W tym tygodniu portale giereczkowe rozpisywały się o zabitych projektach. Electronic Art zamknęło grę w świecie Gwiezdnych Wojen, a Ubisoft postanowił ubić prototyp, zanim w ogóle oficjalnie zapowiedział nowy tytuł. Nie mam zamiaru bronić wielkich wydawców. EA ma swoje za uszami, gdyby pogrzebać to i na Ubisoft coś się znajdzie. W pracy kreatywnej tak bywa. Czasem człowiek poświęca na coś czas, a potem okazuje się, że cały wysiłek idzie na marne. To dotyczy nie tylko gamedevu, ale także innych osób parających się wymyślaniem. Najgorsze są genialne pomysły, te które przychodzą nagle i wymagają natychmiastowej realizacji.

Mnie również zdarzały się i wciąż zdarzają takie porzucenia. Ostatnia kropka w tekście, a potem wylot z dysku. Świetny pomysł, zapisany w trakcie przerwy w pracy. A w domu, gdy przechodzę do realizacji, okazuje się torturą. Nie tylko dla autora, ale również dla odbiorcy. Takie rzeczy najlepiej od razu uśmiercać, nie dawać się złapać w pułapkę „poświęconego czasu”. Po czym poznać, że już się w niej siedzi? Po prostej myśli obijającej się po głowie. Po nieznośnym poczuciu, że skoro POŚWIĘCIŁO SIĘ NA COŚ CZAS, to nie można tak po prostu wyrzucić chimery. Można, ale wcześniej warto się jej przyjrzeć. Poszatkować. Zobaczyć, z czego się składała, dlaczego była tak paskudna, że trudno było na nią patrzeć. Wtedy takie nieudane twory faktycznie do czegoś się przydają. Pokazują, jakie błędy popełnia się w procesie tworzenia. A to już bardzo cenna informacja.

Zawsze drażniło mnie to, że popkultura pokazuje wyłącznie spektakularne sukcesy. Ten cały zgiełki ze wizualizuj sobie, a na pewno wszystko osiągniesz. Wystarczy czegoś bardzo pragnąć, żeby to zdobyć. Obawiam się, że to tak nie działa. Zamknięcie jakiegokolwiek projektu w stanie zadowalającym zawsze wymaga potknięć i poprawek. Bywa, że kilku wersji, wracania do starych rozwiązań, próbowania nowych. Takie napisanie tekstu. Dla mnie zawsze zaczyna się od wynotowania z głowy tego, co chciałbym przekazać. A potem zaczynam stukać w klawiaturę. Zdarzają się wielokrotnie przepisywane akapity. Czasem wywalam wszystko i zaczynam od nowa. Bo wiem, że tak trzeba, na tym polega mój proces tworzenia. Mało w nim fajerwerków, raczej jest mozolne rzeźbienie, przecieranie i nadawanie kształtu wcześniej wynotowanym uwagom. Najciekawsze są moje notatniki.

Zwykłem je nazywać „Złomowiskami”. Jest tam wszystko to, czym się zajmowałem, co mi wpadło do głowy, co chciałbym jakoś rozwinąć. Często tam sięgam, żeby wrócić do jakiegoś wyrzuconego pomysłu, zapoznać się z rozpiską, która wtedy wydawała mi się niezwykle ważna. Potem o niej zapomniałem, bo zająłem się czymś innym. Tak wyglądają moje prywatne złomowiska. Zawsze mogę coś z nich odzyskać. Moje pisanie to w dużej mierze recykling starych pomysłów, notatek, rozwalonych w pył impresji. Kiedyś tego nie miałem i tworzenie czegokolwiek przychodziło mi z dużym trudem. Wybawieniem okazał się powrót do analogowego pisania. Przekułem to na swoją metodę pracy, a jednym z jej elementów jest brawurowe wyrzucanie wielu genialnych pomysłów.