprawę z tego, że po raz kolejny sieję defetyzm. Mój sceptycyzm wynika z obserwacji środowiska studenckiego oraz z tego, że stosunkowo niedawno przeszedłem na drugą stronę. Doktorantem jestem dopiero od 3 lat, więc doskonale pamiętam, jak wyglądała wspólnota w czasach, gdy ja sam byłem studentem. Nie będę ukrywał, że jej nie czułem. Często miałem wrażenie, że wykładowca za wszelką cenę stara się od nas odciąć, że dystans, który nas dzieli, jest niemożliwy do przekroczenia. Dzisiaj rozumiem, że problem leżał pośrodku, w nas studentach oraz w systemie, w którym trwaliśmy. To my nie chcieliśmy rozmawiać poza zajęciami, to my przychodziliśmy na dyżury tylko wtedy, gdy zostaliśmy na nie zaproszeni (np. w celu zaliczenia zajęć). Po przejściu na drugą stronę, po wielu rozmowach na ten temat z pracownikami naukowymi Uniwersytetu Śląskiego, wiem, że odbudowy wymaga to, co zawsze było fundamentem akademii – poczucie wspólnoty.

Utraciliśmy je, ponieważ uwierzyliśmy, że uniwersytet powinien być fabryką. Najbardziej drażni mnie to, że wielu młodych naukowców myśli właśnie w taki sposób. Praca na uczelni w niczym nie przypomina produkowania śrubek lub innych przedmiotów. Postępująca standaryzacja, za którą idzie patologiczna „punktoza” sprawia, że degradacji ulega poczucie wspólnoty. Pracownicy naukowi zajęci są mnożeniem publikacji, aby wykazać, że udało im się zdobyć kilka punktów. Wielu studentów cechuje obojętność, pragną tylko zdobyć papier, dostać dyplom i opuścić mury uczelni. W Polsce doszło do katastrofalnej pomyłki – powszechność edukacji, nie oznacza powszechnego dostępu do dyplomów. Coraz częściej droga wiodąca do ukończenia studiów pozbawiona jest jakichkolwiek przeszkód. Młody człowiek przychodzi, siedzi, nie rozumie, co się do niego mówi, a potem zdaje egzamin lub kolokwium. Bo zdać musi, bo utrata studenta oznacza kłopoty z przydziałami. Sytuacja ta jest patologiczna i mało kto chce ją zmienić.

Pewną formą przebudzenia był dla mnie wykład okupacyjny zorganizowany we wtorek przez Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. Czytałem relacje, oglądałem zdjęcia – i ten ruch, sam w sobie, był bardzo ciekawy. Najważniejsze jest to, że przyciągnął studentów. Znowu, na chwilę, obudziła się uniwersytecka wspólnota. Bo trzeba zaznaczyć, że protestowali także naukowcy Wojskowej Akademii Technicznej oraz Politechniki Warszawskiej, ale media ten fakt przemilczały. Nic dziwnego, ostatnio bardzo dobrze sprzedaje się pokazywanie upadku nauk humanistycznych, ich klęski oraz nieprzydatności. O tym, że są one potrzebne świadczyć może właśnie bardzo niski poziom dziennikarstwa, a także rosnący odsetek osób, które nie potrafią krytycznie odnieść się do rzeczywistości. To rozbijanie, dzielenie świata naukowego na „gorszych” (humanistów) oraz „lepszych” (ścisłowców) osłabia Polskie uniwersytety. Może to jest strategia ministerstwa? Sprawdzone „dziel i rządź” – jak pracownicy naukowi będą zajęci zdobywaniem grantów, jak się ich poróżni, to nie będą protestować i będzie można spokojnie sobie egzystować, przerzucać papierki i stawiać pieczątki. Potrzebujemy siebie nawzajem, uniwersytet to inkubator Idei, miejsce, w którym można swobodnie myśleć i tworzyć. Nigdy nie wiadomo, co człowieka zainspiruje, uczelnia jest właśnie takę przestrzenią spotkań oraz zderzeń. Te tarcia bywają inspirujące.

Martie Swart / National University of Galway, Ireland (CC BY 2.0)

Martie Swart / National University of Galway, Ireland (CC BY 2.0)

Epoka rozumu?

Coraz częściej mam wrażenie, że nie żyjemy w czasach światłowodu i cyfrowego rozumu, ale żyjemy w okresie, który ktoś, pisząc syntezę historyczną za 300 lat, nazwie Wiekiem Ciemnym. Daleki jestem od deprecjonowania wynalazków, przecież piszę na jednym z nich, z Internetu korzystam codziennie, telefon komórkowy ułatwia mi komunikację. Problemem jest dla mnie umierająca ciekawość, ginąca potrzeba sięgnięcia dalej, opisania czegoś nowego, zbadania innych szlaków. Martwi mnie postępujące chowanie w sobie własnych poglądów. Sieć przyzwyczaiła do tego, że wypowiedź może być anonimowa, że można ukryć się za pseudonimem i być bezkarnym. Widzę te przyzwyczajenia w chwilach konfrontacji, gdy zapytany student musi ustosunkować się do materiału prezentowanego w trakcie ćwiczeń. Zdycha umiejętność dyskusji, na szczęście wciąż zdarzają się wyjątki. Brak tego elementu poważnie osłabia edukację wyższą. Mamy milczeć na zajęciach? Kilka slajdów i do domu?

Warto też wspomnieć o nowych metodach dydaktycznych. Wszechobecne prezentacje i filmy nie rzadko przyczyniają się do podniesienia jakości zajęć. Prowadzący musi wiedzieć, w jakim celu stosuje te, a nie inne narzędzia. Jeżeli sięga po nie tylko po to, aby studenci nie myśleli, że jest staroświecki, to przegrywa na starcie. Z mojego doświadczenia wynika, że wielu młodych ludzi ma poważny problem ze skupieniem uwagi. Nie potrafią połączyć sensów z dwóch źródłem, co jest dziwne, ponieważ dużo mówi się o wielozadaniowości pokolenia wychowanego na grach komputerowych. Na ćwiczeniach wygląda to tak, że jedni koncentrują się wyłącznie na obrazkach, inni na moich słowach, a tylko nieliczny są w stanie połączyć sensy pochodzące z tych dwóch źródeł.

Problemem jest także to, że na co dzień posługujemy się krótkimi komunikatami. Najmocniej formatuje nas Internet – setki informacji, brak czasu na dogłębną analizę treści, wyszukiwanie tylko tej najważniejszej, a często zatrzymywanie się na samym tytule. Nie służy to rozmowie na studiach, ale nie uważam, że uniwersytety powinny robić wszystko, aby dostosować się do studentów. Zdaniem szkoły wyższej jest człowieka rozwinąć, poprzez stawianie wyzwań. Paradoksalnie czymś takim jest mówienie zdaniami wielokrotnie złożonymi. Okazuje się, że wielu studentów ma problem z ich zrozumieniem. Jeżeli komunikat jest zbyt długi i za bardzo złożony, to się wyłączają. Sformatowani przez współczesność oczekują treści przystępnej dla nich, dopasowanej do nich, bo dzisiaj wszystko ma naklejkę „specjalnie dla ciebie”. Na uczelni ma być inaczej, prowadzący powinien być osobą, która zainspiruje do poszukiwań, a nie maszyną, która będzie wbijała do głów wiedzę. W przeciwnym razie czeka nas cywilizacyjny regres, Wiek Ciemny.

//Wykład okupacyjny:

//Obrazek wyróżniający: uniinnsbruck / University Library (CC BY-NC 2.0)