Tag: electronic arts

Hymn porażki

Anthem to pierwsza gra, której wydawca za wszelką cenę próbuje położyć premierę. Electronic Arts z godnym uszanowania uporem rzuca kłody pod nogi twórcom gry. BioWare nie ma łatwo. Najpierw klęska dema dla VIPów. Okazało się późną wersją alfa, a serwery dostały tak potężnej czkawki, że padła całą infrastruktura Electornic Arts. Demo dostępne dla wszystkich przeszło bez większych problemów. Jednak trudno je nazwać stabilnym. Osobiście spędziłem w Anthem 10 godzin. Oczywiście nie liczę oglądania zawieszonych ekranów ładowania i ciągłych restartów gry.

To nie jest odkrywcza produkcja. Shootery z masą przedmiotów lecących z gąbczastych przeciwników są z nami od kilka lat. Szlak przetarło Destiny, kierunek został utrwalony przez darmowe Warframe, a Ubisoft dołożył swoje trzy grosze za sprawą The Division. We wszystkich tych tytułach cel gracze jest jeden – zdobyć jak najrzadsze przedmioty, aby jak najlepiej rozwinąć swoją postać. Anthem doskonale wpisuje się w tę pętlę. Świat jest w porządku, strzelania i latanie sprawia frajdę, podobała mi się zabawa grupie, a grind nigdy mi nie przeszkadzał. Jednak po 10 godzinach stwierdzam, że ta gra jest po prostu w porządku. Tyle. Ma swoje plusy i minusy, na pewno jest grupa odbiorców, która chętnie polata mechaniczną zbroją po nieznanym świecie. Nie zdziwię się, jeżeli po premierze, gra zbierze średnie oceny, jakieś 7 lub 6 na 10. Po tym, co zobaczyłem w demie, będą to noty w pełni zasłużone. Czy to źle? Nie sądzę. Żyjemy w czasach, w których na rynek wypuszcza się produkty niedokończone, często rozgrzebane. Anthem, jeżeli nie chce dołączyć do tej grupy, musi zostać wydane w stanie zadowalającym. Bez większych kontrowersji dotyczących mikropłatności.

W tym momencie na scenę wchodzi Electronic Arts. Zadaniem wydawcy, w świecie idealnym, jest dbanie o produkty, które wziął pod swoje skrzydła. Czy tak jest w przypadku Anthem? Wątpię. Problemy z serwerami dotyczyły obu dem. Co prawda w tym otwartym było lepiej, ale wciąż zdarzały się przypadki, w których grupa została rozłączona w trakcie walki. Pół biedy, jeśli wylecieli po 10 minutach. Mnie serwer wysłał na przymusowe wakacje po 90, gdy moja grupa walczyła już z ostatnim bossem. Straciliśmy wszystko. Jak zapewne się domyślacie, wyłączyłem grę i dałem sobie spokój. Już zostawmy te płonące serwery w spokoju, załóżmy, że czegoś się na nauczyli i w dniu premiery będzie lepiej… Szczerze mówiąc, sam w to nie wierzę. Podejrzewam, że znowu będzie gorąco. Przejdźmy do niesławnego obrazka z wypisanymi edycjami. Jeżeli model sprzedażowy wymaga sporządzenia takiego przewodniczka, to coś jest nie w porządku. Jedyni zaczynają zabawę 15 lutego, inni czekają do 22 lutego. Ta praktyka z wczesnym dostępem jest dziwna, a samo tworzenie setek edycji jednego produktu, po prostu idiotyczne. Pojawienie się tej grafiki wskazuje na to, że potencjalni klienci kompletnie nie rozumieli, kiedy będą mogli zacząć grać. Electronic Arts potrafi zachęcić do kupna, prawda?

Sami odbiorcy są pełni obaw i daleko im do pozytywnego nastawienia. Electronic Arts jest znane z agresywnej monetyzacji. Co prawda w Anthem ma nie być skrzynek z losową zawartością, jednak nie oznacza to, że nie pojawią się później. Mikrotransakcje mają gwarantować różnego rodzaju skórki oraz przedmioty pozwalające na spersonalizowanie wyglądu swojej zbroi. Brzmi tak, jakby to nie wyszło spod ręki Electronic Arts! Tylko wygląd?! Zero elementów przyspieszających rozgrywkę?! Chciałoby się stwierdzić, że czegoś się nauczyli, ale podstawowym problemem będą ceny. Szczególnie ważny jest koszt zakupu waluty premium oraz szybkość zdobywania monet, które pozwalają na zakupy w sklepie bez konieczności wydawania pieniędzy. Wystarczy zainwestować swój własny czas. Niestety, nie wiadomo, jak długo trzeba będzie powtarzać misje, aby kupić sobie nowy wygląd dla zbroi. O tym przekonamy się dopiero w dniu premiery. A szkoda, ponieważ dla wielu graczy było to jeden z istotnych elementów.

Anthem ma szansę stać się produkcją, która przyciągnie spore grono odbiorców. Jednak łatwo tę premierę położyć. Wystarczy kilka niejasności w kwestii mikrotransakcji lub problemy w działaniu serwerów. Nawet jeżeli gra upadnie, to wątpię, aby szczególnie zaszkodziło to Electronic Arts. W swoim portfolio mają mnóstwo innych tytułów. Podejrzewam, że odpowiedzialność za porażkę spadnie na BioWare. Nawet jeżeli nie będzie to ich wina.

Zabawa w miasto

Uwielbiam gry strategiczne. Do tego stopnia, że muszę mieć przynajmniej jedną zainstalowaną. Nie znaczy to, że w nią gram. Po prost sobie jest i zapewnia mi spokój duszy. Ostatnio stwierdziłem, że muszę spróbować czegoś nowego, jakiejś niedawnej premiery, która narobiła szumu. Oczywiście – nabrałem chęci na nowe SimCity. A z serią jestem od wersji SimCity 2000. Nawet mam gdzieś oryginalną płytę.

W czasach cyfrowej dystrybucji nie mam na półce nowego SimCity. Bardzo dużo czasu spędziłem grając w czwartą odsłonę tej serii. Oczywiście z odpowiednimi modami, które tylko poprawiają jakość rozgrywki. Długo opierałem się przed jakąkolwiek interakcją z piątą częścią. Liczyłem na to, że stanie się porządnym odświeżeniem marki, podobnie jak tysiące innych graczy. A los zgotował nam wszystkim bardzo przykrą niespodziankę. Łatwo zauważyć, że pierwsze recenzje były bardzo nieprzychylne.

Podstawowe zarzuty: małe miasta, uproszczona gospodarka i problemy z serwerami. Po roku (tak, już tyle czasu minęło od premiery) postanowiłem sprawdzić na własnej skórze, czy gra w ogóle jest warta zachodu.

Brutalna konfrontacja

Zacznijmy od podliczenia. Edycja specjalna zawierająca 4 DLC kosztuje 129,99 zł. Ale dobrze byłoby mieć dodatek, który wprowadza MegaWieże, a za ten trzeba zapłacić 69,90 zł. Do pełni szczęścia brakuje jeszcze 2 DLC. Jeden za 9,99 zł (sterowce), a drugi za 19,99 (parki rozrywki). Podsumowując – komplet wszystkich dodatków plus podstawowa gra kosztuje: 229,87 zł. EA znane jest z zarabiania na DLC. Wystarczy spojrzeć na trzecią cześć Simsów. Zapewne czwartą również czeka tsunami małych dodatków. Wracając jednak do SimCity – jeżeli nie ma aktualnie sensownej promocję na tę grę (minimum 50% na dodatek i podstawę) nie warto nawet o niej rozmyślać. Dlaczego?

Na chwilę obecną przegrałem 30 godzin. I okazjonalnie wracam, więc powinno być dobrze, a jest średnio. Faktycznie gospodarka została uproszczona do minimum. W czwartej części musiałem się nieźle nagłowić w jaki sposób utrzymać miasto i nie zbankrutować. W najnowszej odsłonie wystarczy odpowiednio dostosować specjalizację miasta. A potem idzie z górki. Oczywiście są strategie prostsze i trudniejsze, ale po kilku godzinach człowiek doskonale wie jak grać, gdzie klikać i co budować, żeby być na plusie.

Myślałem, że wyzwaniem będzie zmiana specjalizacji miasta (np. z górniczego w edukacyjne), ale okazało się, że prawdziwym problemem jest coś innego – wielkość działki, na której gracz tworzy swoją metropolię. Chociaż lepszym określeniem (w porównaniu do czwartej części) jest duża wieś. Twórcy zapomnieli, że miasto nie istnieje bez trenów podmiejskich. Nie zastąpią ich MegaWieże, które są wyłącznie molochami pożerającymi zasoby i to z nimi jest najwięcej problemów. A w pewnym momencie są niezbędne, bo dobija się do nieprzekraczalnej granicy i pozostaje tylko założenie kolejnego miasta. Schemat się powtarza – rozwój, MegaWieże, granica działki, nuda i niechęć. Brakuje wyzwań.

Na szczęście wprowadzony tryb pojedynczego gracza i pojawiła się możliwość modyfikowania gry. Można znaleźć mod, który pozwala na budowanie poza granicami miasta, ale nie działa on w rozgrywce sieciowej. A to o nią przede wszystkim chodzi. W SimCity trzeba mieć grupę znajomych, z którymi powoli zasiedla się daną lokalizacje. W przeciwnym razie zaczyna robić się nudno.

Najnowsze SimCity to gra czysto casualowa. Można do niej wracać, od przypadku do przypadku. Zdarzą się, że mam ją otwartą w oknie, gdy piszę artykuły. Miasto się “rozwija”, a ja spokojnie łączę zdania w akapity, od czasu do czasu sprawdzam, czy np. nie wzrosła za bardzo przestępczość. I tyle. Koniec. Czy taka gra jest warta ponad 200 złotych? Nie. Trochę rozrywki zapewnia, przynajmniej na początku, gdy należy oswoić się z nowym interfejsem oraz sposobami budowy. A potem nudna. Mało wyzwań, dużo klikania.

Ograniczenia

Obok SimCity mam zainstalowane Tropico 4. Oczywiście jest to zupełnie inny styl gry. Produkcja studia Kalypso napisana został z przymrużeniem oka, ale to jest w niej właśnie najprzyjemniejsze. Poza tym należy utrzymywać skompilowaną równowagę na rajskiej wyspie, wygrywać wybory i mieć dobre relacje z różnymi politycznymi frakcjami. Gracz może postawić na turystykę lub wydobycie i sprzedaż zasobów. Trzeba też przemyśleć rozmieszczenie domów, ilość szkół, umieszczenie elektrowni itp., itd. Jest fajnie, bo momentami trudno.

Gdy po raz pierwszy odpaliłem najnowszą wersję SimCity myślałem, że tak duże ograniczenie pola budowy będzie plusem. Trzeba będzie podejmować trudne decyzje, na nowo prowadzić drogi i zmieniać położenie stref. Nic bardziej mylnego! To ograniczenie nie podnosi poprzeczkę, ale ją zrzuca. Sprawia, że gra w pewnym momencie staję się całkowicie niegrywalna. MegaWieże, które umożliwiają rozbudowę w górę nie rozwiązują tego problemu. Powtórzę – miasta potrzebują terenów podmiejskich. Metropolii nie da się zbudować posiadając wyłącznie elitę intelektualną i majątkową. Potrzeba też klasy średniej i uboższych mieszkańców. Rozwój polega na przechodzeniu ze stanu w stan, a tego w najnowszym SimCity nie ma.

Nie wyobrażam sobie, aby EA wypuściło kolejne dodatki do tej gry. Gdzie stawiać te nowe budynki? Chyba tylko w trybie pojedynczym z zainstalowanymi modami. Tutaj potrzebna jest rewolucja, jakieś całkowite przebudowanie mechanizmów rozgrywki. W przeciwnym razie będzie ona przypominała budowanie miasta w jakieś średniej grze przeglądarkowej. Naklikać się, napatrzeć i zostawić. Wrócić po tygodniu i powtarzać do ponownego znudzenia.

Zawiodłem się. Gram z sentymentu, ale rozważam powrót do czwartej części. Pomyłki zdarzają się każdemu. Ważne, aby ta związana z zakupem SimCity wydarzyła się w okresie promocji.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén